• Tęcza
  • IV 1939
  • Poznań
  • Rok 13, Nr 4

Artykuły z pism obcych

Z piekła więzień czerwonej Hiszpanii

„Oswobodziciele ludów” w świetle własnych metod

Tak się złożyło tym razem, iż opuszczając Barcelonę w popłochu przed wojskami gen. Franco, władze komunistyczne nie zdołały zniszczyć śladów swej działalności, a tylko zaledwie uratować swe cenne życie oraz… z dawna gotowe paszporty zagraniczne. I oto wojska narodowe zastały porzucone w największym nieładzie – nie tylko biura, kartoteki itp., lecz co najważniejsze – więzienia „czeki” (z których oczywiście od razu zwolniono więźniów politycznych). Urządzenie tych gmachów stanowi ważny dokument historyczny, ponieważ Rosja sowiecka troskliwie ukrywa swe metody. Otwarły się tu przed oczyma ludzkimi „nowe” i „udoskonalone” metody kaźni, dotąd nie wspominane w pamiętnikach więźniów bolszewickich, a świadczące o satanicznym znęcaniu się, posuniętym do ostatecznego szczytu perfidii i okrucieństwa. Obok wymownej ilustracji przytaczamy tu w skrócie jeden z opisów naocznego świadka, Ojca Justo Perez de Urbel. Z. K., który je zwiedził, przybywszy do Barcelony we dwa dni po zajęciu jej przez wojska narodowe.

Twarze są wychudłe, zielonawe i żółte. Widać na nich ślady głodu, jakim miasto morzone było przez 30 miesięcy. Wszyscy mówią o straszliwych brakach, jakie ludność cierpiała i o skutkach tych prywacyj. Jeden opowiada, że głos stracił; drugi, że nieraz wzrok jego tak bywał osłabiony, iż cienie mu skakały przed oczyma. Widziałem też młodego człowieka z dobrej rodziny, zmuszonego przy chodzeniu opierać się na lasce, ponieważ na skutek długiego zamknięcia w domu, niedożywiania i moralnych wstrząsów, utracił zupełnie wprawę w chodzeniu. Nie było w Barcelonie środków spożywczych: chleba, wina, oliwy, soli, mleka, czekolady, jajek, ryb, jarzyn ani też tytoniu. Codzienną troską obywateli było zdobycie garści soczewicy lub pęczka ulęgałek. Wymieniają mi nazwiska znanych kupców i arystokratów, zmarłych z głodu, pomimo posiadanych kapitałów.

Lecz największe wrażenie zrobiła na mnie „czeka”.

– Proszę koniecznie zwiedzić siedziby „czeki” – powiedział mi ktoś ze świty ministra spraw wewnętrznych.

– Czy nie jest to po prostu rosyjska nazwa biur informacyjnych? – zapytałem.

– Razem z nazwą i metody rosyjskie – odpowiedziano mi. – Niech Ojciec nie żałuje czasu, by to zwiedzić.

Nic chcąc lekceważyć tej rady, zaopatrzyłem się w przepustkę z podpisem gen. Alvarez Arenas i spytałem o informacje.

– Więzienia „czeki” są wszędzie. Jedno z najsłynniejszych jest San Elias, w którym przebywały tysiące osób.

Wchodzimy do domu, który musiał być widocznie przystosowany do użytku, jaki zrobić zeń chcieli bolszewicy. Przy wąskiej galerii położone są liczne cele; z ilości sienników i mat leżących wzdłuż murów widać, że spędzono tu ludzi, jak bydlęta. Lecz nie ma tu nic osobliwego, zwykłe więzienie. Myślimy tylko o bacie katowskim, o zniewagach, brakach i nędzy.

W czterech rogach ogrodu widzimy za to budynki, mające pozór całkiem nowych budowli, a wyglądające na łaźnie. Wszedłszy po schodach, mamy przed sobą szereg cel, jeśli to miano dać można dziurom o wysokości półtora metra, tejże długości i czterdziestu centymetrach szerokości, zaledwie dość, by człowiek średniego wzrostu się położył. Ściany są cienkie i wydają przy uderzeniu dźwięk metaliczny, widocznie są z żelazo-betonu. Dla przewietrzenia celi nic prócz małego okrągłego otworu we drzwiach. Na prawo jakaś olbrzymia sala ciemna, grozą przejmująca, do której dla braku czasu nie wchodzimy.

W drugim budynku robimy przerażające odkrycia. Najpierw czworoboczny pokój, trzy metry długości a dwa szerokości. To cela więzienna. Lecz kto tu wchodził, musiał przejść przez specjalne doświadczenia. Podłoga usiana cegłami (wmurowanymi), umieszczonymi w rozmaitych kierunkach, o wysokości blisko 30 centymetrów, i uniemożliwiającymi wszelki spoczynek, jak i chodzenie. Po pewnym czasie pobytu tam, więzień, który chciał usiąść lub położyć się, nie mógł tego uczynić. Dla doprowadzenia go do tym większej rozpaczy, przy jednej ze ścian znajdował się rodzaj tapczana, lecz tak wysoki i pochyły, że ani chwili na nim nie można się było utrzymać. Do powyższej tortury dołączała się inna, która na razie wydała się nam mniej straszną: dwie równoległe ściany pokryte były farbą jasno fioletowego koloru, na której uwydatniały się żółte linie ukośne, wychodzące z brzegów, a biegnące ku środkowi. W głębi ozdoby te się zmieniały: z jednej strony szachownica bardzo wyraziście namalowana, a poza tym mnóstwo kręgów różnej wielkości i koloru: czarnych, białych, zielonych lub czerwonych. U góry otwór, przez który wpadało do celi silne światło z żarówki, opatrzonej reflektorem. Podobnych sal było jeszcze trzy, tylko rozmieszczenie owych narzędzi tortur było odwrotne.

Oryginalność ich nas zdumiewa. Łatwo możemy pojąć, po co umieszczono cegły, a nawet spadzisty tapczan kamienny. Lecz nie od razu rozumiemy cel i znaczenie rysunków ściennych. – To nie ma wyglądu czegoś specjalnie złośliwego – mówimy.

– Przeciwnie, to straszny środek – zauważa młodzieniec o wychudłej twarzy, który się do nas przyłączył. – Po 10 godzinach pobytu wszystkie te kształty i kolory, powiększone działaniem niezwykle silnego światła, mieszają się i mącą w umyśle nieszczęsnego więźnia do tego stopnia, że wprost traci on przytomność i bije głową o mur. Ten zaś, który wytrzymał w pierwszej sali, pada zwalczony w drugiej, gdzie te same przedmioty i plamy rozmieszczone są odwrotnie.

– Czy przeszedł pan przez to? – pytamy go.

– Nie, przebywałem tu przez kilka tygodni z 10 innymi osobami we wspólnej celi. Lecz ojciec mój był przez kilka dni w tej właśnie, stąd mam te informacje.

W innej celi widzieliśmy u góry skomplikowany mechanizm, który służył do wydawania nieustannego dźwięku. Rozumiemy, była to tortura, polegająca na ciągłym hałasie. Sala miała przy tym dziwną akustykę, dzięki okrągłej swej formie i powleczeniu ścian smołą izolującą.

A oto dalej podziemie, zdające się na razie schronem obrony przeciwlotniczej. I to miejsce innego rodzaju kaźni. Stoi w nim woda głębokości 30 cm, a z murów kapią krople, przenikające przez piaszczystą warstwę. Ofiara skazana na te tortury, była pogrążona w wodzie do kolan, podczas gdy na głowę spadał jej deszcz lodowatej wody.

Obezwładnieni grozą, wychodzimy na powietrze…

Tłum. F. S.
V. R. („Occident”)

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close