Krowie łajno zamiast jodyny

Wieś w szponach znachorów

Nędza wsi odbija się nietylko w dziedzinie rozpaczliwego, beznadziejnego głodowania. Kompletny zanik kultury, zanik wszelkich osiągniętych mozolną pracą placówek szerzenia kultury. Jedną z dziedzin, która tragicznym głosem woła o ratunek, jest stan sanitarny wsi, higjena i lecznictwo.

Oczywistem jest, że przy obecnym stanie ekonomicznym – chłopi, naogół jeszcze nie przyzwyczajeni do korzystania z pomocy lekarskiej, jeszcze bardziej usunęli się z pola działania nowoczesnej medycyny.

Gdy jada się kartofle z lebiodą – w razie skaleczenia ranę okłada się krowiem łajnem. Gdy brak na sól i naftę – jedynym przedstawicielem „medycyny” jest niejako znachor, któremu płaci się wiejską walutą: od dobrego słowa do kilku jajek czy miarki kartofli. Oczywiście stwarza to raj dla różnych ciemnych typów, jeszcze dalej odsuwa lekarza od wiejskiej chaty, gdzie oprócz głodu rządzi choroba i brud.

Wszelkie próby poprawy stanu sanitarnego wsi nie na wiele się przydadzą, bez radykalnej zmiany stosunków ekonomicznych. Ale przecie istnieje w miastach „przerost inteligencji”, dziesiątki młodych lekarzy niema co jeść i… niema kogo leczyć, czyż nie byłoby sposobu zorganizowania kontaktu chorych, potrzebujących lekarza, z lekarzem, potrzebującym chorych, już nawet nie ze względu na zarobek, ale dla wykonywania obranego zawodu.

Były próby, zorganizowania zbiorowo przez kilka gmin „pomocy lekarskiej” przez zagwarantowanie lekarzowi jakiegoś minimum wegetacji. Czy pojedyncze te próby stworzenia instytucji „lekarza gromadzkiego” powiodły się – nie wiemy.

Wiemy, że w tej dziedzinie jedynie skuteczną inicjatywę mogłyby podjąć samorządy miejskie. Ale wiemy jednocześnie, co było przeważnie motywem wyborczym do rad gromadzkich i od tych ludzi nie możemy spodziewać się żadnej faktycznej i owocnej troski o los swoich sąsiadów i współobywateli. Trzeba by więc znowu zacząć od… samorządu.

A wielki już czas: wieś nie tylko ginie z głodu, ale umiera od chorób, całkowicie uleczalnych, podkadzania dymem z jaskółczego ziela i oślego gnoju, leczy rany kociemi wnętrznościami, a zamiast lekarstw wewnętrznych używa rzadkich obrzydliwości. Jak nie pomogą okadzania i zamawiania choroby – tak i tu nie pomogą konferencje, raporty i biadania.

Szczurze piszczele i jaszczurcze ogony musi zastąpić wreszcie prawdziwe lekarstwo, likwidując tą średniowieczną hańbę kultury.

Pismo socjalistyczne wydawane w Warszawie w latach 1933 – 1939 oraz 1947 – 1948. Organ Polskiej Partii Socjalistycznej.

Close