• Tęcza
  • III 1939
  • Poznań
  • Rok 13, Nr 3

Konstanty Paczkowski

Wizyta w loży masońskiej

– To człowiek, który widział praktyki wolnomularzy!

W tej chwili minął nas może trzydziestoletni mężczyzna, bardzo skromnie ubrany. Byłem zaintrygowany. Ciekawość moja wzrosła, gdy dowiedziałem się, że nie jest to żaden członek loży, lecz po prostu zwykły śmiertelnik, którego żądza przygód zaprowadziła pewnego dnia do domu mieszczącego loże masońskie. Zapytują mego towarzysza o adres pana Holly’ego i udaję się do niego w odwiedziny.

W rozmowie okazuje się, że wyprawa pana Holly’ego nie zdołała ujść bacznym oczom członków loży. Następnego dnia, kiedy chciał podzielić się wiadomością o swej wyprawie ze znajomym redaktorem, przed drzwiami oczekiwał posłaniec z listem i ustnym poleceniem, by o nadesłanej przesyłce nikomu nie mówił i nikomu jej nie pokazywał.

Pan Holly dostał pierwsze ostrzeżenie. List był pełen gróźb. Odtąd bardzo często spotykał na swej drodze te same twarze. Czuł, że jest śledzony. Jedyna próba rozmowy na temat pobytu w loży zakończyła się czymś w rodzaju napadu, mimo że zdawało się, iż ulica, na której rozmawiał ze znajomym, jest pusta. Pan Holly musiał zrezygnować z wielkich dochodów, które miały mu przynieść „zdobyczne” wieści o masonach bratysławskich. Dziś od czasu do czasu ktoś się nim zainteresuje, lecz jego wiadomości dla szarego tłumu nie są już rewelacją.

„To wszystko i tak za dwie korony pokaże oprowadzający po rozwiązanej loży gwardzista.”

Przyznam się, że nie rozumiem tych dziwaków. Przecież to pierwszorzędna sensacja i to lepszego gatunku być oprowadzanym przez kogoś, który rzeczywiście widział lożę podczas działania. Zabieram więc „łowcę przygód” i udajemy się do budynku na Placu 1 maja.

Przed gmachem byłej loży masońskiej stoją już ogonki ciekawych. Na pierwszym piętrze drzwi, jak wiele innych. Ot, zwykłe mieszkanie prywatne. Wchodzimy. Dajemy pierwszeństwo babom z koszami jarzyn na plecach, obok których tłoczą się, okazując niemniejsze zainteresowanie uczeń szkolny i adwokat z miasta prowincjonalnego. Wreszcie zostaliśmy sami. Wchodzimy do sali mieszczącej muzeum.

Jest to chluba Bratysławian. W całych Niemczech nie zdołano zdobyć tak cennego materiału. Masonom bowiem w przewidywaniu niebezpieczeństwa udawało się dotąd te najcenniejsze, a zarazem najwięcej dające wiadomości i dokumenta przenieść na miejsce „niezagrożone”. Tymczasem tu bogactwo wszelkiego rodzaju odznaczeń jest zdumiewające. Obok medali mistrzów zaprzyjaźnionych lóż skandynawskich, odznaczenia francuskie, wstęgi pochodzące z prawie wszystkich krajów Europy. Dyplomy nadawane członkom lóż konkurują co do ilości i jakości o lepsze z dokumentami zawierającymi polecenie tego czy innego brata.

Wielokolorowe fartuszki zakrywają liczne urzędowe insygnia, rękawice, młotki. Nie brak również „historycznych” czarnych płaszczy z nakryciami głowy. Ściany obok gablotek zajęte są pamiątkowymi mieczami i cenniejszymi fotografiami.

Pełen wrażeń opuszczam salę muzeum, by minąwszy kręte schodki dostać się do tzw. sali przysięg. Mój towarzysz, dotąd zachowujący się jak każdy zwiedzający, zmienił się nie do poznania. Okazuje się, że właśnie ukryty w tej izbie, przysłuchiwał się ponuremu ceremoniałowi przyjęcia do braci masońskiej nowej ofiary. Jak mnie objaśnił, mimo że jest tu dość częstym gościem, każdorazowe wejście do tej komnaty wywołuje u niego niezwykle silny wstrząs nerwowy.

Sala obita czarnym suknem. Jedyne światło dają świece ustawione na stole. W ich blasku nie trudno odczytać jeden z licznych napisów zawieszonych na ścianie.

„Ucte sa mlcat”.

Inne głównie w języku niemieckim. Jestem przejęty. Słucham wspomnień pana Holly’ego.

– Czy zauważył pan ten napis nakazujący milczenie?

Przytaknąłem głową.

– Widzi pan, ja sobie nie dużo z niego robiłem, gdy wkradłem się tu przed paru miesiącami. Przyznam się panu, że cieszyłem się na samą myśl, jak im pokażę, co warte milczenie, gdy i tak się świat o nich dowie. Nie byłem członkiem loży, a przecież wie pan, że i mnie mimo mej woli nauczyli milczeć.

– Gdy dostałem się do tej izby, pierwszą rzeczą było poszukać sobie schronienia. Widzi pan, tu na prawo stoi trumna. Miałem pokusę, by ukryć się między nią a ścianą. Dziś błogosławię tę chwilę, gdy porzuciłem ten plan. Uniosłem sukno tu w lewym narożniku i tak ukryty czekałem pełne trzy godziny.

Pan Holly jest wyraźnie coraz bardziej przejęły swoim opowiadaniem, lecz nie przerywa objaśnień. Po kilku godzinach oczekiwania do „czarnej izby” weszły trzy osoby. Ukryty za suknem „intruz” obserwował przez otwory zrobione kieszonkowym scyzorykiem ponury ceremoniał. Trzy postacie zakapturzone podeszły do stołu ustawionego w przeciwległym narożniku. Po chwili drzwi się otworzyły powtórnie i do czarnej izby wszedł, jak się później okazało, sam wielki mistrz.

Czarny płaszcz ozdobiony odznaczeniami. Mistrz zajął miejsce za stołem, tyłem do ustawionego w samym narożniku kośćca ludzkiego. Zaczęły się pytania i odpowiedzi. Po jakich dwudziestu minutach ten czwarty zbliżył się do stołu i kłaniając się raz mistrzowi, to znowu towarzyszom siedzącym z boku przy osobnych stolikach złożył przysięgę na trupią czaszkę. Na stole obok trójramiennego świecznika miecz i zegar piaskowy.

Ceremonia dobiega końca. Podpisy protokołów i delikwent kładzie się do trumny, za którą zamierzał ukryć się mój dzisiejszy przewodnik po loży. Wierzch okryto szczelnie kobiercem z wyszytymi znakami organizacji wolnomularskiej. Za drzwiami dały się słyszeć jakieś głosy i w chwilę później jakieś nowe postacie wraz z asystującymi przysiędze towarzyszami wynieśli trumnę z czarnej izby.

Dla ukrytego pod suknem obserwatora był to najcięższy moment. Jak mi opowiadał, zrobiło mu się tak niedobrze, że obawiał się, by nie stracić przytomności. Korzystając z tego, że jak mu się zdawało, wszyscy towarzysze są w tej chwili zajęci ofiarą, opuścił ukrycie i z trudem dotarł do drzwi, które niestety… były szczelnie zamknięte. Próby otwarcia uwieńczone na szczęście powodzeniem zwróciły uwagą obecnych w loży. Na ulicy spotkał tylko jednego człowieka, który nie zdawał się być zdziwiony jego podnieceniem. I co najważniejsze, pan Holly nie widział nikogo, kto by wybiegł z domu masońskiego. Fakt nadesłania pod jego adresem ostrzegawczych listów dotąd jest dlań niewyjaśnionym.

W tej jednak chwili interesowało mię więcej, co się działo w dalszym ciągu z trumną, w której położył się w owym pamiętnym dla mego przewodnika dniu kandydat na towarzysza braci masońskiej. Udajemy się więc znowu schodkami, potem korytarzem do sali posiedzeń, następnie poprzez dwa pokoje mieszczące szatnie i szafy poszczególnych lóż do centrum budowli: „kaplicy”.

Tutaj przynoszono trumnę. W tej dużej tonącej w półmroku sali zbierała się na uroczystości cała brać masońska. Ściany w kolorze niebieskim gęsto zdobne złotem. Ornamentacja typowo wschodnia, jak mnie objaśniano, wschodnio-żydowska. Na środku katafalk, w głębi stół wielkiego mistrza ustawiony na kilkustopniowym podwyższeniu. Tu obok wieloramiennych świeczników na narożnikach ustawione chorągwie. Jedna z wyszytymi symbolami wolnomularstwa to oznaka loży bratysławskiej. Ta druga to na pierwszy rzut oka sztandar Czechosłowacji. Te same barwy i ten sam układ. Okazuje się jednak, że to ni mniej ni więcej tylko międzynarodowy sztandar wolnomularzy. Jedyna różnica to wąski biały pasek dzielący pole trójkątne – niebieskie od pola czerwonego, którego nie ma w sztandarze czesko-słowackim. Chorągiew ta posiada jeszcze jeden szczegół różniący ją od sztandaru państwowego, a mianowicie frędzle w swej dolnej części.

Wzdłuż ścian „kaplicy” ciągną się potrójne rzędy krzeseł. Posiadający najwyższe godności siedzą najbliżej stołu wielkiego mistrza. Te najwyższe miejsca, co oczywiście nie jest tylko cechą lóż bratysławskich, były dostępne tylko dla przedstawicieli ludu wybranego. Wielcy ludzie Czecho-Słowacji z przed przewrotu zasiadywali w rzędach najniższych, mimo że ich fotografie i popiersia zdobią niejedną z sal loży.

Wracamy tą samą drogą. Zatrzymujemy się przy wspomnianych już szafkach lóż. Mówię lóż, gdyż zwiedzany przeze mnie budynek mieścił sześć lóż bratysławskich. Między nimi była również najstarsza loża w Słowacji „Verschwiegenheit” założona w 1872 roku. Pozostałe powstały później i to „Testveriseg” w roku 1903, a następnie kolejno „Veritas”, „Most”, „Harmonia” i „Jan Kollar”.

Bogactwo płaszczy z kapturami w następnym pokoju świadczy o ożywionej działalności lóż. I wreszcie sala sądowa. Na honorowych miejscach portrety T. O. Masaryka i Benesza. Trudno dziś powiedzieć z całą pewnością, z czego Słowacy są więcej dumni, czy z posiadania tak ciekawej loży, czy też ze zdobycia jej właśnie z tymi portretami na ścianie. Oprowadzający mszczą się na byłym prezydencie niemiłosiernie. W pewnych chwilach prawie nam żal Benesza. Tym dwom mężom stanu na czołowych miejscach dotrzymuje towarzystwa portret założyciela loży dr George’a Kovatsa.

Kto w tej chwili opuściłby lożę w przekonaniu, że zwiedził już wszystko, niewątpliwie musiałby żałować. Okazuje się bowiem, że budynek poza biblioteką, pokojami mieszkalnymi posiadał także salę jadalną, kuchnie i doskonale zaopatrzoną spiżarnię. Na zakończenie wchodzimy do jadalni. Przy stole pożywia się członek hlinkowej gwardii. Obecni gospodarze tego domu nie tylko żywią pracujących tu swoich członków, lecz nawet pozawieszali krzyże i portret ks. Hlinki. Trochę to nie harmonizuje z otoczeniem, będącym pozostałością po „braciach” i „mistrzach” spod znaku kielni.

Całą jedną ścianę sali jadalnej wypełnia wstrząsający obraz rewolucji światowej. Uczta. Z zamętu i chaosu wychodzi na plan pierwszy Żyd niosący worek z pieniędzmi i żebrak nie biorący w biesiadzie udziału. Reszta stłoczona wyprawia dzikie orgie.

Podziwiam jeszcze korespondencje loży z ośrodkami wolnomularstwa krajów zachodnich. Trudno wymieniać wszystkie widziane szczegóły. Opuściłem lożę syt wrażeń, z tkwiącym mi dotąd głęboko w umyśle obrazem masońskiej rewolucji światowej.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close