Ameryka kolorowa

Ameryka czerwonoskórych Indyan należy do przeszłości. Ta piękna rasa dzikich ludzi jest oddawna w okresie zwyrodnienia. Cywilizacya europejska, która przyniosła na ląd amerykański całe swoje dobro, przyniosła także i całe swoje zło. Przedewszystkiem alkohol i suchoty. Wyniszczyły one i unicestwiły więcej istnień ludzkich, niż długotrwałe walki białych przybyszów z prawowitymi dziedzicami tej ziemi.

Dzisiaj resztki ich mieszkają jeszcze w t. zw. reservations (rezerwacyach), t. j. okręgach specyalnie dla Indyan przeznaczonych, głównie na Zachodzie, ale nie posiadają juz ani żadnego znaczenia, ani też nie przedstawiają żadnego niebezpieczeństwa. Są to orły, którym odpiłowano szpony i przycięto skrzydła.

A jednak w sumieniu białego Amerykanina, który jako citizen Stanów Zjednoczonych uważa się za władcę całego terytoryum, tkwi, może podświadomie, cichy wyrzut za to, co stało się udziałem czerwonoskórych.

Że tak jest, dowodem fakt, że Amerykanie, którzy posiadają w żyłach swoich domieszkę krwi indyjskiej, dumni są z tego, uważając się jakby za prawowitszych od innych obywateli tej ziemi, za jej autochtonów.

I gdyby w Ameryce była szlachta, to niewątpliwie ta mieszanina krwi europejskiej z indyjską sięgnęłaby pierwsza po przywileje, uważając się za „sól” tej ziemi.

Oczywiście w społeczeństwie demokratycznem nie może być o tem mowy, co jednak wcale nie przeszkadza, że ten i ów Amerykanin chełpi się ze swego pochodzenia mieszanego, ze swojej matki lub babki, która pochodziła z okrytego sławą plemienia bojowników, skalpujących zapamiętale białych najeźdźców.

Zupełnie natomiast inny jest stosunek białego społeczeństwa amerykańskiego do rasy czarnej, do tych nieszczęsnych Negrów, którzy nie z własnej przybyli tu woli a którzy stanowią dzisiaj wcale poważny odsetek zabarwionych na czarno obywateli amerykańskich.

Negr jest w Ameryce istotą, pomimo równości praw, niewątpliwie upośledzoną.

Europejczyk, który przybywa do Ameryki i styka się z tymi ludźmi na każdym kroku, zaczynając od tragarza, ma dla nich specyalne współczucie.

Ale Europejczyk jest wogóle człowiekiem, który posiada miękkie w porównaniu z Amerykaninem serce.

Wrażenia jego i sądy są przytem powierzchowne i trzeba dopiero dłużej być w Stanach i to na południu, ażeby usprawiedliwić społeczeństwo amerykańskie z czynionego mu powszechnie zarzutu nieludzkiego traktowania Murzynów.

Otóż przedewszystkiem traktowanie to zgoła nie jest nieludzkie.

Nie zdarzyło mi się nigdy widzieć, aby w normalnych stosunkach gdziekolwiek obrażono godność ludzką lub obywatelską Negra. Przeciwnie. Wszelkie powierzchowne obserwacye stwierdzają, że stosunek wzajemny obu ras jest zupełnie poprawny. Nurt nienawiści a raczej abominacyi, jaką żywi rasa biała ku czarnej, płynie znacznie głębiej. Ujawnia się on jaskrawo dopiero na południu, gdzie Murzynów jest więcej i gdzie tradycye niewolnictwa są bliższe.

Praw obywatelskich i tam nikt nie odmawia czarnym. Ale na tem wszystko się kończy. Murzyn, chociaż jest równym w prawach z innymi obywatelami, stoi poza towarzystwem i w stosunkach nie jest tolerowany tak dalece, że żaden Amerykanin nie odważyłby się przejechać przez miasto w samochodzie razem z Murzynem. Chyba że ten Murzyn jest jego groomem albo szoferem.

Nie jest też dopuszczalne, nawet w opinii sfer najniższych, małżeństwo lub jakikolwiek stosunek Murzyna z kobietą białą i odwrotnie.

Kto wie przytem, czy w tem odgradzaniu się rasy białej od czarnej nie o kobietę idzie przedewszystkiem. Dla Murzyna posiadanie białej kobiety jest szczytem powodzenia, jego namiętności są w tym kierunku bardzo podniecone a żądza sięgania po owoc zakazany prowadzi go najłatwiej do kolizyi z surowem w tym kierunku prawem karnem. Sprawy o kobietę sądzone są bardzo ostro, o ile wogóle do sądu dochodzi, zdarza się bowiem często, że ludność biała wymierza sobie sprawiedliwość sama i linczuje doraźnie czarnego don Juana. Opinia publiczna najzupełniej to sankcyonuje, uważając taką zbrodnię za „obronę konieczną”.

– Musimy bronić się przed zwyrodnieniem – tłómaczył mi jeden z moich przyjaciół amerykańskich. – Gdyby związki Murzynów z białemi kobietami były tolerowane, wówczas doszlibyśmy bardzo szybko do niebezpiecznej degeneracyi. Mieszanina czarno-biała jest złą mieszaniną. I nie idzie tu wcale o cechy fizyczne, ale, bodaj znacznie więcej, o stronę umysłową i duchową. Rasa czarna jest bezwarunkowo niższą od rasy białej. Inteligencya Negra jest mała, zdolności jego są ograniczone. Przekazywanie takich cech potomstwu, które przy równouprawnieniu korzystałoby z pełni praw obywatelskich, wcale nie jest pożądane dla Ameryki. Dość mamy już mieszańców biało-czarnych, pochodzących ze związków ojca białego z matką czarną. Są to ludzie nieszczęśliwi, którzy nie należą ani tu, ani tam. Czy wolno nam więc w imię współczucia dla „człowieka”, który jest fikcyą wobec praw natury, ustalającej wyraźny przedział pomiędzy jedną rasą a drugą, przysparzać naszemu krajowi takich nieszczęśliwców? Dążymy przecież do tego, aby zapewnić każdemu maximum zadowolenia i szczęścia, a skoro doświadczenie uczy nas, że czysta rasa biała ma na lądzie naszym więcej warunków do osiągnięcia tego zadowolenia i szczęścia, niż rasa czarna lub mieszańcy, możemy się rozgrzeszyć i na zarzuty czułostkowej Europy odpowiedzieć po męsku: a jednak słuszność jest po naszej stronie.

Istotnie jest w tem dużo słuszności, Murzyn nie wytrzymuje bowiem zupełnie współzawodnictwa z białym.

Zajmuje on w hierarchii społecznej szczeble najniższe, a chociaż w ostatnich latach zaczęła się stopniowo wytwarzać „inteligencya” czarna, to jednak inteligentów czarnych można policzyć na palcach. Do znaczenia w kraju i w państwie nie dojdą oni nigdy i nigdy czarnej masy swoich współplemieńców nie zdołają podnieść tak wysoko, jak wysoko stoi rasa biała.

Negr kucharz, lokaj, groom, posługacz kolejowy, woźny, windziarz i t. d. długo jeszcze pozostanie na swoich dotychczasowych stanowiskach, tembardziej, że są to stanowiska materyalnie w Ameryce popłatne, zapewniające dzisiaj dobrobyt tak dalece, że w niejednem mieście amerykańskiem widzieć można rodziny czarne, wyjeżdżające pod wieczór dla ochłody własnym samochodem na spacer za miasto.

W Chicago, napobrzeżach Michiganu i w Washingtonie nad Potomakiem zdarzało mi się to wielokrotnie widzieć. Oczywiście, na południu jest to jeszcze pospolitsze.

Być może, iż zakaz używania alkoholu, który w r. b. stał się w Ameryce prawem, podniesie nieco Murzynów z ich życiowego upośledzenia, bądź co bądź jednak nie stanie się to prędko i dzisiaj trzeba się liczyć z faktem, że najwięcej przestępstw W Stanach Zjednoczonych popełniają Murzyni. Wśród nich najczęstsze są wypadki naruszenia cudzej własności. Słynni są zwłaszcza Murzyni, jako złodzieje kur, które stanowią ich ulubiony przysmak. Stąd zapytanie: „gdzie twoja kura?” stało się wyzwiskiem, na które każdy Negr reaguje nieposkromionym gniewem.

Znaczenie Murzynów w Ameryce wzrasta jednak i dalej wzrastać może w jednym tylko kierunku, mianowicie w polityce.

„Głosy czarne” nie są bez znaczenia. Liczy się z nimi poważnie stronnictwo demokratyczne, za którego hasłem idą Murzyni, mimo, że zawdzięczają abolicyę stronnictwu republikańskiemu.

Trzecią rasę kolorową w Ameryce stanowią żółci. Chińczyk amerykański jest, jak wszędzie, cichym, spokojnym pracownikiem, który żyje garstką ryżu i kawałkiem ryby gotowanej przez cały dzień a zarobek swój oszczędza, aby kiedyś wrócić z nim do ojczyzny. Podobny jest z tego do polskiego chłopa.

Czasami jednak potrafi robić interesy na swoim egzotyzmie.

Restauracye chińskie, w których podają specyficzne potrawy chińskie, mają w Nowym Jorku powodzenie. Odwiedzają je ludzie bogaci, znudzeni, chciwi niepowszednich wrażeń. Dla nich też utrzymują Chińczycy, narażając się tem na surową odpowiedzialność wobec prawa, tajne palarnie opium. Znajdzie tam zawsze drogę marynarz, który, włócząc się dokoła kuli ziemskiej, zasmakował w narkozie.

Są to przeważnie nory, gnieżdżące się w najbrudniejszej dzielnicy Nowego Jorku. Uprawiany tu jest na szeroką skalę wyzysk zdegenerowanej klienteli białej.

Chińczyka jednak na ulicach miast amerykańskich nie widać. Żyje on i działa w ukryciu.

Często natomiast w większych miastach spotkać się można z małym, o skośnych oczach i wystających kościach policzkowych Japończykiem.

Przesuwa się on jakby nieśmiało pod ścianami domów, ale patrzy bystro i widzi wszystko. Obserwuje, uczy się i zazdrości. Zazdrości nadewszystko dobrobytu, bogactwa i tej swoistej wielkości życia amerykańskiego, która imponuje przybyszom z Europy a cóż dopiero przybyszowi z kraju, gdzie wszystko jest miniaturą, gdzie dom mieszkalny, sprzęty, naczynia wyglądają jak zabawka.

Amerykanin nie lubi Japończyka i obawia się go. Nieprzyjaźń, którą wytworzyły stosunki polityczne i ciągła obawa wiszącej od lat kilku w powietrzu wojny amerykańsko-japońskiej, rozlała się szeroko na wszystkie warstwy społeczeństwa amerykańskiego.

Niema ono zaufania do swoich sąsiadów z za morza. Posądza ich o szpiegostwo, o podpatrywanie życia i skrzętne notowanie wszystkiego, co w przyszłej wojnie przydać się może Japonii, jako wskazówka. Ale na „gorącym uczynku” nigdy nie schwytano żadnego Japończyka.

Japończyk ze swojej strony, czując wrogi dla siebie nastrój, unika zbliżenia z Amerykaninem. Jest dumny. Jest szczęśliwy z tego, że kraj wschodzącego słońca ma za ojczyznę a mikada za władcę. Zamyka się więc w sobie, mało mówi, uśmiecha się miło, łagodnie i wdzięcznie i robi swoje, to znaczy uczy się, handluje, pracuje, jako robotnik fabryczny, jako kucharz lub służący.

Chleb znajduje w Stanach łatwo, bo przy braku rąk roboczych jest na rynku siłą poszukiwaną. Zwłaszcza wśród służby domowej jest Japończyków sporo. O obywatelstwo Stanów nie ubiega się podobnie, jak Chińczyk. Zresztą, nie otrzymałby go dzisiaj. Jako przybysz poddaje się prawom amerykańskim, ale potrafi także stanąć okoniem. Zatargi niejednokrotne pomiędzy ludnością amerykańską a Japończykami w San Francisco mówią o tem aż nadto wymownie.

Z. Dębicki

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close