• Tęcza
  • / IX 1932
  • / Poznań
  • / Rok 6, Nr 9

Napisał ANDRZEJ TOMICKI

Nowoczesny Babilon

Nie ulega wątpliwości, że zamęt panujący w Niemczech sięga głębiej, aniżeli się dotąd przypuszczało. To już nie niesnaski polityczne, ale chaos powszechny we wszystkich dziedzinach życia. Doszukując się jego przyczyn, nie wolno niedostrzec istotnych powodów załamywania się życia niemieckiego: demoralizacji i gangreny. Powody te odsłania niniejszy artykuł, stając się groźnem memento i ostrzeżeniem. Prez. Hindenburg wydał w ostatnich tygodniach rozporządzenie mające zapobiegać publicznemu zgorszeniu. Czy pomoże co ono i czy nie zjawia się zapóźno?!

Berlin, w sierpniu 1932

Wielkie miasto! Ogromny magnes przyciągający ludzi! Dążą do niego ze wszystkich stron, z odległych wsi, z małych sielskich miasteczek. Miasto rośnie, pęcznieje, szumi i huczy. Przez tysiączne ulice płyną masy ludzkie, spieszą, pędzą, gonią. Nieskończonemi szeregami ciągną się kamienice jak wielkie, podziurawione przez niesamowite owady szare kamienie, z których wychodzą i wchodzą znowu podnieceni mieszkańcy.

Sieć wąskich uliczek rozszerza się i wlewa w duże szerokie arterje, pulsujące spęczniałem życiem. Długiemi sznurami pędzą po nich automobile, na skrzyżowaniach zapalające się i gasnące automatycznie światła czerwone i zielone oznajmiają, z której strony wolno przechodzić względnie przejeżdżać. Pod ulicą dudni kolej podziemna, na bruku huczą tramwaje i autobusy, mostem przelatują pociągi zelektryfikowanej kolei miejskiej. Wieczorem zaś zalewa je potok różnobarwnego światła reklam.

Miljony ludzi! Jak ogromny wirujący lej wciąga w siebie wielkie miasto ludność całego kraju. I miele ją jak potworny młyn, wyniszcza i wytraca. Gdyby nie ten dopływ ciągły, dzisiejsze wielkie miasto – to wielomilionowe zbiorowisko ludzi, wymarłoby szybko. Więcej, znacznie więcej w niem ludzi umiera, niż się rodzi.

Jakaś dziwna moralność opanowuje jego mieszkańców. Rzucają się w jego wir, piją zatrute cocktaile użycia, ale nie chcą obowiązków. Na ulicach wielkiego miasta prawie nie widać – dzieci.

Błyszczące fasady kin, oświetlone jaskrawo szyby kawiarń, bary, restauracje, kabarety, teatry, wystawy… Gdy się wieczorami idzie w Berlinie przez Tauentzienstrasse, na placu koło Gedächtniskirche, przez Kurfürstendamm, czuje się w każdym nerwie oddziaływanie elektrycznego prądu, podniecające drganie świateł. Ruch porywa i oszałamia.

Jednak nie jest zdrowe życie w wielkiem mieście. W ogromnem mrowisku ludzkiem tworzą się plamy ponure, które jak fosfor i próchno świecą w ciemności. Są to ogniska gangreny. Soki tej gangreny dostają się do krwi i zatruwają cały organizm. One to wywołują ciągły stan podgorączkowy, który sięga daleko i sprawia, iż nawet ta ludność, która nie znajduje się w bezpośredniem ognisku gangreny – wymiera.

Nowoczesny Babilon! Z wielkich miast świata Berlin na tę nazwę dzisiaj zasługuje może najbardziej. Toczy go rak zepsucia. Deficyt urodzin jest w niem największy. Sztucznych poronień jest więcej, niż urodzin. Deprawacja osiągnęła stopień niebywały. Nie jest to już zwykła rozwiązłość, wchodzi ona w zakres wyraźnych zboczeń, które nie wydarzają się sporadycznie, nie kryją się w cieniu, ale są prawie oficjalne. Nietylko w zapadłych zaułkach, do których nieświadomy rzeczy lepiej niech wieczorem się nie zapuszcza, ale na najbardziej uczęszczanych ulicach dzielnicy zachodniej wchodzi się do lokali zupełnie nieukrytych, w których zdumione oko widzi tańczące w uścisku pary – kobiety z kobietami, mężczyźni z mężczyznami. W Berlinie to nikogo nie dziwi, powiada się poprostu, że lokal jest „schwul” i koniec. Liczne bary cieszą się niejako oficjalnie tą opinją, są takie, do których wogóle nie uczęszczają mężczyźni, inne do których nie wpuszczają kobiet.

Niedawny skandal z szefem sztabu największego dzisiaj stronnictwa niemieckiego, partji narodowo-socjalistycznej, kapitanem Röhmem, który będąc w Boliwji jako instruktor wojskowy, wypisywał do swoich przyjaciół niemieckich listy erotyczne, sławiąc Berlin jako jedyne i cudowne miasto, w którem można dawać upust nienormalnym skłonnościom, to tylko błyskawica, która oświetla zastraszający i prawie uznany stan rzeczy. Röhm, dodajmy, pozostał nadal na swojem stanowisku.

Oto na rogu dwuch ulic mały lokal. Tablica obwieszcza, że jest to „zamknięte towarzystwo”. Ale nocą późną zajeżdżają tam eleganckie automobile, z których wysiadają same panie, nieraz z bardzo dobrych rodzin. Firanki są szczelnie zasłonięte. Obok drzwi, przez które mogą wchodzić i inni śmiertelnicy, nie mając jednak dostępu do ubikacyj zarezerwowanych tylko dla wtajemniczonych. Tam się dokonuje selekcja, tam się przygotowują adeptki, ażeby móc się później stać członkami „zamkniętego towarzystwa”.

Na jednej z ulic niedaleko, małe niepozorne drzwi. Niema nad niemi za dnia żadnego napisu. Wyglądają jak drugie wejście do kamienicy, przeznaczone dla służby. Ale późną nocą pojawia się nad niemi napis tajemniczy, a stojący w drzwiach dyskretny portjer zapytuje zaciekawionego przechodnia, czy niema ochoty zobaczyć czegoś „nadzwyczajnego”. I tutaj są dnie, a raczej noce, w której wstęp mają tylko kobiety.

Nocne życie Berlina! Ze wszystkich ulic wypełza wampir i kąsa odurzone w barach „cocktailami”, „flipsami” i „coblerami” ofiary, wpuszczając im w krew śmiertelną truciznę demoralizacji, którą potem zarażają innych.

Specjalne księgarnie na najbardziej ludnych ulicach miasta dbają o to, żeby każdy mógł kupić sobie książki i pouczyć się o wszystkich możliwościach życia erotycznego. Nazywają się one ,,Sexualbuchhandlung”, „Okkulte Buchhandlung”, albo coś w tym rodzaju. Wyłożone są w nich książki pozornie naukowe o tajemniczej wiedzy, magji, jasnowidztwie, o fizjologji, historji obyczajów i t. p. tematach. Na każdej większej ulicy Berlina stoi zresztą astrolog i stawia za 50 fen. horoskopy, a sprzedawcy gazet wykrzykują tytuły wydawnictw astrologicznych narówni z tytułami zwykłych dzienników. Tu i owdzie nieduże sklepy urządzone są jak małe „Luna-parki”, gdzie za kilkadziesiąt fenigów wystrzygają „artyści” sylwetki na przedziwne tematy, a ubrany z indyjska mag wróży, i gdzie przedewszystkiem można wrzucić 10 fenigów do automatu, a wtedy przez stereoskop nakręcać najpotworniejsze akty i fotografje. Wchodzi tam każdy, niedorosły chłopiec albo dziewczynka kilkanastoletnia, a także starsi, szukający taniego dreszczyku, mężczyźni czy kobiety. Nikt się zresztą istnieniem tego wszystkiego nie przejmuje.

Nie opisujemy umyślnie szczegółów i nie podajemy bliższych danych o deprawacji nowoczesnego Berlina, bo to prowadziłoby zbyt daleko. Stwierdzamy fakt: zwyczaje panujące wogóle w Berlinie odbiegają daleko od tego, co w Polsce uważa się za moralne. Naród niemiecki nie jest zdrów i dlatego przyszłość jego nie jest pewna. Olbrzymi spadek urodzin jest wynikiem tego stanu rzeczy. Dzisiaj już uczeni niemieccy obliczają, że po usunięciu rozmaitych, wprowadzających wbłąd czynników z rachunku, Niemcy w rozwoju ludnościowym stanęły na martwym punkcie i grozi im nawet niebezpieczeństwo cofania się.

Kto przyjrzy się stosunkom w Berlinie, ten się temu nie dziwi. Ale dla innych narodów płynie z tego nauka, ażeby póki czas hamować u siebie ukazujące się objawy tej samej choroby. Potem może być za późno. Apostołowie gangreny chodzą również po Polsce. Czy na to pozwolimy?

Dla całego świata zaś wyłania się zagadnienie palące, zagadnienie bolesne: Problem wielkiego miasta, problem nowoczesnego Babilonu, z którego rozlewa się trucizna na cały kraj, który jest nienasyconą czeluścią, pochłaniającą dopływające zewsząd soki żywotne narodu. Jak temu zapobiec, jak podwiązać i wypalić ogniska gangreny?!

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Close