Fredro zadumany nad Polską

Dzieci twórcy „Ślubów panieńskich” i „Zemsty” twierdziły, że ojciec ich miał „wrodzoną skłonność do smutku” i że „melancholia to jeden z głównych rysów jego charakteru”. Sam poeta przyznawał się do chorobliwej drażliwości. Sprawiała ona, że często drobne, niepozorne epizody życiowe urastały do rozmiarów wielkich przykrości i zmartwień, które „sącząc się kropla po kropli zaćmiły nareszcie ów świeży połysk duszy, w którym świat odbija się tak pięknie, a tak nietrwale”. Owa przesadna drażliwość była powodem czterdziestoletniego milczenia Fredry, a piętnastoletniej zupełnej separacji od pióra, zjawisk tym bardziej niezrozumiałych u dawnego żołnierza i pisarza o wielkiej pasji twórczej, że ich przyczyną były dwie surowe, zjadliwe, ale niezbyt wykraczające poza prawa krytyki, recenzje z r. 1835 pióra Wincentego Pola i Seweryna Goszczyńskiego.

Aleksander Fredro

Minio tego smutnego usposobienia, ataków „spleenu” i zgryźliwości, o której rodzina Fredry wspominała, pesymizmu w komediach autora „Dam i huzarów” prawie nie znajdujemy. Przeciwnie, tym nawet różni się silnie od Moliera, którego „Grzegorz Dandin” kończy się bolesnym zwycięstwem wiarołomnej żony, bo u Fredry zawsze nad złem tryumfuje cnota i dobro. Nawet w „Dożywociu”, gdzie nuta melancholii dochodzi nieco do głosu -zwłaszcza w apostrofie Orgona: „Świecie, ty krętaczu stary…”, będącej szczerym odkryciem nastroju psychicznego poety, Fredro zagłusza ją wybornym humorem, kapitalnymi w wesołości dialogami i sytuacjami. „Pod tym względem Fredro – zauważa Boy-Żeleński – jest tu zwycięskim rywalem Moliera, który wesołość swego „Skąpca” osiągnął – i to bardzo względnie za pomocą wkrętów i przybudówek: raz po raz sztuka chyli się w stronę dramatu; podczas gdy u Fredry „Dożywocie”, nie mniej pewnymi strzałami waląc raz po raz w samo centrum, rozwija się z cudowną jednością, logiką i leje się nieprzerwaną strugą humoru”.

Również i bezpośrednie, prywatne wyznania Fredry wskazywałyby na to, że pesymistą nigdy nie był. I w jednym z swych wierszy woła stanowczo: „O nie, czarno nie widzę, ja nie pesymista”, dodając z ironią: „Może też z naszych gruzów ktoś kiedyś skorzysta; – Może z tych Herkulanów odgrzebie ołtarze, – Ale ja krom nadziei wszystko dziś przemażę…”

Wyjątkowo jednak silnie dochodzi do głosu smutek i zgryźliwa ironia Fredry w lirycznych, drobnych utworach, głównie w satyrach, dziś niemal zupełnie zapomnianych. Czasem tylko jego złośliwe epigramaty drukowane są na… kartkach priina-aprilisowych, oczywiście anonimowo, że trzeba dopiero znawcy twórczości autora „Pana Jowialskiego”, by w wierszykach brzmiących:

„Wzorowym się wydajesz w boskiej sztuce Feba,
I słusznie – bo wzór dajesz, jak pisać… nie trzeba”.

lub:

„Oj, źle!… Pókiś cicho siedział,
Jakim jesteś nikt nie wiedział,
Ale kiedyś został posłem,
Każdy już wie, żeś jest osłem…”

by w tych wierszykach odkryć także autorstwo Fredry.

Stwierdziwszy zaraz w pierwszym zdaniu wiersza „Odludek”:

„Tak jest! nie lubię ludzi, mnie nie lubią ludzie”…

dodaje Fredro:

„Sam pójdę, a wy idźcie sami,
Ale raz jeszcze szczerze powiem co mnie gniecie;
Nie wiele mi pomoże, ale ulży przecie…”

Ciężko oskarża społeczeństwo własne, które za podszeptem „złego ducha” – postępu – „spiesznym w otchłań postępuje krokiem”.

„…Duch czasu, ale zły duch, zewsząd teraz wieje,
Zakłada w całym świecie piekielne koleje,
Głupota ludzka kopie, ciągnie ciężkie kary,
A czarci kują szyny, dostarczają pary,
I pociąg o stu wozach jak piorunem leci,
Sześć ma głównych przystanków, w nocy zdała świeci:
Rozpusta chciwość, zawiść, fałsz, zdrada i zbrodnia –
Z domu rusza wieczorem… w piekle staje dudnia…
A że jest czarne piekło nie ma wątpliwości,
Bo gdzież by nasz duch czasu umieścił swych gości”.

Głupota i mędrkowanie, obłuda i przewrotność, zła organizacja szkolnictwa, zwłaszcza powszechnego, „frymarstwo przekupnych dzienników”, zawiści partyjne i społeczne, a przede wszystkim czerpanie wzorów z zagranicy i bezpraktyczne przeszczepianie na grunt rodzimy obcych prądów postępowych – zdaniem Fredry – staczało Polskę w otchłań rozkładu moralnego i politycznego, przyspieszało jej całkowitą zgubę. Świat wydawał mu się „cmentarzem”:

„…Błąkam się jakby widmo po nieznanym tłumie,
Nikogo nie rozumiem, nikt mnie nie rozumie.
O, zły duch, ten duch czasu w ciągłej teraz mowie
Co szumnie zwą postępem, ja rozkładem zowię…”

Dawne czasy uważał Fredro za lepsze. Chwalił przodków zbyt przesadnie, popełniając ogólnopolski błąd. Jesteśmy zawsze skłonni widzieć zalety tylko u poprzedników, a nie doceniać dodatnich rysów ludzi i prądów sobie współczesnych. A choć autor „Zemsty” przyznaje mimochodem, że i dawni ludzie „błądzili” to jednak sądzi, że „nawet w ich błędach coś wyższego było”…

„…Był jakiś cel ogólny, był jakiś hart męski,
Miano odwagę czynu i odwagę klęski;
I nie kryto się nigdy w świętoszków osłonie
By truciznę zaszczepić w macierzyńskiem łonie
Teraz świat złudnem słowem w oczy tylko prószy,
Miłość zawsze ma w ustach, a nienawiść w duszy.
Narodowość dziś godłem, a narodowości
Zgasła iskra ostatnia dla dobra jedności,
O, nie arystokraty, ani demokraty
Lecz zawiść i niesforność – to są nasze katy!…”

Ostatnie wiersze, choć napisane z górą sześćdziesiąt lat temu i trafnie ówczesne nasze życie charakteryzujące, nie straciły nic na aktualności do dnia dzisiejszego. W ogóle w drobnych wierszach Fredry, satyrach i bajkach, znajdziemy wiele ustępów, chłoszczących niemiłosiernie a słusznie przykre i zgubne wady, którymi i dziś grzeszymy. Przypomnienie więc tych utworów, oczywiście zaledwie kilku, nie będzie pozbawione pewnej aktualności -i zwróci może także uwagę na wspaniałą twórczość wielkiego pisarza, tak dziwnie zapomnianą, nawet, a raczej zwłaszcza, przez czołowe sceny polskie, a mądrze i pięknie popularyzowaną przez audycje i słuchowiska Polskiego Radia.

Za jedną z głównych wad narodowych uważa Fredro beztroską lekkomyślność, zdanie się na kapryśny los, ową wiarę, że „niema nic złego, coby na dobre nie wyszło”. Piętnuje więc ostro opuszczanie rąk bez chęci walki z przeciwnościami, owo narodowe „jakoś to będzie”, płynące z lenistwa duchowego i fizycznego, uniemożliwiające rozwinięcie działalności tam, gdzie nawet obowiązek tego wymaga. Te przede wszystkim nałogi wpędziły Polaków w nędzę a naród w niewolę. Unikać także należy lekkomyślności w gościnności, bo ona sprowadza groźniejsze następstwa, przed którymi przestrzegał już Wacław Potocki, twierdząc, że przesadna grzeczność, gwałcąca niejednokrotnie wolność osobistą ofiary, równa się rozbojowi.

Poświęciwszy dopiero co wspomnianym wadom głównie utwory p. t. „Jakoś to będzie” i „Straszny przyjaciel”, ciętą charakterystykę daje Fredro w wierszu „Doktorowie”.

„Wielkich ludzi w tych czasach jak grzybów na słocie;
Jest niczem, chce być wszystkiem, takich mamy krocie”…

Ludzie, nawet wykształceni, „doktorowie”, pchają się nie przebierając w środkach, „jakąkolwiek drogą” – bez skrupułów moralnych – na coraz wyższe szczeble drabiny społecznej, myśląc jedynie o niezasłużonych najczęściej zaszczytach, odznaczeniach i jak najlepszej synekurze, zdobywanej choćby na gruzach cudzego szczęścia. A dla osiągnięcia upragnionego celu, dla zyskania taniej popularności nie wahają się nawet przed demagogicznym a fałszywym podszywaniem się pod wzniosłe ideologie i dobroczynne akcje, byle tylko pod ich osłoną dotrzeć do „pełnego żłobu”. Wówczas już mogą odsłonić swe właściwe oblicze. Pod adresem takich rodaków, jakich wielu znał Fredro, jakich i my dziś znamy, woła poeta:

„O doktorze! Jeżeli w głębiach twego łona
Narodowość nie żyje jak matka rodzona
Może gdzieś w dostojeństwach u szczytu zasiędziesz,
Ale synem Ojczyzny nie jesteś, nie będziesz…”

Zwróciwszy gorzko uwagę na bezideowość i nieuczciwość niektórych odłamów sfery inteligencji, napiętnuje Fredro w wierszu „Wet za wet” literacików-nieuków, którzy wcale nie myślą o pracy ideowej i artystycznej, sztukę traktują jedynie jako źródło dochodów, a ponieważ ona wielkich nie daje – przerzucają się na publicystykę. I tu wiedzie się nieukowi nieświetnie, więc zaczyna kłamać, a wtedy – zaraz większe zyski.

„Kłamałem więcej – patrzcie, garnek mi się lepi.
A gdym chwycił za błoto mierząc jak najwyżej,
Stanąłem już na nogach, szczęścia coraz bliżej”…

Wreszcie exliterat zajął się zdecydowanie pisaniem płatnych paszkwili. Wyzuty z wszelkiej uczciwości i odpowiedzialności publicystycznej wyznaje bezczelnie:

„…Opinja!… żadnej nie mam i nigdy nie miałem,
I każdego, ktorego błotem obrzucałem,
Byłbym chętnie i kadził, gdyby był – zapłacił…”

Trudno byłoby zarzucić autorowi tych drobnych utworów, zresztą bez większych wartości artystycznych, przesadę w moralizowaniu, w chłostaniu społeczeństwa biczem satyry, trudno byłoby nie podpisać się za zgodność pod następującym wyznaniem:

„Piękny, wielki, jaskrawy leży świat przedemną,
Ale… ale niestety, jak oglądnę i bliska
Widzę, że tylko sztuka coraz wyżej tryska,
Jesienny promień światła czasem jeszcze głaśnie,
Lecz wonne ciepło duszy, zdaje się, że gaśnie.
Wszystko zewnątrz i wewnątrz szychem teraz świeci
Interes tylko własny złote snuje nici,
Oszustwo i kuglarstwo szerzy się swobodnie,
A nawet już przechodzi w świętokradzką zbrodnię
Kiedy przemawia głosem mniemanej wolności;
Wszędzie widać rój ludzi, a nigdzie ludzkości…”

Dowcipna i kulturalna inscenizacja „Męża i żony” Fredry, opracowana przed kilku miesiącami przez Adama Polewkę w teatrzyku „Cricot”, jaskrawo naświetliła niedawną fredromachię z wodzami prof. Kucharskim, twierdzącym, że autor „Wielkiego człowieka do małych interesów” jest przede wszystkim moralizatorem i satyrykiem i Tadeuszem Żeleńskim-Boyem, podziwiającym w Fredrze śmiałego pisarza obyczajowego i cudownego poetę. Aczkolwiek możemy uznać spór o szufladkowanie pisarza za mało istotny, przyjąć do wiadomości „tertium datur”, że nade wszystko cieszyć się powinniśmy i współżyć z genialnym twórcą znakomitych, polskością i humorem dyszących widowisk -to jednak natręctwo kibicowania przy każdej rozgrywce każe nam wyższość atutów i szanse zwycięstwa w wspomnianej fredromachii przyznać Boyowi.

Bo Fredro, jak pisał Boy – to „wielka poezja polska; nie ta zrodzona z niewoli i męki; patologiczna i wzniosła, natchniona i obłąkana w swojej monomanii, nie ta, której duch narodu zawdzięcza swoje ocalenie, ale swoje straszliwe skrzywienie zarazem; – ale ta Polska odwieczna, po której ów epizod krwi i hańby spłynął nie znacząc na niej śladów tak jak spłynął bez śladu po glebie oranej przez polskiego chłopa. Tej niespożytej polskości, jaka kryje się w uśmiechu Fredry nie dość zrozumiano za jego życia, nie prędko zrozumiano po jego śmierci. Fredro szat nad ojczyzną nie rozdzierał, bo on nią był; najgłębiej może, bo bezwiednie. I był jednym z największych polskich artystów, tym, którego nazwisko możemy, bez cienia szowinizmu postawić obok pierwszych nazwisk świata…”

Jeżeli z tym sądem o pogodzie i uśmiechu Fredry niezupełnie godzi się treść cytowanych drobnych wierszy to pamiętajmy, że właśnie one są wyjątkiem, że pisał je zresztą poeta u schyłku życia (po r. 1870) po wielu bolesnych dla siebie przejściach, zawodach i rozczarowaniach, w nastroju zrozumiałego przygnębienia. Prosił poeta w swym „łabędzim śpiewie”:

„Nie drwijcie sobie z mej starej bandury,
Że posklejana od dołu do góry
Jaki pan, taki kram;
Nie drwijcie sobie, że mój głos już stary,
Mało w nim sztuki, ale dużo wiary,
Śpiewam, co w sercu mam.
…Lecz nigdy nigdy to potomność przyzna,
Zawiści, zemsty i fałszu trucizna,
Nie tknęły moich strun.
Jakiebądź były mej myśli natchnienia,
Zawsze jednakże aż przez dno sumienia
Czysty ich płynął zdrój;
Karciłem niemi zuchwałą głupotę,
Kochałem niemi prawdy świętą cnotę,
Współbraci i kraj mój…”

Stan. Witold Balicki

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close