Podwójny cud Wisły

W roku obecnym, w dniu 15 sierpnia obchodzimy dziesięciolecie bitwy pod Warszawą, tego naprawdę wspaniałego zwycięstwa, które rozpoczęło łańcuch naszych odwetowych triumfów w wojnie z Sowietami i ocaliło poważnie zagrożoną niepodległość, świeżo uzyskaną.

Świętując święto zwycięstwa militarnego, może i przeoczymy, że w dacie tej święcić powinniśmy niemniej ważną rocznicę. Rocznica natury moralnej, zwycięstwo nazwane popularnie „Cud Wisły” to ostatni – niestety – poryw, – kiedy naród w duszy swej uczuł się nierozbitą jednością! Zamilkło wszystko, co nas może dzielić. Przypomnijmy sobie: nie było w tych dniach warstw. Któremu z żołnierzy włościan przychodziło na myśl, że ten padający obok niego od nieprzyjacielskiego szrapnela towarzysz krwi i trudu wojennego, jest synem obszarnika? Który z dworskich paniczów nie czuł się tą samą żołnierską substancją, co jednym i tym samym pyłem okryty wraz z nim chłop, rzemieślnik, robotnik. „Kula w haft i w siermięgę jednako uderza” – doznawało się tego najżywszym fibrem świadomości.

Nie było stronnictw i partyj. A jeśli były, boć być musiały, to ponad energją różnic górował jednak duch współpracy. Niebezpieczeństwo odkładało rachunki na później. Nie było uprzywilejowanych i upośledzonych, bo nie bez dumy wstecz spoglądając, w zgodzie z prawdą, stwierdzić możemy, że poza beznadziejnie chorymi, kto z młodych żył, pospieszył pod sztandary. Piękny był naród nasz w grozie roku 1920!

Rozejrzyjmy się po dzisiejszych duszach polskich: czy nie zauważacie, że w odmęcie wszelakiego zła czy małości, normalnego zła i normalnej małości, jakby to może określił zobojętniały socjolog, że w tem zszarzeniu ludzi i faktów tysiące jednostek żyje jeszcze i swoją moralną skalę utrzymuje wspomnieniem 1920 r., tem, że i ich wtedy nie zabrakło? Że i oni całego siebie dorzucili do tej wielkiej jedności, w jaką się społeczeństwo stopiło na przeciąg jeśli nie kilku miesięcy, to kilku tygodni przynajmniej? To, że jeden i ten sam oddech miał wówczas naród i oni – jednostka, to im i dziś jeszcze dodaje sensu życia.

A przecież nietylko chwile „Cudu Wisły” były świadkiem tego niezwykłego wsparcia się w górę ducha narodowego. Cały czas wielkiej wojny to okres, którego nie mamy powodu się wstydzić. Chociaż byliśmy rozdarci tragicznie na dwie zwalczające się orjentacje, to jednak błąd okupiony był wspólnem cierpieniem i wspólną nadzieją. Nikt nam nie odbierze wielkości chwil, w których serca polskie podobne były naciągniętej do kresu cięciwie, że – zdawało się – jeszcze chwila, a pęknie z bólu oczekiwania, niepewności, rozpaczy i wiary! Rozdwajał nas aż do dna jestestwa narodowego podział na odmienne wyliczania szans wojennych i na różne pojmowanie grozy, płynącej z możliwości zwycięstwa Niemiec, że skutki tego rozłamu czujemy po dziś dzień, ale ponad rozdarciem umysłów roztaczała się jedność polskiego bohaterstwa, epicka szczodrobliwość krwi polskiej, ofiarność losów własnych, osobistych, rozrzucana dla Ojczyzny wszędzie, gdzie Polak się znalazł: w Karpatach i na Murmaniu, we Francji i na Syberji. Szał poświęcenia szedł po Polakach w kraju i po Polakach za Atlantykiem. Święta rozrzutność krwi okupiła stokrotnie omyłki rozumów.

Można oczywiście smucić się pytaniem, dlaczego Polacy spójni się czują tylko w obliczu niebezpieczeństw, a w swarliwy rozbieg rozlatują się, gdy nastaje dzień spokoju. Można głęboko się zadumać nad tym niedomiarem naszej dojrzałości, że gdy świat potrafimy zadziwić cnotami wojennemi, do poziomu niejako niższych społeczeństw spadamy, gdy na nas spada ciężar pokojowych, cywilizacyjnych zadań? Ale ani zaduma, ani smutek nie zmieni istniejącego stanu rzeczy, nie przełamie dotychczasowego szczebla naszego przystosowania się do dziejów. Natomiast, kto wie, czy nie byłoby środkiem wychowawczym umiejętne przypominanie narodowi tych chwil wielkości, w których każdy niemal z nas był jej uczestnikiem i jej współautorem?

Bo zastanówmy się tylko: Czyż może pozostać bez wpływu na nasze uwierzenie w samych siebie ta okoliczność, że przecie nie kto inny, lecz my sami umieliśmy się wznieść górniej, oddychać szerzej, czuć się innymi – i to nie tak dawno! Nie kiedyś tam, przed wiekami, w naszych pradziadach, co dla odruchu naszej świadomości bywa nieraz odczuciem mitologicznem, czemś podobnem do klechdy o Herkulesie i Augjaszu – nie kiedyś tam za wielkoludów, lecz za naszego życia i w nas samych historja nasza miała swój herkulesowy okres – czyż to nie powinno stać się nauką i ostrogą? Więc tylko umieć zorganizować jakoś te nauczanie nas o nas, stawianie nas za przykład nam samym, to przypomnienie i unaocznienie. Tylko znaleźć jakiś sposób na wzbudzenie w nas wewnętrznego aparatu, któryby umiał wielkość naszych chwil wyjątkowych przetworzyć na wytrzymałość, na godność w dniach powszednich historji. Tylko jeszcze zdobyć się na przetarcie oczu, by ujrzały, że to, co nazywamy powszedniością, to tylko inny sposób zliczenia tych samych pierwiastków, które w dziejach składają się na moment niezwykłości. Tylko wywalczyć w sobie przekonanie, że dni t. zw. szarego życia mogą tak samo być wielkie, jak i dni heroizmu.

Niechże więc rocznica zwycięstwa stanie się dla nas dniem nietylko chwały wojennych polskich sztandarów, ale i dniem przeniesienia moralnej siły narodu z bohaterstwa orężnego na heroizm bytu pokojowego.

Adam Grzymała-Siedlecki

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close