Wrażenia z pobytu w Ameryce
III. Kultura miast

Zwiedzam miasta amerykańskie i nasuwa mi się najdalsze jakie może być porównanie z miastem włoskiem.

Miasto włoskie, jak wiemy, jest naogół zaniedbane, rozleniwione, nie przez wrodzone lenistwo mieszkańców, lecz przez niechęć do wysiłku, jeśli on daje mniejszą, niż far niente satysfakcję. Far niente – czyż może być coś bardziej obcego Amerykaninowi? W mieście włoskiem jest zgiełk, lecz niema tego pracowitego, a do najwyższej potęgi w oszczędności swej doprowadzonego ruchu, tego komfortu techniki nowoczesnej. Ale jest natomiast inne wielkie bogactwo, jakiego, mimo swego złota, nie zdołała zgromadzić Ameryka, znajdujące się w muzeach, galerjach i domach prywatnych, wyrażone w samym tych domów wyglądzie, co uskuteczniło się przedewszystkiem z powodu innego stosunku do własności. Włoski magnat budował dom dla siebie, swojej rodziny, swojego rodu; kochał piękno i chciał je mieć u siebie, dla siebie, w swoim domu. Amerykanin buduje dom, aby w nim mieszkać do chwili, gdy business każe mu go zmienić, i przekazuje go nowemu właścicielowi, który zmienia go znowu, gdy wymagają tego jego interesy. To sprawia, że te domy są jakby niezamieszkałe, co jest może także jedną z przyczyn klubowego życia. Bo do czego tam się przywiązać? Do wygody? Na wygodę tam głównie nacisk się kładzie, bo cóż innego na krótki przeciąg czasu jest potrzebne i cóż innego objektywną stanowi wartość przy ciągłej zamianie? Mało więc widzimy pięknych domów, nie wiele pięknych miast i miasteczek. W dzielnicach mieszkalnych, willowych, rozwijających się poza pracowitem miejskiem centrum, gdzie drapacze nieba, chciałyby przebić gwiazdy i słońce, mamy prostą współczesną architekturę, dachy prawie płaskie, werandy z podcieniami, – ale kwiatów brak zupełny. Ten brak kwiatów dokucza wszędzie, z bardzo małemi wyjątkami miast na zachodzie. Brak ich nawet w parkach, jak w Central Parku w New Yorku. New York imponujący jest i straszny: olbrzymi kocioł, w którego okropnym, tropikalnym upale przewala się i huczy mrowie różnonarodowościowe. Nie mogłam go inaczej zwiedzić, niż powierzchownie, lecz, zdaje się, obejrzałam wszystko, co nazywa się godnem uwagi turysty, nawet i tę największą jego osobliwość: Kino Roxie. W muzeum sztuki zebrane bezładnie Rembrandty, Tycjany, rzeźby greckie, stylowe meble francuskie. Ale gdzie wielkie, oryginalne, narodowe malarstwo amerykańskie? Niema. Naprawdę imponujące jest muzeum historji naturalnej, zwłaszcza dział etnograficzny z kulturą Azteków, Meksyku i Indjan. Zastanowiła mnie tam chemiczna analiza człowieka. W flakonach i flakonikach umieszczono ilość węgla, fosforu i innych pierwiastków, jaka znajduje się w organiźmie ludzkim. Zsumowanie tych wartości wykazuje, że cena człowieka wynosi 18 dolarów. W Europie pewnie byłby tańszy. Miasto nieładne, jedynie wieczorem efektowne reklamy świetlne dają rozrywkę oku, lecz męczą je jednocześnie przez zbyt silne natężenie.

Śliczne jest St. Francisco dzięki swemu położeniu i urokowi otaczającej je natury. Tę jednak uważa się za najmniej godną widzenia. Natychmiast po przybyciu tam naszej wycieczki proponują nam jechać do kasyna. Ja z jednym uczonym angielskim schodzę na plażę. Pusto. Nikt tu nie przychodzi, wszyscy jeżdżą automobilami, albo siedzą w światłach i tłoku. Natura nie porywa Amerykanina. W Portland słyszałam, jak postanowiono największy i najpiękniejszy z miejscowych wodospadów i rzekę Kolumbję wyzyskać dla siły wodnej, co przyniosłoby miastu miljardy. Nasze perswazje, że krajobraz obecny wart więcej, niż jakiekolwiek miljardy, nie trafiały do przekonania i myśmy tylko wydali się istotami nierealnemi.

Wielkie i ujmujące wrażenie czyni Waszyngton przez swą dostojność, bogactwo, dzięki wysokiej kulturze estetycznej, roztaczającej się dyskretnie. Czuje się wszędzie smak francuski, zaszczepiony na pełnej prostoty kulturze anglo-saskiej. Starą, europejską kulturę, obok powszechnej zamożności czuje się także w River Side. Domy są to śliczne, popołudniowe rezydencje, ocienione, ubrane w bluszcze i inne pnącze.

Dr. Jadwiga Ziemięcka.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close