Wrażenia z pobytu w Ameryce
IV. Wieś i ferma

Wielki obszar Stanów Zjednoczonych oraz Kanady, gdzie także skierowała się nasza wycieczka, posiada różne strefy klimatyczne i w ogólności różne warunki naturalne, do których stosować się musi rolnictwo i gospodarcze życie wiejskie. Nierówna gęstość zaludnienia, występująca w jaskrawej różnicy między Zachodem i Wschodem, różny poziom oświatowy i cywilizacyjny fermerów, odbija się na produkcji. W wędrówce naszej przez Amerykę wschodnią, południową, środkową, zachodnią i północną, zdaliśmy sobie doskonale sprawę z tej sławnej idei samowystarczalności, wynikającej poprostu z tego, że Ameryka niczego od Europy nie potrzebuje. Zboże, owoce, jarzyny, bawełna, tytoń wystarczają nietylko na własne potrzeby, ale i na eksport, mimo, że wiele terenów leży odłogiem i że wiele z nich nie jest wykorzystanych tak, jak wykorzystaneby być mogły. Wobec rzadkości zaludnienia i terenów nieuprawnych, nieznany jest europejski głód ziemi. Ujawnia się to w stosunku do roli. I tak, gdy w fermie eksperymentalnej: „Dry Farm Experimental Station Green Valley” w prowincji Western Cansas 1 akr sztucznego pastwiska wystarcza na 2 krowy, w zwyczajnych fermach tej samej okolicy potrzeba 15 akrów ziemi na jedną sztukę. To samo spostrzega się przy uprawie pól. Niektóre fermy eksperymentalne zdwajają produkcję zbóż. Widziałam zaś miejscowości, zwłaszcza na południu, gdzie mimo gęstej sieci ferm doświadczalnych i propagandy agentów (County agents) dotychczas żaden płodozmian nie jest stosowany i uprawa roślin motylkowych nie została wprowadzona.

Organizację amerykańskich ferm doświadczalnych chciałabym widzieć w Polsce. Centrala, zależna od Departament of Agriculture, posiada rozgałęzienia swoje w postaci biur stanowych, rozpadających się zkolei na coraz mniejsze centrale regjonalne, których komórką jest ferma eksperymentalna. Celem jej jest podniesienie produkcji i walka ze szkodnikami, przyczem agent rozpowszechnia wśród ludności zapomocą broszur, wykładów i próbek standartowych rezultaty pracy doświadczalnej. Podatność na tę agitację bardzo jest różna, zależnie od poziomu umysłowego ludności. Trzeba bowiem pamiętać, że znajdują się wśród niej i resztki analfabetów (Montagners), murzyni, oraz ci emigranci, którzy niedawno napłynęli. Część starych fermerów w bardziej zacofanych prowincjach też inowacjom się opiera.

Mimo pracy, jaką rząd w rolnictwo wkłada, nie jest ono tak złotą żyłą, jak przemysł. Fermer pracuje ciężko na roli, na równi z robotnikami, nie dochodzi do wielkiego majątku. W przeciwieństwie do przedsiębiorczego żywiołu miejskiego jest on elementem raczej biernym, co sprawia, że nie korzysta należycie z możliwości kredytowych, służących do podniesienia i rozszerzenia jego warsztatu, a które w Ameryce są jedną z najważniejszych i najcharakterystyczniejszych sprężyn życia gospodarczego.

Robotnik na fermie jest bardzo zredukowany. Tam, gdzie w Europie gospodarstwo zatrudniałoby kilkudziesięciu ludzi, w Ameryce zatrudni kilku; robotnik jest bardzo drogi, na co wpływa i to, że z powodu używania maszyny jest fachowcem. Zapytawszy jednego z fermerów, dlaczego rząd S. Z. utrudnia emigrację, otrzymałem odpowiedź, że „Ameryka, będąca obecnie w epoce maszyny, nie potrzebuje nowego dopływu rąk roboczych, wstrzymującego proces uwalniania człowieka od pracy fizycznej. Dziś zwykły robotnik zarabia 5-10 dolarów dziennie. Duże zarobki dają dobrego konsumenta przy wysokich cenach produktów”.

Nie rozwodzę się zresztą specjalnie nad rolnictwem amerykańskiem, gdyż kwestję tę opracował wyczerpująco prof. Józef Mikułowski-Pomorski w cennej książce p. t. „Rolnictwo, fermer i wieś w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej”. (Nakład Gaz. Rolniczej, Warszawa 1927.)

Wycieczka nasza, zorganizowana przez uniwersytety, Chambre of Commerce i stowarzyszenia rolniczo-przemysłowe, dała nam poznać różne typy gleb, powstające z jednej skały macierzystej w różnych strefach klimatycznych, roślinność pierwotną (tereny nieuprawne i rezerwaty), typy lokalne rolnictwa, wybitny wpływ na nie nauki i wielki przemysł rolniczy. Pomyślana była głęboko, zorganizowana świetnie, bez liczenia się z kosztem i trudem, z wielką hojnością uczucia amerykańskiej gościnności, która pozwoliła nam zrozumieć, jak realny i istotny na tej ziemi jest sens słów, które czytaliśmy w Uniwersytecie w Oregon: „The glory of the home is hospitality”.

Dr. Jadwiga Ziemięcka.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close