O wpływie mody na język polski

Omawiając znaczenie i życie wyrazów w 2-gim tomie swej „Gramatyki polskiej” (Lwów 1925) pisze znakomity badacz języka prof. Jan Łoś: „Najbardziej obrazowemi są wszelkie przenośnie czerpane z życia, z obserwacji, z otaczającego nas świata zjawisk, z któremi się zżywamy i spoufalamy. Nie dziw przeto, że dawni twórcy literatury naszej, przedstawiciele głównie ziemiaństwa czerpali swe przenośnie z zajęć rolniczych, z polowania, z rzemiosła rycerskiego i po nich odziedziczone wyrazy i wyrażenia przenośne przeszły do potomków i niejedno z nich siłą tradycji żyje dotychczas”.

Była jeszcze jedna dziedzina, z którą się zżył i spoufalił szlachcic polski: ubiory, i o ich wpływie na język pragnę słów parę powiedzieć. Przedzierając się niedawno przez ten las dziewiczy, od wielu lat dziesiątków nietknięty ręką badacza, jakim jest historja dawnych strojów polskich, poczyniłem kilkanaście spostrzeżeń, może nie bez ogólniejszej wartości. Niektóre z nich znalazłem potem z uciechą w monumentalnym „Słowniku etymologicznym” prof. Brücknera, najciekawszej, rewelacyjnej księdze o dawnej Polsce, jaka ukazała się w czasach ostatnich. Rozmiłowanie się w strojach i zbytku musiało zostawić ślady w języku i też zostawiło. Przenośnie z tej dziedziny podniecały mile wyobraźnię. Można je czasem chwycić za rękę, można to i owo wyjaśnić, jeśli się tylko sięgnie do zawiłych, niezawsze dziś zrozumiałych form i przemian z kostjumologji. Jasne wówczas się stają rozmaite powiedzonka, wykrzyki i przenośnie, których sędziwy wiek można wskazać przy tej sposobności.

Oto garść przykładów:
Wiadomo, że najdawniejszych czasów polszczyzny sięga podwika oznaczająca zasłonę niewieścią, a wślad zatem niewiastę samą. Dodam inny przykład, mniej znany, a zabawny. Mówimy para spodni. Dlaczego para? To proste. Pierwotne średniowieczne spodnie były to sukienne pończochy, oddzielnie wdziewane na nogę. Inna grupa obrazów i pojęć związanych ściśle z kostjumologją. Mówimy, że ktoś się przekabacił, kto inny wziął się pod boki, a tamtemu kurtę skrojono. To są wszystko wspomnienia wielkiej, ledwie się dziś pojąć dającej rewolucji w ubiorach, jaka dokonała się w w. XIV, kiedy to idąc za modą Zachodu zmieniono w Polsce powłóczyste i obfite suknie narodowe na kuse a obcisłe kabaty. W takich kabatach modnych pojawili się na dworze wawelskim eleganci z Witoldowej Litwy, w takich kusych „iopach” przyjechali Niemcy do miast polskich. I odtąd djabeł polski chodził kuso, obcisły w pasie. To kabacenie się, które ujawniło w sposób naówczas nieprzyzwoity stan człowieka i linję, pozwoliło mu też wziąć się za boki, a krawcy mieli wiele kłopotu z przystosowaniem się do zamorskich wymysłów, kiedy kurtę krajali. Kurtę to znaczy szatę krótką.

W kilku słowach wspomnę tylko o innej dziedzinie, a mianowicie o rozwoju barw i odcieni barwnych, które poczyniły ogromne postępy od średniowiecza do renesansu. Czerwiec i czerwień były z Polski rodem. Przywożne tkaniny flandryjskie bawiły oko polskie bezlikiem nowych, nieznanych dotąd barw, tak dalece bawiły i zachwycały, że od blankytnego (jasnego) koloru sukna do dziś pozostał błękit niebios! Ciekawsza jeszcze sprawa z kirem, który bynajmniej czarnej barwy nie oznaczał, jeno zgrzebne, pospolite sukno, samodział, noszony na znak żałoby na pogrzebach. A czerń wprost przeciwnie! Ta czerń, na którą później Górnicki będzie narzekał, że zagnieździła się na dworze, to kolor modny, drogi, włoski, radosny raczej niż smutny.

Inny zabytek strojów średniowiecznych: czep. Oznaczał nieodzowną u elegantów ozdobę kaptura, którym nakrywano głowę i szyję. Przypatrzmy się np. marszałkowi dworu w „Legendzie Królowej Jadwigi” z roku 1353. Zwisa mu u kaptura długi, wąski pas sukna z lisim lub wiewiórczym ogonem. To właśnie czep, (łać. lisipipium) (który później, za Rejowskich czasów pozostanie już tylko odznaką błaznów i wesołków). Do tego czepu raczej niż do kobiecego czepca, przyczepiły się później wszelakie zaczepki i przyczepki w języku. Rucho oznaczało w w. XV. -jak wiadomo – wogóle szaty, czasem szaty niewieście, od niego też poszły może przeróżne ruchomości?

Za królowej Bony przywieziono do nas pierwsze pantofle i skarpetki. Zrazu nie było między niemi różnicy. Scarpetta oznaczała bucik mały, pantofola, – bucik większy, wygodny. Warszawianki nie powinny zaprawdę śmiać się do rozpuku z galicyjskich mesztów. Jest bowiem słóweczko owo starsze od samej nawet stołeczności Warszawy. Król Zygmunt Stary nosił meszty na wawelskim zamku. A myślałby kto, że cokół to jakiś piastowski zabytek? Ani trochę. Urodził się również w garderobie niewieściej. Prof. Bruckner objaśnia: łaciński soccuhes, włoskie zoccolo = trzewik.

Gdy zaś słyszę frazes pospolity „esy-floresy” staje mi przed oczyma strojny tłum szlachty w szatach ze złotogłowiu i altembasu, imponujący kosztownością całemu światu. Haftowano wówczas gładkie sztuki aksamitu w barwne wzorki i kwiaty, w złote esy i floresy, co u jednych pomruk wzgardliwy u innych podziw wzbudzało. W czasach też zygmuntowskich zaczęto odróżniać lichych szaraczków od kosztownych karmazynów, a konopnych łyków od butnych zamsików, czyli tych pięknisiów, którzy na kusy, znany nam już tylko z oper Verdi’ego strój włoski, narzucali mantylki z zamszu. W epoce papuzich barw biedotę sadzano na szarym końcu, a ten, co go nie stać było na przywożne sobole kontentował się lisem farbowanym. W XVI w. powstało też przysłowie: każdy dudek ma swój czubek, t. z. kitę z czaplich piór na czapce, co wówczas weszło w modę. Wówczas też w wieku złotym, kiedy to suknia zaprawdę zdobiła człowieka, a każdy czem mógł ubierał i stroił szatę codzienną, dokonała się przemiana znaczenia samych wyrazów: ubiór i strój.

Zrazu tylko ozdoby, „przybiory” sukni stały się synonimem odzieży wogóle. I tak dalece zapomnieliśmy o ich pierwotnem znaczeniu, że prof. Bruckner pisze o nich w sensie, któregoby nie pojął człowiek XVI wieku: „Ubiór pierwotny był nader skromny”.

A skąd się wzięli ludzie „buńczuczni” i ludzie „rubaszni”? Znów przenośnia z naszej dziedziny. Człowiek buńczuczny, czyli nadmiernie pewny siebie, gwałtowny, zawadjacki zaczął chodzić po ziemiach polskich od czasu, kiedy na potrzebie z Turkiem ujrzał towarzysz pancerny pierwsze ogony końskie na drzewcach, zwane buńczukami. Rubaszność poszła od rubachy koszuli kozackiej i znaczyła nietylko pewną gnuśność, lecz i zbytnią poufałość. Do obu komentarzy, zawartych w „Słowniku etymologicznym” radbym dodał trzeci: o ludziach „wyniosłych„. Widzi mi się, że pojęcie wyniosłości poszło od „kołnierza wyniosłego”, który był czas jakiś w XVI wieku znamienną cechą zwierzchniej szaty polskiej. „Stryjkowski gęsto pisze o tem”. Możnaby snuć przykładów bez końca, z każdej epoki, więc wspomnieć fatałaszki i ceregiele szczegóły stroju kobiecego w XVII wieku przeniesione jako obrazy do języka, potem przypomnieć tupet również szczegół fryzjerski z epoki Stanisława Augusta (toupet = czub) itd. itd. Lecz i to, co tu wymieniliśmy wystarczy jako ilustracja silnego wpływu mody ubiorczej na język. Minęły stroje, nietylko wyszły dawno z mody, ale zaginął i utonął w powodzi czasu nawet ślad po ich nazwie, ale pozostała wieczysta pamięć w skarbcu języka, zostało słowo, które sugestywnie działa obrazem na wyobraźnię mas. Bierzemy się pod boki, stawiamy na papierze kaligraficzne esy-floresy.

Stanisław Wasylewski.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close