Gdańsk, miasto niegdyś nasze…

Polska opinja publiczna zbyt optymistycznie patrzy na sprawę Gdańska. Zbyt ufnie i zbyt często powtarza ona za Mickiewiczem, że „Gdańsk, miasto niegdyś nasze, będzie znowu nasze”, mało przywiązując wagi do szeregu faktów, które zaszły od chwili podpisania traktatu wersalskiego, a które, zamiast przybliżyć, oddaliły moment już nie połączenia, ale gospodarczego zbliżenia się Gdańska do Polski.

Był czas, kiedy zdawało się, iż istotnie otrzymujemy wolny dostęp do morza, to znaczy prawo korzystania bez ograniczeń, sans aucune restriction, z portu gdańskiego dla polskiego importu i eksportu.

Złudzenia te rychło jednak prysły. Naprzód rozwiała je polityka sir Reginalda Towera, potem stanowisko władz wolnego miasta w sprawie wyładunku okrętów z amunicją w roku 1920-tym podczas wojny z bolszewikami, wreszcie utworzenie Rady portowej i słynny fakt z Gaują, który uwydatnił bezsilność tej Rady w stosunku do wszechwładzy policji portowej wolnego miasta.

Wyszło tu na jaw w całej pełni, że Gdańsk zajmuje wobec Polski stanowisko daleko więcej wrogie, niż mógłby zająć jakikolwiek inny port na świecie, gdzie rząd polski byłby tylko klientem, który płaci, a więc ma prawo do korzystania z wszelkich udogodnień. W porcie gdańskim jesteśmy tymczasem traktowani, jako element narzucony, jako ów niewygodny wspólnik, któremu stawia się wszelkie przeszkody, aby zmusić go do ustąpienia ze współki, do zlikwidowania swojego w niej udziału.

A udział ten realnie wygląda tak, że „partycypując w dochodach i deficytach portu gdańskiego” według art. 23 konwencji polsko-gdańskiej, po zakończeniu roku rachunkowego 1921-go, dźwigamy na współkę z Gdańskiem deficyt, wynoszący 10 miljonów marek niemieckich, po ustaleniu zaś budżetu na rok 1922 stoimy wobec perspektywy 24-miljonowego deficytu.

Jest to krwawa ironja – nic więcej.

Oto do czego nas doprowadziła polityka kolejno zmieniających się gabinetów, z których żaden nie wykazał ani należytego zrozumienia sprawy gdańskiej, ani należytej inicjatywy w kierunku zwalczania wrogich nam w tej dziedzinie prądów międzynarodowych.

Nie tylko jednak rząd, ale i społeczeństwo polskie okazało tu dziwną obojętność dla jednego z najżywotniejszych zagadnień, które rozstrzyga o naszej przyszłości.

Nie można bowiem taić, że Polska bez istotnego dostępu do morza, bez naturalnych swoich płuc gospodarczych, prędzej czy później udusi się, popadając, jeżeli nie w polityczną, to w ekonomiczną zależność od swoich żeglujących sąsiadów, a więc przedewszystkiem od Niemiec i Rosji.

Jasno zdawała sobie z tego sprawę mała Serbja i wszelkiemi siłami parła ku morzu, okupując dostęp do niego krwią najlepszych swoich synów; rozumie to mała Czecho-Słowacja i zawiera dogodne dla siebie umowy, pozwalające jej korzystać z portów w Rjece, Trieście i Hamburgu, ale nie rozumie tego potężna w porównaniu z niemi Polska, państwo o trzydziestu miljonach ludności i rzadkiem bogactwie produktów naturalnych!

Temu niezrozumieniu istoty zagadnienia i wynikającej stąd obojętności dla niego przypisać tylko można, że nawet tak doniosły akt, jakim była konwencja polsko-gdańska, podpisana w Paryżu dnia 9 listopada 1920 roku, nie wywołał w Polsce należytego zainteresowania. Opinja publiczna dotychczas aktu tego w całej jego rozciągłości nie zna, a przecież w tym właśnie akcie tkwi cały nasz stosunek prawny do portu gdańskiego, a więc i cała przyszłość rozwoju ekonomicznego Polski.

Dowiadujemy się dopiero z gorzkiego smaku pierwszych owoców, jakie konwencja ta wydała, że nie wszystko jest tam podług naszej myśli.

Zapóźno jednak już na naprawę, zemścił się tu bowiem na nas cały szereg błędów i grzechów, popełnionych od roku 1918.

Przedewszystkiem więc nie wyzyskaliśmy umiejętnie czasu pomiędzy zawieszeniem broni a podpisaniem traktatu wersalskiego, kiedy Gdańsk był w nastroju likwidacji swoich interesów pruskich. Kilka miljardów marek mogło było uczynić nas wówczas właścicielami tego, czego dzisiaj za dziesiątki miljardów nie otrzymamy.

Idźmy jednak dalej. Po ratyfikacji traktatu wersalskiego sprawy gdańskie powierzone zostały p. Maciejowi Biesiadeckiemu, który został mianowany komisarzem generalnym Rzeczypospolitej w Gdańsku. Wybór ten był już wyraźnym dowodem, że rząd sprawy gdańskiej nie traktuje poważnie. A jakie ma znaczenie „właściwy człowiek na właściwem miejscu” – o tem mówić chyba nie trzeba. Najwymowniej zresztą dowodzi tego krótki okres urzędowania p. Leona Plucińskiego. Oczywiście – nie mógł on naprawić wszystkiego, co w ciągu trzech lat było zaniedbane i co już zostało obleczone w formę aktów obowiązujących.

Z tego zaniedbania i z tych aktów skorzystali tymczasem bardzo umiejętnie Niemcy i zwolna zaczęli rozpogadzać stroskane czoła.

Stosunek gdańszczan do Polski nie jest też dzisiaj żadną i dla nikogo tajemnicą. Wygląda on, jak następuje:

Większość ludności niemieckiej Gdańska stanowią b. urzędnicy pruscy, którzy stali się gdańszczanami.

Senat i parlament w znacznej większości swojej nastrojone są przeciwpolsko i działają w myśl instrukcyj z Berlina.

Znaczna część kupiectwa posiada najczęściej swój interes główny w Niemczech a w Gdańsku prowadzi tylko filję, pracuje więc na korzyść Niemiec, a tem samem na niekorzyść Gdańska i jego portu. Nie można się dziwić, że tego rodzaju kupiectwo zwalcza wszystko co polskie.

Kupiectwo rdzennie gdańskie, które zdaje sobie sprawę z tego, że, tylko pracując ręka w rękę z Polską, może osiągnąć znaczniejsze korzyści, jest w mniejszości. I ono jednak pod wpływem propagandy niemieckiej na temat „sezonowego państwa Polskiego” zachowuje się powściągliwie, jakby w obawie zbytniego zaangażowania się w niepewną stronę polską.

Jedynie nastrój warstw robotniczych nie jest zasadniczo wrogim dla Polski i wielu robotników rozumie, że tylko przez ścisłe współdziałanie z Polską mogą mieć pracę stale zapewnioną, nie mniej jednak znaczna część tych robotników należy do związków zawodowych ogólno-niemieckich i na skutek zarządzeń centrali niemieckich występuje nieraz przeciw interesom polskim.

W tych warunkach trudno było spodziewać się, aby dr. Sahm i jego interpretacja traktatu wersalskiego, polegająca na zupełnej negacji wszelkich praw Polski do portu gdańskiego, a pozostawiająca jej tylko obowiązki i ciężary, spotkała się z jakimkolwiek sprzeciwem ze strony obywateli wolnego miasta, tembardziej, że i sir Reginald Tower stanowisko to podtrzymywał.

Nic więc dziwnego, że pierwsze pertraktacje w sprawie konwencji polsko-gdańskiej, prowadzone w Gdańsku, na wiosnę 1920 roku, nie dały żadnego wyniku, zmuszając stronę polską do żądania przeniesienia negocjacyj do Paryża.

Podczas tych jednodniowych narad gdańskich, sir Reginald Tower zdążył jednak wysunąć koncepcję zrzeczenia się przez obie strony praw do portu, z przekazaniem tych praw specjalnej Radzie portowej, złożonej z przedstawicieli obu stron.

Propozycji tej delegacja polska nie przyjęła. I tu rozpoczyna się tajemnica, dla opinji polskiej dotychczas niezrozumiała.

Wiadomo, że zanim rozpoczęły się nowe pertraktacje w Paryżu, nastąpił krytyczny dla Polski okres najazdu bolszewickiego.

Wówczas to ówczesny prezydent ministrów, Władysław Grabski, wyjechał do Spaa, aby tam wyjednać pomoc dla Polski.

Mówią, ale ile w tem prawdy – niewiadomo, że w Spaa miała stanąć pomiędzy Lloyd George’m a ministrem Grabskim umowa, na której mocy Anglja, w razie przekroczenia przez bolszewików linji Curzona, miała poprzeć Polskę całą swoją siłą, Polska zaś wzamian za to miała się zrzec wszystkich swoich praw do portu gdańskiego na korzyść wspólnej z Gdańskiem Rady portowej.

On dit… Cóż było dalej? Bolszewicy przekroczyli linję Curzona, doszli do przednich oszańcowań Warszawy a Lloyd George wcale z pomocą się nie kwapił, skoro jednak w kilka miesięcy po zwycięstwie polskiem przyszło do zawierania konwencji polsko-gdańskiej, która została ostatecznie podpisana dnia 9-go listopada 1920 roku, stało się faktem dokonanym, że Polska istotnie zrzekła się swoich praw, wynikających z art. 104 Traktatu wersalskiego na rzecz nowotworu, nazwanego Radą Portu i Dróg Wodnych w Gdańsku.

Czem to wytłumaczyć?

Rozwiązanie tej zagadki nie do nas należy.

Rząd polski, który tę koncepcję zaakceptował, odpowiada jednak za jej następstwa. A jakież one są?

Dzisiaj wszyscy już wiedzą, że Rada portowa jest humbugiem. Komisarze polscy są w niej bezsilni, a komisarze gdańscy przeciwdziałają bezwzględnie wszystkim postulatom polskim. W takich warunkach o pozytywnej pracy mowy być nie może. Nie na tej pracy też zależy wolnemu miastu i popierającym je czynnikom politycznym, ale na tem, aby, działając za parawanem Rady Portu, wyzuć Polskę ze wszystkich jej praw, po dokonaniu zaś tego pozbawić Radę wszelkiej władzy wykonawczej w porcie i oddać tam Polskę na dobrą czy złą wolę rządu gdańskiego, jako jedynego i władnego pana.

Tak wygląda prawda o Gdańsku, „mieście niegdyś naszem”.

Wielki czas, aby opinja publiczna polska zrozumiała, do czego to prowadzi.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close