Dżihad

(WOJNA ŚWIĘTA W ARABJI)

Pozycja białej rasy na terenie półwyspu Arabskiego, czy to w Syrji, czy w Transjordanji, lub Mezopotamji, albo wreszcie w dalekim Iraku – od czasu rozbicia imperjum tureckiego i w ślad za tem idącej okupacji europejskiej, nigdy nie była mocna. Bo ani autorytet Ligi Narodów, nadający Francji i Anglji 25-cioletni mandat opieki nad Syrją i Irakiem, a rozdzielający pomiędzy te dwa państwa Mezopotamię, ani osobiste państw tych z Arabami porozumienia i traktaty w Aleppo, Angorze, czy Mossulu lub Bagdadzie, ani wreszcie pertraktacje dyplomatyczne na terenie europejskim, nie zdołały na tyle zabezpieczyć okupantów, żeby nie czuli się na tych ziemiach, jak na wulkanie. Niestety, działały tu i wzajemne uprzejmości mandatarjuszów oraz brak ścisłego porozumienia i współdziałania. Francuzi nie przejmowali się napaścią Kurdów na terytorja mossulskie, Anglicy odwdzięczali się tem samem w czasie, kiedy Druzowie poważnie niepokoili Syrję, docierając do Damaszku aż pod Aleppo. Złośliwi, czy też bardziej wtajemniczeni, wyrażają się nawet o tych uprzejmościach nieco podejrzliwiej. Tak czy owak nie kryli się z tem przynajmniej Turcy, że dzięki im, zarówno t. zw. Kurdowie jak i Druzowie w odpowiednich chwilach przedostawali się w dobrem uzbrojeniu przez góry Taurusu z Azji Mniejszej do Syrji, czy też napadali ze skał, otaczających Mossul, by niepokoić organizujących Irak Anglików. Z podziałem bowiem dawnego imperjum ottomańskiego dzisiejsza Turcja ani się nie pogodziła dotąd, ani nie ma istotnie zamiaru się pogodzić.

Nic też dziwnego, że zarzewie niezadowolenia podniecane stale opiekuńczą dłonią niedawnego władcy tych krajów nie straciło dotąd nic na swojej sile, ale, przeciwnie, coraz wyraźniej daje się we znaki mandatarjuszom.

W ostatnich jednak czasach w sukurs temu stanowi niezadowolenia przyszła zemsta Bolszewji. Niema ohydniejszej zemsty ponad zemstę kopniętego bandyty. Użyje on wszelkich, najbardziej perfidnych środków, aby zniszczyć swego wroga. Komunizm rosyjski szuka więc i na tej drodze odwetu. Poruszył przeciw Anglji Chiny, nurtuje w Indjach Wschodnich i mąci umysły Arabów – a wszystko pod sztandarem walki nacjonalistycznej, walki… o wiarę, ludów wschodnich przymusem cywilizowanych.

Istotnie, Anglja zaplątała się w awanturę arabską, chociaż sir Henry Dobbs, wysoki komisarz brytyjski w Iraku, zdaje się wszystko to lekceważyć, a Foreign Office wierzy, że specjalny wysłannik jego do Arabji, sir Gilbert Clayton, znajdzie sposoby ugodzenia się z Ibn Saud’em, główną sprężyną ruchu arabskiego.

Interesy Anglji, która przed wojną jeszcze zadowalała się opanowaniem południa Persji oraz opieką polityczną i handlową nad Afganistanem i do terenu swych najdalej na

południowy wschód sięgających wpływów docierała drogą morską przez Gibraltar i Suez – po wojnie rozszerzyły się o tyle, że po spędzeniu Niemiec z drogi bagdadzkiej, uważała za właściwe zabezpieczyć sobie drogę lądową, łączącą w prostej linji Egipt z Indjami a osłaniającą od strony półwyspu Arabskiego tenże Suez.

Droga ta wypada przez Transjordanję, Mezopotamję, względnie południową część półwyspu Arabskiego oraz Irak, Persję i Afganistan. Na tych dwóch ostatnich terytorjach, jak wspomniałem, Anglia już przed wojną czuła się dosyć pewnie. Rozbicie Niemiec i poskromienie ich ekspansji na Wschód ułatwiło zwycięskiej Anglji urzeczywistnienie tych planów. Utworzona po wojnie Liga Narodów tę akcję Anglji usankcjonowała, powierzając jej opiekę nad Irakiem.

Zdawałoby się, że było to najpomyślniejsze i największą pewność wróżące załatwienie sprawy wobec osłabienia militarnego Turcji oraz utracenia przez nią prestige’u śród narodów muzułmańskich złączonych dotąd pod berłem sułtana i kalifa w jednej osobie w Stambule.

Tym razem jednak Wielka Brytanja przeliczyła się, a właściwie nie doceniła sytuacji, jak nie umiała nigdy ocenić należycie psychiki Wschodu. Interesy brytyjskie wdarły się bowiem w krąg interesów Turcji nietylko nie umarłej politycznie i rasowo, ale szybko odradzającej się pod wodzą jej bohatera narodowego, reformatora i władcy dzisiejszego – Mustafy Kemala Paszy. Ghazi 1), zrozumiał, że droga Wschodu, którą upatrzyła sobie dla eksploracji Anglja winna dostać się w ręce tureckie, jeżeli naród jego nie zechce pozostać biernym pomostem pomiędzy Zachodem a Wschodem, pomostem deptanym przez przedsiębiorczych europejczyków.

I oto Anglja znalazła się nagle w środku mrowiska islamu, który, jakkolwiek rozbity i uśpiony narazie, spostrzegł grożące mu niebezpieczeństwo, zrozumiał, że odrutowanie go łaskami Wielkiej Brytanji może go bezpowrotnie oderwać od tradycyjnych wpływów i łask Stambułu. I nic w tem niema dziwnego że dzisiejsza Turcja, pomimo zrzucenia sułtanatu i kalifatu, nie przestała być bliższą wszystkim szczepom arabskim, niż bladolicy triumfator z północnego Wschodu.

Zawrzała tedy początkowo cicha walka, walka, polegająca na uważnem podpatrywania przeciwnika, na poznawaniu jego natury, na ukrytym sabotażu, na szkodzeniu wszędzie tam, gdzie można było uniknąć zbyt czule dającego się we znaki odwetu. Zawrzała cicha walka, w której gotowy i czuwający zawsze oręż synów Albjonu stawał się nie przestrogą, lecz coraz silniejszą podnietą do oporu i knowań.

To też już w roku 1920, napadnięci pod Basrą przez plemiona arabskie Anglicy ponoszą dotkliwą porażkę, która ich uczy, że sprawa utrwalenia się na tem podminowanem terytorjum nie będzie łatwa i zmusza do trzeźwych przygotowań. Lata zaś następne charakterystyczne przez wystąpienia Kurdów na północy, Druzów na południu i napad w roku 1924 Wahabitów na Transjordanję, a nie mniej i przez szereg ustawicznych nieporozumień z szeikami szczepów Beduińskich w Mezopotamji, skłaniają ich do stosowania polityki przekupstwa, łagodzenia i dzielenia wroga na zwalczające się wzajemnie obozy. Pojawienie się na arenie szerszego życia narodów Arabji awanturniczego wodza, Ibn Sauda, oraz fakt wypędzenia przez niego z Hedżasu Melika Husseina, zmuszają Anglików do ostrożnego kokietowania i tego niebezpiecznego watażki obietnicami, no i… złotem tureckiem w postaci dosyć pokaźnej pensji miesięcznej, byleby tylko zbyt ryzykownie nie hulał. Jednocześnie prawie w Iraku, któremu narzuconym traktatem „zapewniono samodzielność” obsadza się na tronie malowanego królika, melika Feizela, syna tegoż wygnanego z Hedżasu – Husseina oraz działa się intensywnie w kierunku usamodzielnienia państewek arabskich.

Stare, wypróbowane hasło polityki panowania – divide et impera – stosowane jest w jak najszerszem zakresie nietylko na terenach bezpośrednio zajętych, ale zarówno i na terenach owe oficjalne mandaty dzielących, a więc na terenach, gdzie hulają niepoddające się żadnej kontroli a liczne szczepy arabskich nomadów – w środkowej Arabji.

Tymczasem polityce tej nie poddają się nietylko szerokie przestrzenie pustynnych piasków, lub nadrzecznych stepów, dokąd zmysł organizacyjny Anglji nie jest w stanie przeniknąć bezpośrednio, ale i wewnątrz Transjordanji, czy Iraku sytuacja uspokojenia sprawia tylko wrażenie pozorów, pod któremi czai się stan istotnego napięcia wulkanicznego.

Wewnątrz zamkniętych terytorjów, ujętych w karby administracyjne Anglji, zostali odrzuceni od koryta wpływów, zaszczytów i płynących z tego znacznych dochodów dawniejsi wasale Turcji, na ich zaś miejscu osadzono nowych – stronników współżycia z Anglją, przynajmniej pozornie to hasło głoszących. Zorganizowano policję w sposób, odpowiadający potrzebom bezpieczeństwa Anglji, stworzono kadry armji z żywiołu wprawdzie miejscowego, ale najbardziej oddanego interesom Wielkej Brytanji, a mianowicie z Assyryjczyków-chrześcijan, ustalono praworządność, zaopatrywanie, no i… podatki. W uścisku żelaznej dyscypliny, pod „ożywczemi” promieniami starej cywilizacji, rozleniwiony dotąd, żyjący z dnia na dzień, przesiąknięty nawskroś fatalizmem islamu, Irak począł… jęczeć, choć anglofilska prasa arabska, oceniając rządy Anglji, w nich jedynie widziała warunki wychowawcze, zdolne wprowadzić nietylko Irak, ale i całą Arabję z grząskiego terenu niezaradności, małych waśni plemiennych i ślepoty kulturalnej na arenę łączności narodowej i zupełnej niezależności państwowej.

Pod tą jednak silną opieką Anglji, która nieustępliwą dłonią potrafiła uśmierzać wszelkie odruchy nielojalności, zaczyna wyrastać najniespodziewaniej nowa sprawa, widmo narazie niedoceniane.

Jest nią kwestja religijna. I wyrasta może dlatego właśnie, że Anglicy już z natury rzeczy musieli być uważani, jako obrońcy idei chrześcijańskiej, jakkolwiek niczem do wzmocnienia tej idei, poza swoją obecnością w Iraku, się nie przyczynili. Nie usiłowali nawet wpłynąć na uzgodnienie frontu licznych grup i misyj, wzajemnie się zwalczających i osłabiających. Z drugiej zaś strony nigdzie nie protegowali wyraźnie chrześcijan, a nawet przeciwnie – odpowiedzialne placówki administracyjne, jak stanowiska mutteserifów i kajmakanów 2), powierzali Arabom-muzułmanom.

Tem nie mniej jednak po latach prawdziwej pokory i poniżenia śród wyznawców Allacha chrześcijanie zaczynają oddychać szerzej, pełni wiary w silną opiekę nowych rządców kraju. Otucha ich jednak idzie już częstokroć tak daleko, że przeradza się w butę i pogardę dla inowierców, prowokując tych ostatnich do wybuchów nienawiści religijnej i obniżając w ten sposób wielki autorytet krzyża. To też pośród społeczeństwa muzułmańskiego narasta coraz ostrzejszy protest, a idea chrześcijańska, która dotąd drogą etycznego przykładu jej ofiarnych krzewicieli zdobyła sobie liczne zastępy śród Arabów, poczyna w oczach szerokich warstw nabierać wyrazu zaborczo-wojowniczego z czasów średniowiecznych pochodów krzyżowych. Na sztandarach chrześcijaństwa muzułmanin nie widzi już wszechprzebaczającego krzyża, lecz miecz podnoszony w osobistych interesach pod tem godłem tylko walczącego najeźdźcy.

Do wzmocnienia tego przekonania, może wbrew istotnemu stanowi rzeczy, dopomaga fakt, że Anglja, nie łatwo mogąca pokonać antymilitarny charakter Arabów, z konieczności rekrutuje armję przeważnie z miejscowych chrześcijan, Assyryjczyków, wypędzonych z ich odwiecznych tureckich siedzib nad jeziorem Van i zdziesiątkowanych przez Turków i Kurdów za zdradę państwowości tureckiej oraz przeciwstawienie się zbrojnie islamowi, Assyryjczyków, zepchniętych następnie z terenów perskich, gdzie również nie umieli zachować się lojalnie i wreszcie osiedlonych przejściowo w Iraku, gdzie byt ich resztek narodowych zabezpieczała zbrojna potęga Anglji. Nadto starsi, niezdolni już do wojska Assyryjczycy obsiadają tłumnie placówki, na których mogą wysługiwać się Anglikom i pilnować ich interesów. Prawda, ogłoszony zostaje potem powszechny pobór do wojska, ale Assyryjczycy, jako materjał ludzki pewniejszy i już wyszkolony, pozostaje prawie wszędzie na odpowiedzialniejszych stanowiskach tej armji poza nielicznemi zresztą wyjątkami oficerów arabskich, ocalonych z dawniejszej armji tureckiej.

Sytuacja wewnętrznej a ukrytej jeszcze walki dochodzi do tego stopnia napięcia, że chrześcijanie w obawie nieuniknionej rzezi na wypadek wyjścia Anglików z Iraku, swoją tu obecność uzależniają nawet przed Ligą Narodów od utrwalenia się na stałe opieki rządów Wielkiej Brytanji.

W ten sposób rozszczepiona została postępowaniem Anglji masa ludności na dwa obozy: zdecydowanych anglofilów i cichych anglofobów. Jedni nie pragną narazie żadnych zmian, przeciwnie wszelką wojnę wyzwoleńczą uważają za niekorzystną dla interesów Arabów, niezdolnych dziś jeszcze do samodzielności państwowej w nowym stylu, drudzy natomiast w cichości ducha sprzyjają ruchowi Wahabitów, komunikują się z nimi, szpiegują na ich rzecz i gotowi są przyjąć ich wewnątrz Iraku wszczęciem pomocniczego buntu. I to tem bardziej, że idea złączenia szczepów arabskich pod berłem jednego wodza, zarazem sułtana i kalifa, coraz wyraźniej utrwala się w psychice muzułmańskiej, przesiąkniętej fanatyzmem zagrożonego islamu.

A nazewnątrz ludów skrępowanych angielską okupacją, na szerokich terenach półwyspu Arabskiego czuwa człowiek ambitny, któremu podniesione hasło obrońcy uciemiężonych wiernych przysporzy niewątpliwych wawrzyrów, a przedewszystkiem da mu najważniejsze – berło sułtana i turban kalifa.

Któż bowiem bardziej jest powołany dziś do odegraria tej przejściowej roli w Arabji jak nie Ibn Saud, sułtan Nedżedu zdobywca i król Hedżasu, Asiru, pogromca wielu szczepów Beduińskich i strażnik miejsc świętych Mekki i Mediny? Ryzykant i awanturnik, czczony przez muzułmanów fanatyk religijny, wódz i bandyta, nasycający najdalej sięgające apetyty motłochu nomadów, który go otacza i czeka tylko jego skinienia, jak łaski – Ibn Saud, pozbawiony ostatnio stałej pensji w sumie 50.000 funtów sterlingów z kasy angielskiego Iraku, postanawia wziąć je sobie sam, wziąć nawet więcej – rękami swych w imię haseł świętej wojny gotowych do walki Wahabitów, Wahabitów, oblegających nietylko granice Iraku, Koweitu i Transjordanji, ale przenikających już licznie a potajemnie na ich terytorja. A jest ich 300.000 jeźdźców, nie licząc nawpół dzikich Beduinów plemienia Szemmar, którem dowodzi inny, równie niebezpieczny dla Anglji bandyta, Szech Ażil; nie licząc dziesiątków tysięcy tych nieznanych a rozsianych wszędzie, dziś tu, jutro tam, półczarnych rzesz rozbójniczej od wieków tłuszczy. Kto wie, może i więcej jest ich ponad 500.000 tysięcy. Bo i któż ich zliczy przelewających się niespodziewanie, niby żywe srebro, po rozległych stepach Mezopotamji, przelatujących na wielbłądach po syryjskiej pustyni, spalonych na czarno nieomal w tropikalnym żarze południka Raka.

Nikt ich nie zliczył i nikt zliczyć nie zdoła, a zwołać może jeden tylko wierny syn Allaha – sułtan i kalif oczekiwany – Ibn Saud. Bo szeroko idzie głos jego, wołający na pustyni: Allah la Illah… Dżihad! Zbiegajcie się na wojnę świętą, bo z wami sułtan Hedżasu, z wami ten, który zjednoczyć pragnie Arabów w imperjum wielkie, z wami ten, który, stając w obronie wiary Mahometa, idzie wyzwolić opanowanych i jęczących wiernych, idzie usunąć jedyną przeszkodę odrodzenia się dawnego kalifatu Omajad’ów i Abasyd’ów, przeszkodę leżącą w dynastji Haszemitów, która w osobach melika Iraku, Feizala i emira Transjordanji, Abd-Ullah’a, uległa naciskowi Anglików i zdradziła sprawę islamu. Uśmiecha się chytrze przytem król Hedżasu i oczekiwany władca Arabji… Kto wie… może zapali się jeszcze raz ogień święty. Hasło nieźle pomyślane…

A niedaleki sąsiad z północy we frygijskiej czapce szepce awanturnikowi do ucha o tem, jak mu będzie w tym blasku monarchicznej władzy do twarzy… Drugi zaś, ukrywający się dziś sprzymierzeniec, który dla pokonania Bliskiego Wschodu przed wojną przedsięwziął trud niepomierny wybudowania drogi bagdadzkiej, ściskając jedną ręką dłoń Chamberlaina w Genewie, drugą kuje w Moskwie mauzery… tysiące, setki tysięcy mauzerów na zapas, bo wojna ta może być przewlekła, a uzbrojenie Anglji nie pozwalające na żarty.

Więc nie święta wojna, nie dżihad! Nawet hordy Wahabitów w to dziś w głębi duszy już nie wierzą. To wojna dla wojny, dla zdobyczy, wojna dla nasytu nawpół dzikiej tłuszczy pustynnych włóczęgów. To wojna dla idei niszczenia – wojna przeciw cywilizacji i kulturze. Ta wojna – to krwawa pohulanka. Jeżeli ci dokonają rozgromu, przejdzie po swe dziedzictwo prawowity, władca…

To też Anglja musi poważnie się z możliwościami tej wojny liczyć, a wraz z nią musi liczyć się Francja, niemniej zaangażowana w Arabji i Włochy, których nie tyle traktaty obronne związały ze szczepami arabskiemi na wybrzeżach morza Czerwonego, ile traktaty handlowe na wybrzeżach morza Śródziemnego.

Bo dziki krzyk chwili obecnej na półwyspie Arabskim, to bratni głos Egiptu, północnej Afryki, to głos Chin i Indyj Wschodnich, to wreszcie głos protestującego Afganistanu.

Jest to głos Wschodu, nadawany przez radjo niemieckie w Moskwie: wszystkim! wszystkim! wszystkim!

Dżihad, to parafraza doktryny Monroego na drugiej półkuli: Wschód dla ludzi Wschodu!

Z tym głosem musi liczyć się cała Europa i jej zbiorowy mózg polityczny – Liga Narodów. Same eskadry lotnicze i dywizjony tanków angielskich mogą nie podołać zadaniom cywilizacji, jeżeli dla ich krzewienia nie znajdzie się innej, niematerjalnej formuły.

Mieczysław Jarosławski

————
1) Zwycięzca – popularne miano dyktatora Turcji.
2) Wojewodów i starostów.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close