Czerwony obłęd

 

Wir wielkiej wojny rzucił mię na Zachód, zamknął w orbicie państw koalicyi i siłą rzeczy zmusił do obcowania z tem lepszem i wyższem moralnie środowiskiem myślowem, które ogniskowało się w Paryżu i w Szwajcaryi. Charakter działalności mojej, zarówno dyplomatycznej jak i literackiej, miał przez to samo za główną wytyczną stosunek Polski do Francyi i narodów Zachodu. Z tem większą ciekawością starałem się przyjrzeć szczątkom ideowego barbarzyństwa azyatyckiej Rosyi czerwonej, wypisanym na murach Mińska i ziem białoruskich.

Było dla mnie zagadnieniem ciekawem jak ja sam, odruchowo przyzwyczajony do zachodniej kultury, będę reagował na te rzeczy z innego świata. Chodziło mi zwłaszcza nie o rzeczy zewnętrzne, dostępne oku i soczewce fotografa, ale przedewszystkiem o ten oddźwięk myślowy, indywidualny, który był dla mnie jeszcze znakiem zapytania, pomimo teoretycznej znajomości problematu bizantyjsko-azyatyckiego.

Dorobek mój wrażeniowy dzielę na cztery zasadnicze kategorye spostrzeżeń:

1-o ślady zakorzenionej głęboko historycznej polskości, oraz niepodzielnie związane z nimi cechy etniczne ludu białoruskiego,
2-o naleciałości polityki rosyjskiej i gospodarki rządowej,
3-o gruzy ustroju bolszewickiego,
4-o wpływy zwycięskich wojsk polskich i odrodzonej polskości.

Ludnością ziem białoruskich, światem żywej legendy i wcielonego anachronizmu zająłem się w moim szkicu powieściowym „Pustkowie” (którego drugie wydanie rychło wyjdzie w Krakowie). Ale nie są to zagadnienia żywotne. Wielkie wstrząśnienia wojny niewątpliwie zburzą niejedno ogniwo z pośród bogactw białoruskiego folkloru. Polskość budząca się wskrzesi dawno zapomniane a wszczepione w ten naród wpływy czasów ubiegłych. Ślady Rosyi czynowniczej zginąć winny co rychlej, aczkolwiek długo jeszcze trzymać się będą uparcie i zaciekle. Całym kompleksem wymienionych tematów nie mam zamiaru zajmować się w pracy niniejszej. Chodzi mi tylko o wypowiedzenie szeregu uwag, które mi się nasunęły w związku z podróżą moją na Litwę.

Zaznaczam z góry, że usiłowaniem mojem było przezwyciężenie w sobie odruchowego wstrętu, który czuję do wszystkiego, co rosyjskie i co nosi cechy mniej lub więcej wyraźnej dostojewszczyzny. Uważam, że Polak, a zwłaszcza autor polski powinien się nieustannie kontrolować pod tym kątem widzenia, zważywszy intelektualną ofensywę podjazdową rosyjską, wymierzoną od długich dziesiątków lat przeciw z gruntu zachodniej i romańskiej polskości.

Odzywa się tu we mnie uczeń prof. Maryana Zdziechowskiego, który, prócz wielu innych momentów zasadniczych ogólnego rozwoju myślowego, zawdzięcza przedewszystkiem swemu nauczycielowi świadomość intelektualnego niebezpieczeństwa wsączającej się do nas, wręcz nam obcej rosyjskości pojęć i metod, groźniejszych dla dorobku naszej kultury, niżeliby się zdawać mogło.

Porównanie i możliwość porównania jest dla mnie zasadniczym punktem wyjścia w niniejszych uwagach. Obserwacya wyników wojny we Francyi jest mi w tem wielce pomocną. Pustynia, którą widziałem w północnych i wschodnich departamentach Francyi, gruzy na brzegach Sambry i Mozy, strzaskane lasy Argońskie, zgliszcza i popioły w Reims – wszystko to jest bez końca inne. Nasze wsie poniszczone nad Bzurą, w Łomżyńskiem – ślady przejścia Germanów – wszystko to posiada wybitną analogię ze świeżą uczynioną pustynią artezyjską we Francyi. I tu i tam przeszedł wróg nieubłagany, który niszczył i burzył, ale który prócz niezliczonych szkód materyalnie pojętych nie pozostawił żadnego śladu w duszy człowieka, nie wzbudził nic prócz nienawiści – prostej, jawnej odrazy, średniowiecznie pojmowanej wrogości. Częste, nadużywane we Francyi porównanie wielkiej burzy wojennej z przejściem Attyli ma jednak słuszne podłoże logiczne. Zniszczenie, chęć odwetu, słuszna obrona – są to rzeczy znane z wojen odległych – nie wiąże się bowiem z niemi pojęcie wojny duchowej, zamachu na intelektualną wolność człowieka, dążenie do wszczepienia jadu wewnętrznej rozterki i do zburzenia całej konstrukcyi światopoglądu społecznego i indywidualnego jednostki.

Rzeczą uderzającą na gruzach pokonanego orężnie bolszewizmu są korzenie jego, zapuszczone głęboko w podłoże intelektualne rządzonego przez się – nawet przez czas krótki – społeczeństwa danego kraju. Od pierwszej chwili na Litwie i Białej Rusi miałem wrażenie, że dla czerwonej armii rzeczą wtórną jest sprawa orężna i powodzenie wojskowe. Przedewszystkiem chodzi tam o dokonanie zasiewu ideowości własnej, o wśliźnięcie się do jaźni ludzkiej.

Potwierdzeniem bezpośredniem wspomnianego wrażenia była dla mnie garść obserwacyi, które zebrałem w zdobytej przez wojsko polskie drukarni sowieckiej w Mińsku, zasypanej drukami, rękopisami i śladami niezwykle intensywnej propagandy. Z wielkiem zainteresowaniem rozmawiałem ze współpracownikami drukarni, Polakami, którzy dla chleba pracować musieli u władz sowieckich.

Najcharakterystyczniejszym przejawem zachłannej propagandy bolszewickiej był oglądany przez moich znajomych mińskich „pociąg agitacyjny imienia tow. Lenina”. Pociągów takich i parostatków jest podobno kilkanaście w czerwonej Rosyi. „Pociąg Lenina” wyglądem swoim zwraca uwagę. Cały jest pstro pomalowany i udekorowany zewnątrz i wewnątrz arcydziełami futurystów rosyjskich. Zjawiwszy się w danej miejscowości, ów skomplikowany aparat wywołuje sensacyę nietylko widokiem swoim, ale i odpowiednio pomyślaną muzyką, dźwiękiem gongów i jęczeniem syren. Zbierającą się ludność zapraszano uprzejmie do wnętrza, częstowano jedzeniem i napojami – puszczano wreszcie w ruch kinematograf, gramofony, urządzano odczyty i koncerty. Wszystko to przy obfitem poparciu rozdawanej hojnie „bibuły” wrażało się w pamięć ludności, stwarzało pewien punkt zwrotny w szeregu przypomnień. Wybitni artyści i uczeni współpracowali w takich pociągach i parostatkach agitacyjnych, włóczących się wszędzie i zatrzymujących się byle gdzie, między stacyami, byle w blizkości siedzib ludzkich. Fantastyczne zjawisko rzucało zasiew myślowy i przepadało, zostawiając w prostym umyśle chłopa zdumienie i szereg cisnących się refleksyi.

Nie wiem, czy znajomi moi, którzy taki „pociąg Lenina” widzieli przy pracy i opowiadali mi swoje wrażenia, przeceniali ważkość tak zorganizowanej propagandy, czy też nie. W każdym razie ja miałem, słuchając ich, wrażenie zrealizowania podanej przez K. W. Woycickiego w „Klechdach” legendy o „Dziewczynie Cichej i dziewczynie Kani”, zwołujących dzieci po wioskach w ramiona śmierci. Dziewczyna Kania grozą i dotknięciem chusty zadżumionej posiewem trupów i zgliszcz czerniejących, dziewczyna Cicha pieszczotą, kwiatami, słodyczami i śpiewem: czrezwyczajka i propaganda, a za tem wszystkiem potworny, wszechniszczący Homen czerwonej armii.

Mińsk zawsze był miastem rosyjsko-litewskiem, skoncentrowaniem najwstrętnięjszych przejawów całego regime’u dawnej Rosyi w zastosowaniu do kresów polskich. Ogólna fizyognomia Mińska prawie się nie zmieniła. O ile na wsi i w małych miasteczkach czułem się w Polsce, u siebie – o tyle w Mińsku miałem wciąż nieprzeparte wrażenie, że znajduję się w zdobytej przez nas wysuniętej naprzód placówce rosyjskości, tworzącej oazę azyatycką pośród ziem polskich. Na każdym kroku spotyka się w tem mieście twarze, znane z obozów jeńców bolszewickich, o typie semickim przeważnie – ludzi w resztkach różnych mundurów świata, niemytych, niestrzyżonych, patrzących wilkiem i niewątpliwie gotowych wbić każdemu Polakowi nóż w plecy przy pierwszej sposobności.

Dziwna jest atmosfera w tym rozrzuconym po wzgórzach Mińsku. Jest jakieś rozluźnienie wszelkiego ładu społecznego, pomimo energicznej administracyi wojskowej. Ów wspomniany przeze mnie wyżej antypatyczny charakter włóczącej się po mieście ludności jest może jednym z najwymowniejszych argumentów przeciw tętniącej wciąż jeszcze propagandzie sowieckiej. W Mińsku widzi się najlepiej, jacy ludzie chcieli świat zbawić i jakiemi rękoma w czyn miały być wprowadzone najhumanitarniejsze fikcye, na jakie świat się zdobył w latach ostatnich.

Nasuwa mi się tu paradoks, że o ileby w ruchu czerwonogwardyjskim mniej był reprezentowany ów najgorszy element semicki i o ileby silna ręka ideologów bolszewizmu zgniotła przedewszystkiem ów ich wewnętrznie rozkładowy pierwiastek – to zachłanność kroczącego ku nam ze Wschodu ruchu rewolucyjnego wzrosłaby znacznie i stała się niebezpieczniejszą dla świata. Być może, że siła polskiej odporności dzisiejszej wywołana została najściem litwackiem po roku 1905. Zobaczyliśmy wtedy jeszcze i zrozumieliśmy. Zrozumieliśmy to, czego w nas nie rozumie cały Zachód – i co dopiero świtać zaczyna w głowach profesorów oxfordzkich i tych wszystkich, którzy studyowali kwestyę litwacką (zaznaczam litwacką, nie żydowską) w dzielnicy Whitechapel w Londynie.

Zastanawiałem się długo nad tem, jaką rolę gra pierwiastek aryjski w odporności na idee Wschodu. Tyle razy powtarzano już o dziejowem posłannictwie Polski, a jednak, w dniu dzisiejszym, wojna nasza na Litwie przybiera kształt i charakter owej niezapomnianej bitwy pod Lignicą, ratującej świat cały od zalewu czerni mongolskiej.

Walka z tą czernią jest dziś o tyle niebezpieczniejszą, że Dżengis-chan nowy posługuje się całym arsenałem europejskiej kazuistyki, dyalektyki, broni ideowej i naukowej, przemycającej pod płaszczykiem wysokiej treści moralnej powiew zadżumionej azyatyckiej pustyni. Dlaczego propaganda ta jest tak silna i, powiedzmy otwarcie, kusząca? Dlaczego na grobach, w Mińsku, opadły mię różne myśli, złe i natrętne, jak osy? Gdzież jest ta zbroja, ten miecz, to drzewo poznania dobrego i złego?

Zastanówmy się nad ideową logiką dziejowego przewrotu. Poszukajmy analogii w przeszłości. Otóż, każda religia ludzkości przelała morze krwi. Nieuniknioną towarzyszką wielkiej przewrotowej idei jest krew. Najbardziej czysta i wielka z religii świata – chrześcijańska – pomimo całej potęgi miłości i bezkrwawej ofiary pochłonęła tysiące istnień ludzkich nietylko w Rzymie, za Cezarów, nietylko w krajach pogańskich, ale i w środowiskach własnych, w Hiszpanii, Francyi, Szwajcaryi, w późnem średniowieczu. Przewrotowa wielka rewolucya francuska pławiła się również w posoce mordowanych tłumów, a jednak wyszła z niej nowa epoka.

W ten sposób właśnie konstruuje się karkołomna drabina przesłanek, które doprowadzają do zezwolenia, że pierwsze ziarno zwątpienia, pierwszy kiełek fałszywego uogólnienia nabiera w umyśle ludzkim prawa obywatelstwa. „Na gruzach Rosyi powstaje nowe credo ludzkości” – powiadają ci wszyscy, którzy się bezkrytycznie echom propagandy azyatyckiej poddali. Dlaczego?

Czy dlatego, że wszelkie idee rodzą się w potokach krwi, to z każdej masowej zbrodni wykwitnąć winna wielka idea? Czy wzbogaciły świat najścia mongolskie i krwawy napad Attyli?

A jednak – powtarzam i podkreślam z naciskiem – że ów powiew ze Wschodu, zbrojny w podstęp moralny, ma coś z uroku dziewczyny Cichej, idącej zabijać dzieci po wioskach – uśmiechem i słowem kuszącem.

Czułem to jak nigdy, kiedy zabierałem z grobów, na Litwie, wyblakłe wstążki czerwone, z napisami: krowawaja miest biełogwardiejcam! Nie było to świętokradztwem, chociażby dlatego, że wstążki te brałem dla Rapperswylu i że wogóle szanuję wszelakich ludzi umarłych. Był w tem wszystkiem moment zasadniczo różny: oddech infiltrującej się w serce ludzkie czerwonej zarazy. W średnich wiekach nazywano to kuszeniem szatana.

Trudno zaiste dojść do innej koncepcyi na grobach polskich bohaterów i sowieckich szermierzy idei – bo przecież wśród tych, z honorami chowanych, byli również ludzie godni szacunku. Tam, nad Berezyną, Dźwiną i Dnieprem, na polach kośćmi polskiego rycerstwa zasłanych, zeszły się dzisiaj dwa światy, zmagające się z sobą nietylko o rządy ciał ale i o rząd dusz.

Zrozumiawszy to, nie wolno nie zastanowić się: czyśmy duchowo nie za słabi i chwiejni?

Czy wolno wogóle zastanawiać się nad wartością moralną grożącej nam zdegenerowanej dziczy rosyjskiej? Nie, nie wolno. Nie wolno przedewszystkiem dlatego, że gdyby wstał z grobu Żółkiewski, toby takiemu żołnierzowi w łeb kazał strzelić, a samby zatknął polski sztandar na Kremlu.

Edward Ligocki.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close