• Tęcza
  • VIII 1938
  • Poznań
  • Rok 12, Nr 8

JÓZEF KISIELEWSKI

Rozmowa nad rzeką Dziwną

W cyklu reportaży z życia Niemiec współczesnych, Józefa Kisielewskiego, fragment podany niżej jest jedna z końcowych pozycyj. Niebawem reportaże zostaną zebrane w całość i wyjdą w osobnej książce. Rozmowa nad rzeką Dziwną jest ważnym ogniwem w owych reportażach. Odbyła się istotnie, jej przebieg został oddany wiernie. Pozwala ona wglądnąć w procesy myślowe dzisiejszego Niemca, w rodzaj propagandy, jaką się tam rozwija w stosunku do Polski. – Rzeka Dziwna (niem. Divenow) jest ramieniem, łączącym Zatokę Szczecińską z Bałtykiem. Na lewym brzegu rzeki leży dawne słowiańskie miasto Wołyń (niem. Wollin). W roku 1931 odkryto pod powierzchnią wołyńskiego rynku zręby słowiańskiego miasta (pisał o tym w „Tęczy” – 1934, nr 11, prof. Z. Wojciechowski). Dziś przeprowadza się prace wykopaliskowe obok Wołynia na Górze Srebrnej – i na Górze Szubienicy – Galgenbergu.

Dzisiejsze wykopaliska prowadzone są już nie w samym Wołyniu, ale obok niego. W dwóch miejscach, na Galgenbergu czyli na Górze Szubienicy i na Silberbergu, czyli na Górze Srebrnej. Silberberg leży dwa kilometry na północ od wołyńskiego rynku.

Jest to znaczne wzniesienie, wystające kilkadziesiąt metrów ponad rzekę Dziwną. Panuje nad jej wodami, które przepływają mimo, dążąc z Zatoki Szczecińskiej ku Bałtykowi. Woda ujęta jest w uregulowane brzegi, ale opodal, za miastem rozlewa się szerzej i widać, że w dawnych czasach zdradzała skłonność do niesfornych rozlewisk.

Po piaszczystej drodze pnie się ze zgryźliwym warczeniem samochód. Na połowie wysokości zastępuje drogę cmentarz. Minąwszy go, wjeżdżamy pomiędzy rzędy nowych domków robotniczych, przed którymi rozciąga się olbrzymie kartoflisko. Gdy się wąską ścieżką wśród kartoflanego pola ujdzie jakieś pół kilometra, spośród zarośli a nad piaszczystym urwiskiem wyrasta drewniana chałupa, która wygląda zupełnie tak samo, jak barak poszukiwaczy złota z awanturniczych filmów amerykańskich.

To biuro kierownictwa wykopalisk. Na pukanie nikt się nie pokazuje. Wchodzimy więc na teren rozkopanej ziemi bez zaproszenia. Panuje tu pustka i brak wszelkiego ruchu. Cały plac wykopalisk podobny jest do zwykłego piaszczystego wzgórza, z którego okoliczni mieszkańcy wywożą piasek na przygodną budowę. Kręci się leniwie po zboczach kilku robotników, leżą w nieładzie jakieś druty, pokłady szyn polnej kolejki i drewniane kołki. Z przeciwnego krańca idzie ku nam wysoka, chuda, spalona słońcem postać.

Kierownik wykopalisk na Silberbergu, pan Sasse.

Nie, – powiada – nie, pana dyrektora Kunkela nie ma. Urzęduje w Szczecinie, a tu tylko czasem dojeżdża. Nad robotami ja mam zleconą pieczę.

Postać pana Sasse jest bardzo charakterystyczna. Bardzo wysoka i bardzo chuda. Wzrostu dodają temu człowiekowi wysokie buty, bryczesy i skórzana wojskowa kurtka koloru khaki. Twarz ma pociągłą, pooraną bruzdami, oczy niebieskie. Całość sprawiałaby wrażenie ujmujące, gdyby nie sztywność, surowy ton głosu i rys uporu, jaki zaznacza się w postaci a niebawem i w słowach. Pan Sasse w sposobie bycia jest bardziej podobny do podoficera niż do uczonego.

– Chcielibyśmy zwiedzić wykopaliska. Przyjechaliśmy z Polski.

– Nie ma właściwie czego zwiedzać.

– Przecież…

– Ciekawe rzeczy były na rynku, tu nie. Otoczyliśmy we czwórkę pana Sassego i nie odstępujemy.

– Zresztą proszę – powiada po chwili.

Prowadzi nas ku ziemnym wykopom. Jest zakłopotany, gdy wspominamy o Biskupinie.

– Tak, słyszałem. Tam są wielkie roboty. Ale my musimy oszczędzać. Nas nie stać na rozrzutność.

Niebieskie oczy patrzą na nas surowo i karcąco. Ale poprzez spojrzenie widać zazdrość: na Silberbergu pracuje tylko kilku robotników.

– Musimy oszczędzać. Zresztą w tym miejscu nic ciekawego nie można znaleść. Jakiś cmentarz, jakieś groby. Wszystko wiadomo naprzód.

– Wszystko? – podchwytuje Stępowski, wyciągając notes i gotując ołówek. – Więc na przykład? Niech pan opowie.

Powoli surowy rozmówca ożywia się. Lody nie spływają jeszcze. Nie, to trudnoby twierdzić, ale przynajmniej trochę poczynają tajać.

– Cóżby pan chciał wiedzieć?

Wszystko. Od początku.

Najzawziętsza powściągliwość dozna rozluźnienia, gdy się zaapeluje do umiłowanej dziedziny pracy człowieka. Więc się pan Sasse nie daje prosić, wykłada poglądy prehistoryków niemieckich możliwie gruntownie i wszechstronnie. Już z pierwszych słów wynika jednak, że jest reprezentantem nie starej przedwojennej szkoły uczonych niemieckich, którzy przecież, bywało, zdobywali się na obiektywizm. Reprezentuje nowy, bezkompromisowy typ nauki niemieckiej, oszlifowanej już i uformowanej przez narodowy-socjalizm. Zaczyna tak:

Od niepamiętnych czasów, od epoki kamiennej i brązowej ziemie Europy środkowej i wschodniej zamieszkiwane były przez ludy germańskie…

– Mniej więcej dokąd, jak daleko? – pyta Janusz.

Mniej więcej do równiny rosyjskiej, a w każdym razie do rzeki Bug. To wszystko byli Germanie. Trzy czwarte Europy należało do nich. Ale był to lud zawsze, od najpierwszych czasów dążący do cywilizacji i kultury, dlatego nie mógł się dobrze bronić przed najazdami dzikich hord. W różnych czasach musiał ustępować koczowniczym bandom, ciągnącym ze stepów azjatyckich. Tracił swoje odwieczne ziemie, ustępował pod naciskiem siły, brocząc we krwi…

– A Słowianie?

– W wieku IX i X musiał ustąpić również na krótki czas również Słowianom, Wendom. Stało się to na przestrzeni Pomorza gdańskiego i Pomorza nadodrzańskiego. Germanie, którzy w tych stronach mieszkali, nosili nazwę Ostgermanem. Na dwa stulecia ustąpili. Wspaniała rasa europejska…

– Ustąpiła przed drugą wspaniałą rasą europejską…

– Nie, Słowianie nie są rasą.

– No, wie pan!

Pan Sasse znów staje się surowy.

– Nie są! Dziś o tym wiadomo na pewno. Do niedawna myślano rozmaicie. Mówiło się o Scytach, Sarmatach, Celtach. Ostatnio nauka niemiecka twierdziła, że Słowianie są Illirami. Ale teraz na podstawie najnowszych badań wykazało się, że Słowianie nie są osobną rasą.

– Ale czymżeż w takim razie są?! – wołamy przejęci tak bardzo, że aż pan Sasse pod tym naszym przejęciem nie widzi rozbawienia i drwiny. W poczuciu swego ważnego nauczania maluczkich wypowiada uroczyście:

– Są podrasą.

– Podrasą? Jaką ?

– Podrasą germańską. Są odpryskiem wielkiej rasy germańskiej. Z wyjątkiem wąskiego paska Morza Śródziemnego cała Europa stanowiła teren germański. To jest pewnik. Aksiomat. Niezachwiany imperatyw. Gdy więc historia albo prehistoria natrafia na jakąś nową grupę ludzką, to ta grupa nie może być niczym innym tylko pochodną gałęzią germańską. Chyba logiczne?

– Zupełnie. Ale cóż panowie robią w tych wypadkach, gdy w wykopaliskach znajdziecie słowiańskie przedmioty, ceramikę powiedzmy z III, IV wieku?

To nie są rzeczy słowiańskie. To są germańskie.

– Skąd pan wie?

Pan Sasse spojrzał zniecierpliwiony:

– Przecież to nie ulega wątpliwości. Wszyscy sobie zawracali głowę Słowianami; skąd przyszli, kiedy, dokąd poszli? A tu sprawa jest jasną. Ukazali się po raz pierwszy w wieku IX. Po prostu pewna boczna gałąź rasy germańskiej zanieczyściła się przez zmieszanie z jakimiś hordami Azjatów. Oto skąd Słowianie!…

Sprężysty prehistoryk obrócił się, aby nam pokazać jakiś szczegół w wykopaliskach. Jesteśmy rozbrojeni, trudno się przecież spierać z człowiekiem chorym. To bowiem, co nam zademonstrował pan Sasse to już nie wiedza, to choroba. Ale Janusz nie rezygnuje. Notuje każde słowo wykładu i ciągle mu jeszcze mało:

– Więc pan twierdzi, że przed Chrystusem…

W pana Sasse trafia symboliczny piorun oburzenia. Wzdraga się, obraca ku nam i oznajmia, groźnie marszcząc twarz:

– Przede wszystkim, jeśli pan chce cośkolwiek wiedzieć o prehistorii, musi pan raz zarzucić ten przestarzały podział: przed Chrystusem, po Chrystusie. To nie ma nic wspólnego z nauką. Nauki nie obchodzi historia religii, tylko historia grup i ras ludzkich. Datami zwrotnymi dla nauki są daty dotyczące tych właśnie spraw. Dla prehistoryka miarodajne są tylko takie terminy, jak „Jungsteinzeiten” czyli „Frühgermanische Zeiten”, „Altere Eisenzeiten” czyli „Altgermanische Zeiten”, „Jüngere Eisenzeiten” czyli „Germanische Wanderzeiten”, innych podziałów nie ma.

Rozumiemy, że pozostaje tylko jedno: jak najszybciej wycofać się i wyjść spod obstrzału mądrości pana Sassego. Ale, okazuje się, że nie tak to łatwo teraz, gdy się raz puściło w ruch motor tej nieskomplikowanej psychiki. Pan Sasse bowiem stał się rozmowny, a nawet gościnny. Oprowadza, wyjaśnia, sypie terminami.

Porozumiewamy się wzrokiem z Januszem, który stara się odwrócić uwagę rozmówcy na inny temat:

– Niech pan przyjedzie kiedy do Polski. Pan Sasse przystanął z wrażenia.

– Ale po co?

– No, obejrzeć, zwiedzić. Dowiedzieć się czegoś więcej o Słowianach.

– Nie, mam dosyć pracy tutaj.

– Na przykład do Biskupina.

– To nie ma znaczenia.

– Albo do Krakowa.

Czy jest tam co ciekawszego, niż w Niemczech? Więc po co? Ale po chwili dodał:

Zresztą musimy oszczędzać. Pan wie, ile muzeum dostaje dewiz na książki zagraniczne? Cały dział prehistoryczny – 40 marek! Wynika stąd, że rząd ma na to swój odrębny, wyrobiony pogląd. Rząd uważa, że niemiecki pracownik naukowy powinien siedzieć w Niemczech.

Dochodzimy do krańca wykopalisk. Wreszcie następuje pożegnanie. Ale pan Sasse jeszcze ma coś do powiedzenia:

– A tam – powiada – po drugiej stronie Divenow była Wineta. Jest to ostatnia informacja, jaką nam zdołał udzielić kierownik wykopalisk na Silberbergu. Żegnamy się ostatecznie i bez żalu, obiecując sobie nasłać kiedyś na tego „naukowca” pana Kostrzewskiego z Poznania. Wracamy do auta. W tej chwili między kartofliskiem a polem kukurydzy nurknął jakiś człowiek, który całą naszą rozmowę musiał poprzednio podsłuchiwać.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close