Wrażenia z pobytu w Ameryce
I. Kultura ogólna

Przybyłam do Ameryki dnia 10. 6. 1927 r. w charakterze delegatki polskiego Ministerjum Rolnictwa oraz Instytutu Pasteura na międzynarodowy Kongres gleboznawczy, mający odbyć się w Waszyngtonie. Paru uczestników zjazdu, którzy posiadali paszporty dyplomatyczne, przeszli tak jak wszyscy inni przez rewizję celną i przez formalności towarzyszące wjazdowi do obcego kraju. Zatrzymuję się nad tą drobną okolicznością, gdyż wpłynęła ona poniekąd na kierunek moich obserwacyj. Był to pierwszy kontakt z owem poczuciem indywidualnej i realnej wartości człowieka, cechującem moralną kulturę amerykańską. Żaden urzędowy przywilej, żadne wynikające z niego udogodnienie, nie może być przyjęte w tym kraju, gdzie na ocenę człowieka wpływa jedynie jego wartość i siła, jego udział w produkcji zbiorowej, no i powiedzmy odrazu, jego pieniądz. To co w Europie wydaje się tak często naturalne, choćby to, że urzędnicy dyplomatyczni przejeżdżają nocą niebudzeni granice obce, podczas gdy w sąsiednich przedziałach przerywają spoczynek kobietom i dzieciom wywołałoby tu oburzenie. Tego rodzaju nieporozumień życiowych między Europą a Ameryką istnieje dużo. Opuściwszy Stany Zjednoczone, znalazłam w automatach w Bremie wydawnictwo Goethego i Schillera, brakło mi natomiast kąpieli. Dla kulturalnego Amerykanina byłoby to niepojęte, a niewątpliwie dla kulturalnego Niemca byłoby niepojęte, że w rękach Amerykanina nie widzi się innej lektury, prócz lektury o charakterze praktycznym, w której reklama pierwsze zajmuje miejsce. Dajmy nato, że w danej chwili stanęłabym raczej na stanowisku amerykańskiem i że wybrałabym raczej kąpiel, niż poezję, lecz ideałem moim byłyby połączenie materjalnego komfortu amerykańskiego z moralnym komfortem europejskim.

Czy jednak brak walorów, z któremi zżyty jest Europejczyk – wielkiej poezji i wiejkiej sztuki, świadczyłby o jakiejś niemożności wytworzenia ich w społeczeństwie amerykańskiem? Nie wydaje mi się. Bądź co bądź Ameryka wydała i Emersona i Edgara Poe i Jamesa, rodzą się więc w niej wielkie talenty, tylko że nie przenikają atmosfery życia, że nie wpływają na jego klimat, jak Goethe i Schiller, Dante, Szekspir, Mickiewicz. Prawdopodobnie pochodzi to z dwóch odmiennych początków kultur – europejskiej i amerykańskiej. U podstawy naszej, nie mówiąc o warstwach dawniejszych, stoi feudalizm. On wykształcił indywidualność europejską, europejską hierarchię, europejską odpowiedzialność, będącą odpowiedzialnością wasala wobec suwerena -w nim wytworzył się stosunek do kobiety – stosunek w pewnym stopniu anormalny, gdyż z jednej strony będący kultem, abstrakcją życia rycerskiego, z drugiej np. we Francji pozostawiający ją bez praw, poniżający ją w życiu społecznem. I do dziś można w Europie spotkać się z pojedynkiem o honor kobiety i widzieć ją zaczepioną na ulicy.

U podstawy moralnej kultury amerykańskiej stoi kolonizacja, zdobywanie dziewiczego kraju, praca cywilizacyjna, w której rasa anglo-saska bierze nad innemi przewagę i z zawrotną szybkością utworzone kolonje przemienia w państwo. Mamy tu do czynienia z ludzkim elementem o ogromnym rozmachu, wielkim sensie praktycznym i olbrzymich praktyczno-społecznych perspektywach, co wspólnie, w dalszym rozwoju, daje ową niebywałą i niepojętą dla Europejczyka techniczną organizację życia, często uważaną przez niego za gruby materjalizm – a przecież posiadającą ten sam ideał zdobywczo-cywilizacyjny, bo bez ideału nawet materja nie zwycięża, jaką posiadali angielscy założyciele kolonij i twórcy Stanów Zjednoczonych. Ale oczywiście uduchowianie się jakiejś kultury, przetwarzanie niektórych jej pierwiastków na wartości artystyczne, wymaga lat długich i poprzedzone jest refleksją pokoleń. W Europie, w tej dziedzinie jeszcze dotąd czuć duch starożytności i średniowiecza, w Ameryce jeszcze dotąd poza zdobywanie i opanowywanie natury, poza dym fabryk, potęgę techniki, nie przedarło się słońce, bez którego promieni nie może kwitnąć malarstwo, muzyka poezja. Ameryka jeszcze wciąż żyje wyłącznie życiem praktycznem.

Narzuca się tu pytanie, czy nie obniża to towarzyskiego życia Ameryki, czy stosunek wzajemny obu płci nie jest z tego powodu pozbawiony wszelkiego idealizmu. Nie.

Ze stanowiska kobiety pracującej, mówiąc najogólniej kobiety nowoczesnej, stosunek Amerykanina do Amerykanki budzi we mnie żywą sympatję, aczkolwiek przedstawia także swoje braki. Sympatję we mnie budzi wzajemna ufność, pierwiastek koleżeński, atmosfera ludzkości. Wszystko to sprawia, że Amerykanka jest bardziej samodzielna, pewna siebie, niż kobieta europejska. Rycerskość europejska, sprowadzająca się często i coraz częściej do pozorów i formy towarzyskiej, jest tam bardziej istotna. Kobieta czuje się zawsze pod opieką mężczyzny, z ramion jej zdejmowana jest każda praca, która męczyłaby ją fizycznie. Z owego początku, że przy tworzeniu się społeczeństwa amerykańskiego kobiet było tak mało, jak drogich klejnotów, wynika prawdopodobnie, że pozostały one dotąd klejnotami. Daje się im złotą oprawę, ale odsuwa się wszelki wpływ, mogący połysk ich przyćmić, wszelkie działania atmosferyczne, mogące je kruszyć. Tracą na tem strony obydwie, a więcej kobieta. Mężczyzna znajduje zadowolenie w swej aktywności, ona zaś odsuwana od jego cierpień i przeżyć, czuje częste niezadowolenie i pustkę wewnętrzną. Brak zjednoczenia duchowego, brak połączenia w jednem szczęściu i cierpieniu, w jednym wzlocie. Pomiędzy nią a nim stoi krata złota i mimo całej szczerości, od europejskiej większa; usta ich tylko poprzez tę kratę spotkać się mogą. Nastrojowi temu sprzyja brak, zdaje się, zupełny samotności. My nie umielibyśmy żyć, gdybyśmy nigdy nie byli sami. Amerykanin pewnieby umiał, ale nie potrzebuje, nie chce, i nie lubi. Nie widziałam domów izolowanych, oddzielonych jakiemś oparkanieniem od innych, nie widziałam nawet zasłoniętych okien. Potrzeba wiecznego gwaru i ruchu, zamiłowanie w życiu zbiorowem, wypycha Amerykanów do klubów. To też dom amerykański nie ma w sobie nic z tego co „home” angielski. Na ścianach widzi się jedynie fotografje i reprodukcje, prawdziwą muzykę zabija radjo.

Kto wie, czy wobec zupełnego zaabsorbowania się mężczyzny życiem praktycznem i społecznem, wobec jego nacisku na wychowanie fizyczne i na wykształcenie, powiedziałabym muskularne charakteru, wobec jego żądzy tworzenia życia radosnego („keep smiling”: „bądź uśmiechnięty” czytamy w tramwajach i na stacjach kolejowych), nie do kobiety należałoby stworzenie duchowej kultury, która z materjalną by się łączyła. Kobieta uczęszcza przecież licznie, liczniej niż mężczyzna, do uniwersytetu, zajmuje się bardziej, niż on, sztuką i literaturą. Ton życia praktycznego bierze jednak nad nią górę, to też najbardziej zapełniony jest fakultet ekonomji domowej i podobno nie brak w stosunku do nauki nonszalancji, wyrażającej się w tym ironicznym, przez mężczyznę ukutym aforyźmie „Science why not?”

J. Ziemięcka

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close