Stanisław Palczewski

Niemcy – od wschodu

O Niemcach w zachodnich województwach Polski mówi się i pisze wiele. Każdy opis z ich tutaj życia, nawet notatka, wiadomostka podana w prasie ma pilnych czytelników. Tym pilniejszych, że chowających świeżo w pamięci rolę innych Niemców, w krajach ostatnio zagrabionych, że pamiętających rękę ich w tym właśnie ograbianiu gościnnych gospodarzy. Mniej natomiast się słyszy o tej części zabiegliwego, w amerykańskim tempie tyjącego narodu, która popasa w innych stronach polskiego kraju, na jego południowych i wschodnich rubieżach.

Cyfry, które zastanawiają

Nie tak znów mało siedzi tam i kręci się tych kolonistów z drugiej połowy ubiegłego wieku. Nie tak mało, by nie zwracać na nich uwagi. Bądź co bądź dosięgają, czy chcą dosięgnąć stu tysięcy. Na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ciągną się kolonie niemieckie łukiem od Kołomyi przez Stanisławów i Tarnopol, Stryj, Lwów aż do Łucka i Równego. Głównie gospodarstwa rolne. Z 50 tysięcy Niemców wołyńskich tylko 5 tysięcy rozlokowało się po miastach. Z 20 w Stanisławowskim – 1/3 w miastach, z lwowskich 12 tysięcy – 1/4, z 3 w Tarnopolskim – 3/10 w miastach.

Już w końcu ubiegłego wieku, w niewiele lat po ich przybyciu na Wołyń, zwrócił uwagę opinii rosyjskiej fakt, że Niemcy osiedlają się wzdłuż ważnych dróg i punktów strategicznych. A także ścisłą łączność z Macierzą niemiecką podkreślano w prasie. Na skutek tych spostrzeżeń pozbawiono wówczas Niemców przywilejów, które przysługiwały im z uszczerbkiem żywiołu polskiego. Przy ziemi jednak pozostali. Po wojnie światowej wzmocnili się nawet kredytem spółdzielni niemieckich na Pomorzu i w Wielkopolsce. Specjalne fundusze zbierali zachodni Niemcy dla wschodnich ziomków na wykup ziemi. Tak im na tym zależy.

Spełniają nadal – w zmienionych warunkach politycznych – rolę, dla której ich tu powołano. Osłabiają element polski.

Ciekawe są jednak dzieje tej niemieckiej kolonizacji, a raczej jeden w nich objaw. Po rozgrabieniu dawnej Polski sprowadziła Austria z głębi Niemiec 20 tysięcy kolonistów, którzy mieli zgermanizować nowy jej kraj. Dano im wszelkie pomoce: chaty, narzędzia i bydło; nawet pastuch otrzymał od rządu biczysko. W osadach pobudowano szkoły i dodano nauczycieli, pastorów, inżynierów. Staropolskie nazwy miejscowości przerobiono oczywiście. Wielką Kurzynę na Gross Rauchersdorf, Opokę na Felsendorf, Giedlardowo na Gillersdorf, Lipowiec na Lindenau. Kamień na Steinau, Nadziejów na Hoffnungsau. Ks. Kozierowski mógłby wydać atlas tych ziem podobny do jego Atlasu Słowiańszczyzny Zachodniej. I z podobnym rozciekawieniem czytałoby się te tysiące pięknych nazw rdzennie polskich, tworzonych przez całe wieki kultury narodu, a pozornie zniesionych jednym obcym zamachem.

Był to jednak próżny wysiłek. Koloniści, miast tworzyć forpoczty niemieckie, polonizowali się. Powtórzyło się to samo, co stało się z kolonizacją niemiecką za Kazimierza Wielkiego i co później, w XVI w., miało miejsce z „niemieckim” patrycjatem krakowskim, który wchodził w szeregi szlachty, rozpływając się w niej bez reszty. Ale wówczas działał urok mocarstwowy. A w XIX wieku? Nieprzeparty urok polskiej kultury.

Temu urokowi przeciwstawiono przed wojną pomocnicze organizacje z głębi Niemiec z programem zwalczania polskości oraz organizację kościoła ewangelickiego. Ten ostatni jest obecnie główną podporą niemczyzny w Małopolsce Wschodniej.

Polacy opłacają akcję niemiecką!

W trzech województwach Ziemi Czerwieńskiej 35 tysięcy Niemców ma do swej dyspozycji 80 szkół prywatnych i 30 państwowych z niemieckim językiem nauczania. Jakaż dysproporcja z 50 polskimi szkołami prywatnymi oraz 6 państwowymi w Niemczech! Na półtora miliona Polaków w Niemczech! Zasługa tej ogromnej dysproporcji – prawie 90-krotnej – przypada właśnie ewangelickiej organizacji kościelnej. A w niej pastorowi drowi Teodorowi Zöcklerowi w Stanisławowie.

Także Polacy mają tu swój udział. Tak, Polacy ewangelickiego wyznania opłacają akcję niemiecką. Muszą opłacać. I to pod grozą pozbawienia posług duszpasterskich. Nie mogą np. ochrzcić dzieci swoich, póki nie umożliwią nauki dzieciom niemieckim. A to w formie podatku kościelnego, który m. in. przeznaczony jest na niemieckie szkolnictwo prywatne. Pastor Zöckler za nic w świecie nie chce odłączyć budżetu szkolnego od ogólnego. Czy jednak nie trzeba by go do tego zmusić? Tak np., jak pastorowie zmuszają dzieci polskie nie umiejące po niemiecku do uczenia się religii w tym właśnie języku.

Pomijając już konieczność usunięcia niesprawiedliwości drogą ingerencji władz, to czy nie jest już prawdziwą tragedią fakt, iż Polak musi spokojnie patrzeć na zabiegi germanizacyjne wobec swych dzieci? W Polsce? I łożyć na to?

W tym tkwi dzisiejsza tragedia Polaków ewangelickiego wyznania.

Pastor Zöckler opiera swą szeroko zakrojoną akcję szkolną również o inne źródła finansowe, spoza Polski, np. ze stowarzyszenia „Gustav Adolf-Verein”. Bez trudu przychodzi mu opłacać nauczycieli wędrownych, którzy w swych wędrówkach po polskim kraju rozniecają – nie tylko oświatę. Również bez cenzury wędrują sobie obficie od szkoły do szkoły biblioteki niemieckie. Znajdzie w nich dziecko niemieckie powieść Seppa Dobiascha „Die Kaiserjäger im Osten” z takim oto fragmentem na str. 270: „Kto zrobił ten opatrunek?” – pyta lekarz. „Polski lekarz w Pilznie” – odpowiada siostra. „Naturalnie, uniwersytet we Lwowie, taki idiota”…

Nie wiemy, co tam jeszcze pokutuje w tych bibliotekach „oświatowych”. Jak również nie znamy tajemnic budżetów szkolnych. Możemy tylko wnioskować z pewnych rad, jakich pastor Zöckler udziela w swych okólnikach kościelnych zarządom gmin ewangelickich. Poucza mianowicie, jak opracowywać budżety przedkładane do zatwierdzenia władzom polskim. Brzmi to tak:

„Trudna to sprawa wykazać pokrycie na utrzymywanie prywatnych szkół niemieckich. Z jednej strony musimy spowodować, aby gminy podały jak najwyższe kwoty, z drugiej zaś nie jest powiedziane, by gminy musiały się ściśle stosować do przedłożonych budżetów, jeżeli utrzymywanie szkoły da się ułatwić w inny sposób, czy to przez obcięcie poborów nauczycielstwu czy to przez subwencje z zewnątrz.”

Po co podawać „jak najwyższe kwoty” i nie „stosować się ściśle do nich”? Na co idą pieniądze z obcięcia poborów nauczycielskich? Na co subwencje z zewnątrz”? A już przede wszystkim frapuje nas: na jaką akcję idą pieniądze wpłacane do kas kościelnych przez Polaków? W tym punkcie bylibyśmy uczuciowo najbardziej dotknięci, gdyby pieniądze z polskiej pracy miały iść na cele nie-kościelne.

Polityczny pastor

Niepokój nasz wzrasta, ilekroć sobie uświadomimy działalność polityczną zwierzchnika ewangelików w Małopolsce, pastora Zöcklera. Na terenie tak podminowanym jak ukraiński. Od dawna wiadomo, że Niemcy mają swoje rachuby w stosunku do Ukraińców. Dla tych wyrachowań utworzyli przed wojną światową konsulat niemiecki we Lwowie, dla nich też żywo działał na terenie ruskim Związek Obrony Kresów Wschodnich (Ostmarkenverein), powołany w Niemczech do walki z polskością. Całą tę na ogromną skalę zakrojoną akcję, ukoronowaną słynnym traktatem brzeskim w 1918 r., odkrył i kulisy jej przedstawił lwowski dziennikarz Krysiak. Jeszcze dziś każdy może sobie poczytać jego broszurę.

Akcji tej i związanych z nią gigantycznych planów klęska wojenna nie ucięła. Dziś to wszystko jest robione w dalszym ciągu, systematycznie. Że ukraińskie podziemia prowadzą do Berlina, na to stale mamy dowody. Przed kilku dniami światowy zjazd w Wiedniu Centralnego Związku Studentów Ukraińskich, zalegalizowanego w r. 1936 przez władze niemieckie (sekretariat w Wiedniu). Stale nam o tym przypomina b. leśniczy metropolity Szeptyckiego, jeszcze w r. 1938, obecnie przywódca terorystycznej OUN, Andrzej Melnyk. Ten następca Konowalca jest stałym gościem w Niemczech, skąd wysyła do Polski dyspozycje. W niedawnym swym manifeście propaguje niemiecki pochód na wschód i zwalcza jakiekolwiek tendencje Ukraińców w stronę Polski i Rosji.

Po tym podmalowaniu tła niemiecko-ukraińskiej współpracy możemy wrócić do pastora Zöcklera. Wyraziściej nam się teraz przedstawi sylwetka bohatera niniejszego artykułu tak, jak nim jest w akcji niemczyzny na wschodzie Polski wymieniony kilkakrotnie pastor. Jego związki z Ukraińcami nie świeżej są daty. W gorących a pięknych dniach Lwowa wydał „Memoriał w sprawie zapewnienia mandatów dla Niemców Zachodniej Ukrainy w konstytuancie”. Nie był dla kolonistów ks. Skorupką, walczył tylko o 4 mandaty dla Niemców „na zasadzie przyrzeczonej im autonomii”. Nie zakazywał ziomkom swoim rekwirować dla Ukraińców zboża po dworach polskich ani maltretować Polaków za pomoc krwawiącemu się Lwowowi. Skąd to przyszło, że Niemców mianowano komisarzami ukraińskimi?

I czy nie jest paradoksem, że np. komisarz w Mühlbachu jest dziś prezesem tamtejszej filii Związku Niemieckich Katolików?

W dziesięć lat potem grupa pastora Zöcklera „napiętnuje jako wrogów i zdrajców narodu” tych Niemców, którzy by nie głosowali na listę mniejszości narodowych i w ten sposób „wprowadzaliby wrogie stosunki z Ukraińcami”.

Odezwa wyborcza mówi:

„Ukraińcy idą zdecydowanie do wyborów; wyzyskaliśmy tę okoliczność, aby zawrzeć z nimi układ wyborczy”.

Co więcej:

„Kto odda swój głos na listę nr 1, ten wzmacnia wrogów niemczyzny… Odtrąca naszą dłoń i podaje ją Polakom”.

I sedno rzeczy:

„…Przez to wiąże się z Polakami nie tylko przeciwko niemieckim braciom i siostrom, ale także przeciw Ukraińcom, Białorusinom, Żydom i Litwinom”.

A więc ręka w rękę z Ukraińcami. Także Żydami. Byle przeciw Polsce, bo to „wróg niemczyzny” – który tyle lat, tyle lat pozwolił tej niemczyźnie porastać w pierze i tupet. I podpalać swe kresy.

Jakiż naród zgodziłby się na taką np. anomalię: jego członkowie, mieszkający na ziemiach włączonych do ościennego państwa, w liczbie 1,5 miliona mogą dysponować 35 spółdzielniami a 35 tysięcy kolonistów tego właśnie ościennego narodu, którym gospodarz pozwala tkwić u siebie, ma w jednej tylko dzielnicy, tzn. w Małopolsce Wsch. 80 spółdzielni (centralą „Genossenschaftsbank” we Lwowie, z filią w Łucku)! Chyba żaden nie dopuściłby do takiej krzyczącej dysproporcji.

Przez ewangelizację do „samoistnej Ukrainy”

Myśmy Niemcom dozwolili. Pastor Zöckler za to „ewangelizuje” nam tyły, Rusinów. W XIII w. teutońscy rycerze Najświętszej Panny Marii zabijali krzyżem Prusów, w XX – pastor niemiecki wbija ewangelię jako klin między Polaków i Rusinów. Jego akcja ewangelizacji Ukraińców porobiła w tej chwili duże postępy. Są już podobno w Małopolsce wsi ze zborami i ewangelickimi szkołami Ukraińców. Na Wołyniu działa separatystyczna Ukraińska Reformowana Ewangelicka Cerkiew.

Literaturę propagandową i kalendarze w języku ruskim dla nowych ewangelików przysyła się z Rzeszy, pieniędzy moc też, misjonarzy hurmem również. Rozdziela pastor Zöckler. Za tę zapewne funkcję każdy turysta przeczyta w Stanisławowie jego nazwisko na tabliczce z nazwą ulicy. Za to też kończą ziomkowie-pastorzy nabożeństwa suplikacją: „A teraz pomódlmy się za samoistną Ukrainę, za dra Zöcklera”…

Kładzeniu min pod jedną z najdroższych nam ziem musi być położony kres. Takie manifestacje, jak ostatnio w Stanisławowie, muszą się stale powtarzać i z takimi samymi żądaniami: rozwiązać organizacje hitlerowskie, ograniczyć liczbę niemieckich szkół do istotnych potrzeb (w Krynicy i Königsbergu w powiecie łańcuckim – serce COPu! – nie trzeba szkoły dla 4 czy 6 dzieci), dla Polaków polskie kazania w ewangelickim kościele, usunąć ze stanowisk rządowych, samorządowych i prywatnych hitleryzujących Niemców. Tego się trzeba domagać – aż do skutku. 600 Niemców, nie-obywateli polskich, z Łucka do Rzeszy już wyjechało. Zakład diakonisek w Więcborku, gdzie kształcono misjonarzy dla Ukraińców – też zlikwidowano w tych dniach. Takie zarządzenia wnet oczyszczą z dywersji niemieckiej nasz wschód.

Będzie jeszcze dobrze przy sposobności prześledzić dokładnie, w jakich punktach Niemcy się usadowili na południu i wschodzie Polski. Czy nie w najważniejszych punktach szlaku mającego wieść ku dawnym celom polityki niemieckiej, wyżej wspomnianym? Przez „samoistną Ukrainę” – ku powaleniu Rosji i osłabieniu Polski. I ku zyskaniu surowców: węgla, nafty i żelaza. Genialny to plan, który kilka srok za jednym zamachem chwyta.

Ale czy jest tak genialny polityk, który by potrafił to przeprowadzić?

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Close