• Tęcza
  • XI 1938
  • Poznań
  • Rok 12, Nr 11

LEON SOBOCIŃSKI

Zdobywamy zjudaizowany Wschód

Słusznie wołamy o kolonie. Nie dostaje nam surowców, brak nam ujścia dla naszych sił żywotnych. Kamienne życie wiedzie małorolny na kusym spłachetku pola; bezrolny ma życie bezchlebne i poniewiera się na Saksach. Wieś przeludniona, a miasta i miasteczka polskie obrosły żydostwem.

Kupcowi polskiemu brak szerokiego oddechu, bo go dusi sitwa wielkiego przemysłu i handlu. Wiadomo w czyim to ręku. Mamy polskie morze i… żydowski handel morski.

Posiadamy na Wschodzie olbrzymie obszary, które wyczekują na wewnętrzną kolonizację i na wyjarzmienie z pod obcej supremacji gospodarczej.

Na przestrzeni 1412 kilometrów płaskiej z Rosją Sowiecką granicy, rozwartej jak olbrzymie ramiona, nie posiadamy miast polskich. Chwilami wydaje mi się, że na Wschodzie mamy granicę żydo-bolszewicką. Tedy te ziemie musimy skolonizować, przepolszczyć i gospodarczo ufortyfikować.

Ta prawda i ten nakaz skaczą nam do oczu co dnia niepokojącym pytaniem: Cośmy w tej mierze zrobili i czy wszystko?

Jestem tu, na dalekim od Poznania polskim Wschodzie. W Pińsku jestem. Czy to polski wschód? – zadaję sobie pytanie, łażąc po mieście w dzień sabatu, zalany ludnością obojej mniejszościowej płci. Miasto ma solenny wygląd. Bo jakże, mniejszość świętuje. Mniejszość? Nie popełniajmy nieścisłości! Plebiscytu nie wygralibyśmy w tym Pińsku, gdzie skład rady miejskiej w 75 proc. stanowią synowie z pokolenia Judy.

To nie jest już ghetto żydowskie! To neo-Palestyna. Nas tu nie widać. Znajdujemy się zaledwie na marginesie życia społecznego. Jesteśmy tylko tolerowani. Polskość tu zepchnięta na szary koniec: cicha, nieśmiała, jakby wystraszona. Mieszkamy kątem. Niby nasza ziemia, ale nie mamy ani koncesji na handel, ani na tę ziemię przewłaszczenia.

Palestyna! Arcypalestyna, tylko że bez Arabów. I stąd żydzi w tym zakąciu czują się lepiej niż u siebie nad Jordanem.

Oto panorama Pińska. Takie jest oblicze semickiego wschodu w aryjskiej Polsce.

* * *

Czemu tak przydługi wstęp? Dlatego, że przedsięwziąłem na to ponure tło rzucić kilka barw jaśniejszych.

Drgnęliśmy gospodarczo. Już wyruszyły pierwsze pikiety polskiej młodzieży kupieckiej i rzemieślniczej na zjudaizowany wschód Ojczyzny. Wystawiamy pierwsze czaty i wznosimy gospodarczą linię Maginota na polskim Wschodzie.

Jest ich pięciu w Pińsku tych pierwszych pionierów handlu polskiego: trzech z Wielkopolski i dwóch z Pomorza. Jeden z owych kupców, dwudziestokilkuletni mężczyzna, posiada maturę. Pozostali, wiekiem mu równi, mają już dobrą szkołę praktyczną na Zachodzie. Trzymają się razem, reprezentując odmienne branże.

Pouczające, a przy tym ciekawe są dzieje walki tych śmiałków, którzy poszli zaniedbanym szlakiem polskiej ekspansji i karczują dżunglę żydowskiego handlu. Zdrowa ta nasza młodzież i jak potrafi romantyzm myśli pożenić z realizmem czynu. Bo na rozgorączkowany romantyzm patrzy to całe nieprawdopodobne przedsięwzięcie. W morzu żydowskim pięciu dzielnych pływaków już trzy lata utrzymuje się na powierzchni. Nie idą na dno, lecz płyną coraz dalej i szerzej zataczają kręgi. Zdumiewające to wszystko, skoro się weźmie pod uwagę fanatyczny solidaryzm rasy żydowskiej.

My tu, na Zachodzie Polski, pikietujemy żydów, a tam, na Wschodzie, żydzi pikietują Polaków. Tak jest! Nie zmyślam! I to jak pikietują! Gdybyśmy się od żydów tej sztuki nauczyli, to w Polsce zachodniej szukałbyś żyda z latarnią.

Nasze pikieciarstwo – to niewinne przekomarzanie się z żydami. Trzeba posłuchać, co mówią o tym fakty. Jednak snujmy wątek opowieści po kolei wydarzeń.

Jakże to być może, – zapyta niejeden roztropny Polak a małodusznego serca, – ażeby kilku młodzików mogło pracować wśród wrogiego naogół elementu, bez większego życiowego doświadczenia, bez większego kapitału? Straceńcy i marzyciele!

Tedy posłuchajmy, co mi ci „straceńcy” naopowiadali. Nie będę dodawał, jak srodze byli mi radzi, że jestem z prasy i opiszę ich dolę i niedolę. Ale nie sądź, łaskawy czytelniku, że mi się skarżyli. Co to, to nie. Owszem, z zapałem w oczach, z humorem w słowie dzielili się ze mną swymi przeżyciami, uradowani na duszy, że o ich szarej pracy i twardym wysiłku będzie wiedziało społeczeństwo. Bo na ogół w prasie tak rzadko się o tym wszystkim czyta. To nie jest efektowne. Prasa codzienna goni za sensacją i rewelacją.

A czyż może być lepsza i ciekawsza sensacja nad to, że poszerzamy granice gospodarcze Ojczyzny?

– Dobrze, że pan redaktor tu do nas zawitał, – powiada do mnie pan Łuniewicz. – Niech się tam w Wielkopolsce i na Pomorzu dowiedzą, że zrobiliśmy już kawał dobrej roboty. Zdobędziemy ten wschód.

– Opiszę wedle możności i sił swego pióra – powiadam, – ale wyjaśnij mi pan, panie Łuniewicz, tajemnicę, jak sobie dajecie radę, że żyjecie i nie poszliście na dno.

Śmiejemy się wspólnie. Pewno jednak nie ze słów moich, tylko -ot tak jest nam wesoło. Wszyscy się zebrali w jednej izbie. Kawałek Zachodu na Wschodzie! Prowadzę wywiad zbiorowy.

– Widzi pan, – słyszę odpowiedź, – jak się chce, to można dużo zrobić. My na zachodzie mamy przesadne pojęcie o zdolnościach handlowych żydów. Pewno, że naszymi metodami pracy nie ujechalibyśmy tutaj daleko. Tutejszemu chłopkowi trzeba dać się wytargować. Bez targu ani rusz. Gdyby mu nic nie odstąpić, to by powiedział, że go ocyganiono, albo i wyszedłby ze składu. Uczciwość jednak nasza jedna nam sympatię okolicy i polskiej ludności miejskiej. Z początku szło ciężko. I teraz nie jest łatwo, ale już znacznie lepiej, co napawa nas nadzieją, że będzie dobrze. Gdyśmy tu – ciągnie dalej mój rozmówca, – z kolegą Michalskim przyjechali po raz pierwszy, to nigdzie nie mogliśmy dostać lokalu. W centrum miasta niepodobieństwo, gdyż wszystkie domy znajdują się w rękach żydowskich. Żyd, który by dał nam lokal na skład, nie mógłby się pokazać na ulicy. Ukamienowaliby go chyba. Pierwszą noc spędziliśmy na dworcu. Całodzienne poszukiwania lokalu nie dały rezultatu.

– No, i jak wybrnęliście z sytuacji?

– Na drugi dzień poszliśmy szukać lokalu na peryferiach miasta. Pytaliśmy się o właścicieli chrześcijan. Dopiero cudem prawie udało się nam za miastem wynająć mały domek od żony pewnego wojskowego. Ale i tu żydzi nie dali nam spokoju. Nagabywali naszą gospodynię, żeby nam zadatek zwróciła, a oni zapłacą za lokal o 50 proc. więcej.

– I co, zgodziła się? – przerywam.

– Widzi pan, że nie!

– Dzielna kobieta! Takiej należy się krzyż zasługi. Proszę, niech pan mówi dalej.

– Gdy to nie poskutkowało, urządzili nam formalną blokadę. Pikietowali nasz skład od wczesnego ranka do zmierzchu. Oczywiście, że nie potrzebowali pilnować swych wyznawców, bo ci są aż nadto uświadomieni, ale nie dopuszczali do nas chłopów ze wsi. Musieliśmy wezwać pomocy policji. Żydzi, odstraszając chrześcijańską klientelę od naszych składów, przestrzegali chłopków, że to przyjechała poznańsko-pomorska czarna sotnia. A wiadomo panu, jakie tu znaczenie ma ten carski termin z czasów przedwojennych. Nazywali nas panami, bawiącymi się w handel i przygotowującymi pańszczyznę.

– I czy chłop tutejszy wierzył w te brednie?

– Trudno sprawdzić, ale jeżeli pan weźmie pod uwagę tutejszą ciemnotę, to wszystko możliwe. Nie uwierzy pan, że na naszym Polesiu są takie zatracone kąty, gdzie niejeden w ogóle w swym życiu na oczy nie widział kolei. I jeszcze lepsze kawały. Ale to nie kawał, na to przysięgnę. Opowiadał mi niedawno jeden z urzędników, który z racji swego zajęcia jeździ w głąb Polesia, że w jednej z wiosek, zabitych od świata deskami, sądzono, iż podatki wciąż jeszcze płacą rządowi carskiemu. Trudno było im wytłumaczyć, że mamy rządy polskie.

– Zdumiewające! Napiszę o tym na pańską odpowiedzialność! -mówię, asekurując się przezornie przed posądzeniem mnie o fantazję.

Słowo panu daję! – jak pan chce, to sprawdzimy.

– Więc dobrze, ale niech mi pan teraz powie, jak tutejsze społeczeństwo polskie reaguje na wasze poczynania?

– Jesteśmy zachwyceni. Bardzo dobrze! – słyszę chóralną odpowiedź. – Na każdym kroku znajdujemy życzliwość. Co więcej, nawet ten ciemny, zdawałoby się, Poleszuk, a przecież zaczyna żydów omijać. Do chrześcijanina ma większe zaufanie.

– A w jakiej formie przejawia się ta życzliwość ludności chrześcijańskiej do was?

– Dam panu taki przykład. Targowałem kiedyś od chłopka białoruskiego cielaka. Pomimo, że żyd dawał o półtora złotego drożej, gospodarz nie sprzedał cielaka żydowi, mówiąc, że woli dać gadzinę w dobre chrześcijańskie ręce. Jeśli się przy tym zważy, jaki tu każdy grosz ma walor, to cały wypadek nabierze głębszego znaczenia.

– Prowadzi pan rzeźnictwo, jak z tego wnoszę.

– Tak. Założyłem przedsiębiorstwo, mając 500 zł kapitału obrotowego. W Wielkopolsce czy na Pomorzu to mało. Idzie mi dobrze. Dziś nie oddałbym swego przedsiębiorstwa za 5000 zł. Brak mi jeszcze kapitału obrotowego. Interes mógłbym znacznie rozszerzyć, cóż kiedy kredyt u nas drogi a nasze kasy osiedleńcze jeszcze nie fukcjonują tak sprawnie.

Wyruszyłem na oględziny miasta. Patrząc na te szyldy o wypokraczonych żydowskich, hebrajskich napisach, zastanawiałem się: Gdzie, u licha jestem? I pasja mnie porwała wściekła, gdy przechodzące obok mnie dwie, wypasione na polskim chlebie, żydówki prowadziły konwersację… w języku rosyjskim.

Więc bić Żydów… po kieszeni, -pamiętając, że każdy nowy warsztat polski na zmojżeszowanym wschodzie – to kawał, nowej, gospodarczej Ojczyzny.

Wydawane w Poznaniu w latach 1927 – 1939 czasopismo kulturalno-społeczne. Początkowo tygodnik, od 1931 miesięcznik. Jedno z pierwszych pism przeznaczonych dla inteligencji katolickiej. Poruszało zagadnienia kulturalne, społeczne, etyczne, literackie. Wśród współpracowników przeważali pisarze katoliccy oraz przedstawiciele poznańskich środowisk literackich i uniwersyteckich. W „Tęczy” publikowali swoje utwory m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Witold Hulewicz, Kazimiera Iłłakowiczówna, Zofia Kossak-Szczucka, Adolf Nowaczyński. Charakterystyczną cechą czasopisma był bardzo wysoki poziom wydawniczo-graficzny.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close