• Tęcza
  • / X 1937
  • / Poznań
  • / Rok 11, Nr 10

BOLESŁAW RUDZKI

Oczy na Wrocław

Już od dłuższego czasu dochodziły mnie wieści, że Wrocław został przeznaczony na centralę przeciwpolskiej akcji; że w nim mieści się sztab propagandy niemieckiej, skierowanej na Polskę; że do tego ongiś piastowego grodu, będącego dziś bastionem wojującej niemczyzny na wschodzie, zjeżdżają się tłumnie z całej Polski działacze niemieccy po instrukcje, w myśl których potem starają się działać na swoich terenach pracy.

Wrocław - lata trzydzieste XX wiekuIle prawdy mieściło się w tych wieściach niejednokrotnie usiłowałem zbadać. Ale wysiłki moje przez dłuższy czas były daremne. Brak mi było sprzyjających okoliczności. Dopiero niedawny mój pobyt w Opolu ułatwił mi to zadanie. Niespodziewanie spotkałem tam starego znajomego, który jak się potem okazało, mieszka od kilku lat we Wrocławiu i zna niejedną urzędową tajemnicę hitlerowskiego reżymu.

I oto od szeregu dni bawię we Wrocławiu, zbierając skrzętnie różne wiadomości o niemieckich przygotowaniach, wymierzonych przeciwko Polsce.

I tak stwierdziłem ponad wszelką wątpliwość prawdziwość wiadomości, że decyzją ministerstwa propagandy w Berlinie zmontowano we Wrocławiu olbrzymi aparat propagandy niemieckiej na Polskę, umieszczając jednocześnie w nim centralę tej propagandy, której szefem i organizatorem jest radca ministerialny Berndt, pochodzący z Wielkopolski.

Organem wrocławskiej centrali jest wychodzące tutaj hitlerowskie pismo codzienne „Schlesiche Tages-Zeitung”, specjalizujące się obecnie w kierunku prowadzenia hitlerowskiej propagandy wśród mniejszości niemieckiej w Polsce. W redakcji tegoż pisma zasiada cały szereg Niemców pochodzących z Polski i dobrze obznajomionych z polskimi stosunkami, jak np. znany dziennikarz z Bydgoszczy oraz współpracownik „Katowitzer Zeitung” – Jensch, który jest obecnie warszawskim korespondentem wrocławskiego pisma.

Wrocławska centrala propagandowa nawiązała już bardzo ścisły kontakt ze wszystkimi pismami niemieckimi o zabarwieniu nazzistowkim, jakie wychodzą w Polsce, przy czym zasila stale ich redakcje gotowymi artykułami oraz nadsyła im instrukcje, według których winny one oświetlać wypadki, zachodzące w świecie.

Jak mnie informowano, propaganda niemiecka jest dzisiaj skierowana głównie na Pomorze i Górny Śląsk, gdzie działa agencja „Deutscher Pressedienst aus Polen”, związana nietylko ideologicznie, ale nawet personalnie z wrocławską centralą, bowiem współpracownicy agencji są zarazem współpracownikami głównego organu wrocławskiej centrali „Schlesische Tages-Zeitung”. Dodać jeszcze należy, że na polskim Górnym Śląsku tubą wrocławskiej centrali jest „Katowitzer Zeitung”, a na Pomorzu bydgoska „Deutsche Rundschau”.

Wprawdzie cała ta hitlerowska robota propagandowa pozornie ma charakter antykomunistyczny, w rzeczywistości jednak ma na celu szerzenie i umacnianie ideologii nazzistowskiej wśród mniejszości niemieckiej w Polsce. Nic więc dziwnego, że ujemne następstwa tej propagandy dają się już zauważyć w całej Polsce. Czy to weźmiemy zeszłoroczny spisek N. S. D. A. B. na Górnym Śląsku, czy też wykryty niedawno tajny obóz przeszkoleniowy w Kęsowie (na Pomorzu), albo cały szereg innych wypadków, których z braku miejsca nie mogę wyliczać – wszystko to świadczy o wzrastającej bucie niemieckiej w Polsce, będącej następstwem hitlerowskiej propagandy, i o dążności Niemców polskich do militaryzacji i czynienia szeregu tajemniczych przygotowań „na wszelki wypadek”.

Zresztą to nie jest jeszcze wszystko. Zobaczymy, jak się przedstawia np. „lojalność” mniejszości niemieckiej wobec służby w wojsku polskim. Według „Poznańskiego Dziennika Wojewódzkiego” na ogólną liczbę 486 mężczyzn, uchylających się od służby wojskowej na terenie Wielkopolski było aż 220 Niemców. A więc przeszło 45 proc., gdy Niemców w Wielkopolsce jest niecałe 9 proc. Na Pomorzu i na Górnym Śląsku sprawa ta przedstawia się jeszcze fatalniej.

A cóż dzieje się z tymi dezerterami? Odpowiedź łatwa. Uciekają do Niemiec, gdzie są szkoleni w specjalnych obozach wojskowych i następnie wracają do Polski, by w niej czekać na stosowną chwilę, w której będą mogli być użyci do czynnego wystąpienia przeciwko nam. Zresztą po powrocie do Polski nie próżnują. Mają już przydzieloną placówkę, na której zmuszeni są pracować dla dobra i wielkości Rzeszy, jako jej prawowierni synowie i obywatele.

– Prawowierni obywatele Rzeszy Niemieckiej? – zapyta się zdumiony czytelnik. – Przecież są oni prawnie obywatelami polskimi.

Tak, to prawda. – Obywatelami polskimi prawnie są nadal. Duszą i sercem jednak czują się obywatelami niemieckimi i tymi ostatnimi są w istocie. W Polsce spełniają tylko to, co im spełniać polecono.

Znaczenie tego faktu wyjaśniają poufne przykłady, jakie przytoczył mi mój rozmówca.

– Już na wiele lat przed ostatnią wojną światową zaprowadzono wśród Niemców, zamieszkałych poza granicami państwa niemieckiego tzw. „prawo o podwójnym obywatelstwie”. Prawo to nakładało na każdego Niemca, bez względu na to, gdzie on się znajdował i jakie stanowisko zajmował w państwie, którego był oficjalnym obywatelem, obowiązek pracy na rzecz dawnej ojczyzny, na rzecz państwa niemieckiego.

– Wojna światowa na terenach b. państwa rosyjskiego wykazała najlepiej działalność tego prawa. W całym szeregu wypadków ujawniono wówczas ścisłą współpracę Niemców, obywateli rosyjskich, z niemieckim sztabem generalnym. Współpracowali z nim zarówno wyżsi jak i niżsi urzędnicy, ziemianie jak i chłopi-koloniści, kupcy, rzemieślnicy, a nawet robotnicy narodowości niemieckiej.

To samo ujawniono także na Wołyniu i Polesiu w majątkach niemieckich właścicieli.

Stwierdziłem to naocznie, mówił mój rozmówca, jako uczestnik walk ówczasnych. Wtedy też zauważyłem rzecz zdumiewającą i godną uwagi: zupełną nieznajomość języka polskiego u bardzo wielu kobiet niemieckich, które przecież urodziły się i wychowały w dzisiejszej Polsce oraz stale stykały się z ludnością polską. Z rozmowy z nimi, z ich mężami i dziećmi wywnioskowałem, że wszyscy bez wyjątku byli zagorzałymi patriotami niemieckimi, gotowymi każdej chwili ponieść dla Vaterlandu jak największe ofiary.

– Jak to? – zawołałem. – Więc przedwojenne niemieckie „prawo o podwójnym obywatelstwie” obowiązuje dziś każdego Niemca, mieszkającego w Polsce?

– Czy każdego? Tego nie twierdzę – odpowiedział. Ale, że wielu Niemców, obywateli polskich, jest mu posłusznych – to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Szczególnie ściśle przestrzegają je różni narodowo-socjalistyczni działacze niemieccy w Polsce, a przede wszystkim Niemcy, dezerterzy z Polski, którzy po przeszkoleniu w wojskowych obozach w Rzeszy, odpowiednio pouczeni i przygotowani do podziemnej roboty, muszą wracać do Polski… na przydzieloną im placówkę.

– Skoro mówimy o Niemcach, dezerterach polskich – podjąłem rozmowę – chciałbym wiedzieć, czy to prawda, że mają oni być skupieni w specjalnej formacji wojskowej p. n. „Legion polski”?

Myśl o powołaniu do życia dla młodych Niemców, uciekinierów z Polski, specjalnej formacji wojskowej już od dawna nurtuje wśród gorętszych kół hitlerowskich. O ile mi wiadomo, projektowany „Legion polski” ma być umieszczony w dwóch miejscowościach: w Lancbergu (Gorzów) i w Bytomiu. Właśnie w pobliżu tych miast istnieją już dzisiaj niemieckie Obozy Pracy, przeznaczone specjalnie dla dezerterów z Polski, z których „Legion polski” ma być uformowany.

Na tym zakończyłem interesującą rozmowę z moim wrocławskim przyjacielem, by z kolei przeprowadzić drugą, niemniej ciekawą od pierwszej, z jednym Bawarczykiem na temat fortyfikacyj niemieckich, wznoszonych we wschodnich prowincjach Rzeszy.

– Budowa fortyfikacyj w nadgranicznych prowincjach Rzeszy nie jest już żadną tajemnicą. Tajemnicą jest tylko system ich budowy, o którym choćbym chciał, niewiele panu mogę powiedzieć. Ale proszę spojrzeć.

To mówiąc, wziął podręczną mapę Niemiec i, wykreśliwszy na niej punkty i linie zaczął mi je objaśniać:

Niemiecki sztab generalny liczy się z nieuniknioną koniecznością rozprawy orężnej z Polską. Wojnę spowodują na pewno Niemcy. To jednak nie wyklucza możliwości wkroczenia wojsk polskich na terytorium Rzeszy. Chodzi więc o to, aby wojska te nie mogły się wedrzeć w głąb Niemiec, a przede wszystkim, aby nie mogły przekroczyć Odry. W tym to celu postanowiono ufortyfikować linię Odry w miejscach przypuszczalnego ataku ze strony polskiej. Las fortyfikacyj niemieckich we wschodnich prowincjach Rzeszy dzieli się na trzy odcinki:

Pierwszy odcinek ciągnie się wzdłuż górnego brzegu Odry od Wrocławia przez Głogów aż do Zielonej Góry (Grünberg). Odcinek ten ma dwa umocnienia: Wrocław, którego forteca ulega gruntownemu przebudowaniu i silnemu umocnieniu, i Głogów, zamieniany teraz na centrum oporu i wypadu przeciwko Polsce na tym odcinku.

Zauważyć przy tym wypada, że odcinek ten jest teraz fortyfikowany bardzo intensywnie. Pobudowano już na nim cały szereg fortów i blokhausów betonowych, tak po lewym, jak i prawym brzegu Odry oraz buduje się jeszcze szereg fortyfikacyj podziemnych. Gęstość fortów jest stosunkowo dość duża, bo dochodzi od pięciu do ośmiu, a w niektórych miejscach nawet do dziesięciu na jeden kilometr. Forty są bogato zaopatrywane w artylerię lekką i ciężką, w karabiny maszynowe, działa przeciwlotnicze, reflektory, oraz inny potrzebny sprzęt wojenny.

Odcinek drugi – to fortyfikacje, założone w łuku, jaki tworzą Odra i Warta na północ od tej ostatniej. Odcinek ten składa się z trzech części:

a) Küstein – Wiezen; b) Wiezen – Köningsberg; c) Köningsberg – Lippehne.

Wszystkie te części to potężna bariera żelaza i betonu, która w oparciu o umocnienia Frankfurtu i fortyfikacje Kistrzynia, będącego centrum tego odcinka, ma nietylko skutecznie bronić Berlina przed polskim atakiem, ale również być pozycją wypadową wojsk niemieckich na wschód.

Na tym odcinku pobudowano olbrzymie podziemne hangary dla lotnictwa. Są one rozplasowane szerokim wieńcem głównie dokoła Kistrzynia, który też jest przeznaczony na wielką bazę wypadową dla lotnictwa niemieckiego na wschód.

Trzeci odcinek pasa niemieckich fortyfikacyj nadgranicznych biegnie od miejscowości Deutsche Krone, położonej mniej więcej na linii Grudziądza, na północ ku morzu poprzez Neustettin, Pollmow i Stolp (Słupsk). Jest to odcinek zbudowany jak najstaranniej. W budowie jego wzorowano się na słynnej linii Maginota.

W ogóle sztab niemiecki przywiązuje do tego odcinka wielką wagę. A to ze względu na Prusy Wschodnie, które w razie wybuchu wojny staną się jednym z celów ataku polskiego. A że bronić ich skutecznie można będzie tylko po sforsowaniu przez wojska niemieckie polskiego Pomorza, więc do szybkiego opanowania tegoż sztab niemiecki już dzisiaj się przygotowuje. Zresztą sztab niemiecki przypuszcza, że Polacy z chwilą wybuchu wojny, nie chcąc utracić dostępu do morza, będą musieli uderzyć w pierwszym rzędzie tak na Prusy Wschodnie, jak i na Pomorze niemieckie. I to polskie uderzenie skutecznie ma powstrzymać i odeprzeć i podtrzymać ten trzeci odcinek nadgranicznych fortyfikacyj niemieckich.

Jak są budowane powyższe fortyfikacje – nic panu powiedzieć nie mogę. To jest otoczone jak najściślejszą tajemnicą, której nie zdradzą nawet robotnicy zatrudnieni przy ich wznoszeniu, bo z góry skazani są na wieczne milczenie.

Robotnicy, zatrudnieni przy pracach fortyfikacyjnych do czasu ich ukończenia są niemal zupełnie izolowani od świata. Mieszkają w specjalnych obozach, korzystają w nich z wszelkich wygód i rozrywek, ale wydalać się im z obozu nie wolno. W wyjątkowych tylko wypadkach niektórym z nich bardzo zaufanym wolno wydalić się poza obręb obozu i prac fortyfikacyjnych, ale nigdy nie samym. Zawsze towarzyszą im agenci generalnego sztabu, pracujący razem z nimi. Nawet w wypadkach choroby nie wysyła się ich do szpitali publicznych, lecz leczy się na miejscu lub we własnych szpitalach, znajdujących się w Głogowie, Kistrzyniu i Nowym Szczecinie.

Po ukończeniu prac fortyfikacyjnych robotnicy ci są przeważnie odsyłani do fabryk chemicznych wojennego przemysłu, w których są także izolowani od świata i z których już żywi nie wychodzą. Pobyt przez rok, dwa, a najwyżej trzy w tych fabrykach zabija nawet najzdrowszy, najsilniejszy i jak najbardziej odporny organizm ludzki. Ludzie w nich, nie czując tego wcale, powoli konają… Jest to straszna, okrutna, wprost potworna śmierć!!!… Ona to dzieli mnie nieprzebytym murem od tych wszystkich, którzy ją tolerują, ba, nawet zalecają i pochwalają!… Ona mi też otwiera usta do powiedzenia panu tego, czego jako Niemiec i obywatel niemiecki, powiedzieć nie powinienem. Ale ja jestem nietylko Niemcem i obywatelem niemieckim. Ja jestem także człowiekiem!…

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Close