Wrażenia z pobytu w Ameryce
II. Organizacja naukowa

Naród amerykański, chce w młodem pokoleniu wyplenić uczucie wdzięczności dla kogokolwiek, aby nie ciążyło krępującą sugestją. Zapomina jednak, że postępuje wbrew własnej naturze i że nikt nie wymaże z historji jego słów: „Lafayette nous voila!” To gwałtowne wzięcie za łeb natury prowadzi tych śmiejących się pasjonatów do zorganizowania jej nakształt tych sieci kolejowych, tych wind wzlatających w piędziesięciopiętrowych kamienicach. Czuje się to także i wśród młodzieży.

Nie zajmuje się ona niczem, co nie tyczy się jej bezpośrednio, co nie jest w jej życiu dla niej pożyteczne. Nie interesuje jej kwestja społeczna ani polityczna, unika zagadnień filozoficznych, nie wytwarza swego światopoglądu. Czyta jak najmniej, uczy się w celu praktycznie określonym, większość czasu spędza na ćwiczeniach i rozrywkach fizycznych. Amerykanie zdaje się zapomnieli, że istnieją natchnienia młodości, których mądrością żyje wiek dojrzały, a nawet starość i które tworzą się tylko w sferze pozbawionej wszelkiego utylitaryzmu. Podobno ostatnie pokolenie przystępuje do nauki z całą gorliwością poznania teoretycznego, profesorowie jednak skarżą się, że asystenci po zdaniu doktoratu, naukę ścisłą porzucają dla zajęć materjalnie korzystniejszych, że przechodzą do różnych businessów, wymagających naukowego przygotowania. Czy młodzież amerykańską winić z tego powodu można? Taki typ życia jej narzucono, według niego zorganizowano uniwersytecką komunę, wytwarzającą wprawdzie wielką solidarność, dającą niewątpliwie kulturę cnót i zalet zbiorowych, ale w której strychulec szablonu musi wyrastające ponad ogół mózgi zrównać i nie pozwala pedagogowi wpatrzonemu w zdolności indywidualne rozwinąć w poszczególnych jednostkach tego, co one przy urodzeniu z sobą przynoszą, rozwija się w nich tylko to, co im życie i społeczeństwo daje.

Uniwersytety stanowe i prywatne zależne są od owego światopoglądu społeczeństwa, które samo przez się nie może mieć zrozumienia i pewnie nigdzie by go nie miało dla tego, co nazwałabym luksusem nauki, istnieniem jej dla samej siebie – i liczą się przedewszystkiem z jej wynikami praktycznemi. Są oczywiście wyjątki jak znana szeroko kuźnia nauki w New Brunswick, jak Berkeley University. Naogół pędzi się za rezultatem doraźnym, natychmiastowym, czemu pomaga motoryczna energja dolara. Warto zastanowić się, jaka jest jego rola w nauce. Niewątpliwie bardzo duża. Pozwala ona na czynienie doświadczeń, na jakie w Europie społeczeństwo żadne sobie pozwolić nie może, czynienia ich na wielką skalę, skracania czasu przy powtarzaniu zjawisk, sumujących się powoli w prawa naukowe. I tak np. w Berkeley dzięki niezmiernie kosztownym doświadczeniom ze sztucznem słońcem dowiedzieliśmy się, że rośliny potrzebują ośmiu godzin snu podobnie jak człowiek. Ale jednocześnie nie wielu jest uczonych, posiadających naukową inicjatywę, bez której owa struktura wiedzy praktycznej powstać by nie mogła i rezultatów praktycznych by nie wydała. Ameryka posiada środki tak pieniężne, jak psychologiczne, tj. znajdujące się w jej rasowej energji, szybkiego i doskonałego realizowania koncepcyj naukowych, lecz sama w koncepcje te jest uboga i bez Europy by się nie obyła. Dolar nauki nie rodzi, zrodzonej gdzie indziej daje ramy, eksploatuje ją i ceni tylko o tyle, o ile da się eksploatować.

Organizacja uniwersytetów, praca praktyczna, propaganda – extension work – podlega w całej rozciągłości kontroli miejscowego społeczeństwa, bo aczkolwiek nie może ono mieć wglądu w dział pierwszy, niemniej wgląd w dział drugi na pierwszym musi się odbijać i od niego uzależniać. Wystarczy stwierdzić ten fakt, aby zrozumieć jakie uczucie wywołuje on w uczonym, poświęcającym się czystej nauce…

Zdaje mi się, że stosunek do własności jest w Ameryce bardzo specjalny, zgoła inny niż europejski do niej stosunek tychże klas posiadających. Jest on wyższy i niższy zarazem. Wyższy, gdyż własność prywatna pojmowana jest bardziej społecznie, jako jeden z warsztatów pracy i produkcji, których suma stanowi jeden olbrzymi warsztat pracy i produkcji zbiorowej. Egoizm prywatny, naturalna chęć osobistej korzyści zlewa się tu z powszechnym interesem ogółu, co czyni, że posiada on wyższą i szlachetniejszą linję, niż egoizm europejskich dorobkiewiczów. Europejski dorobkiewicz to zawsze indywiduum antypatyczne, amerykański zdobywca złota to człowiek śmiały i hazardowy, bogactwem swojem wzmagający bogactwo kraju. Ameryka zdrowo i mądrze rozumie, że dobrze jest, gdy kraj posiada dużo ludzi bogatych; ten specjalny rodzaj szacunku dla ubóstwa, który się u nas rozwinął przedewszystkiem na tle pogardy dla spekulanta, tam by się chyba nie utrzymał. Sformułowałabym to tak: europejski pospolity posiadacz czuje „to moje”, -amerykański: „to moje i nasze”. Niższość tego stosunku na tem polega, że wyprany jest z wszelkiego elementu uczuciowego, że dla Amerykanina własność, to tylko warsztat pracy, który w każdej chwili na inny dogodniejszy można zamienić. Nie istnieje przywiązanie do niej rodzinne i osobiste, a więc i brak tej całej kultury, która z tego przywiązania płynie. Może zawadza ona czasem postępowi, rozpędowi życia, ale i wytwarza wartości, które tak, czy owak, stają się także dobrem ogólnem.

Dr. Jadwiga Ziemięcka

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close