Z Huculszczyzny

Huculszczyzna jest niezasłużenie mało znaną połacią Polski. Niezasłużenie – ze względu na piękną przyrodę, odmienny lud, oryginalną sztukę ludową, wielką obfitość źródeł mineralnych, a nadewszystko słodki, łagodny, niemal południowy klimat. Trudno opisać tamtejsze pachnące powietrze, odmienne zupełnie od lodowatego tchnienia Tatr; powietrze, przypominające słodkie, nagrzane wino i będące prawdziwą pieszczotą dla płuc.

Flisacy na Czeremoszu

Flisacy na Czeremoszu

Cała linja Jaremcze-Worochta jest szeregiem prześlicznych miejscowości, nanizanych jak perły na lśniące nici szyn kolejowych.

Punktem wyjścia naszym jest Kołomyja, miasteczko, pozujące niemal na miasto, z „eleganckim” (wszystko jest względne) hotelem City, zwanym w tutejszem narzeczu Cyta. Skład narodowościowy urozmaicony: prócz Hucułów są żydzi, Izraelici, semici i starozakonni. Jedyną godną uwagi właściwością tego miasta jest duża ilość wspaniałych owoców, zwłaszcza gdy dojrzeją pyszne, słodkie melony, pachnące prawdziwem Południem.

Z Kołomyi autem „luksusowem” ruszamy do Kosowa, gdzie przyjeżdżamy brudni i zakurzeni.

Pogoda była tropikalna. Po południu zerwał się wicher, który tworzył z kurzu ulicznego istne trąby piaszczyste. Poczynało być egzotycznie – niemal Sahara. Na jednej ulicy, która jest właściwie miastem Kosowem, duży ruch – Huculi i żydzi. Zwiedzamy sklepy i warsztaty z kilimami, bowiem Kosów jest ośrodkiem przemysłu kilimczarskiego w Galicji Wschodniej i wyroby tamtejsze, bardzo piękne i oryginalne, docierają nawet do Warszawy. Pod Kosowem w Moskalówce wyrabiają prześliczną ceramikę huculską, której główną osobliwością jest, iż przedmioty gliniane najpierw się rzeźbi a potem tę wypaloną płaskorzeźbę maluje.

Następny dzień, słoneczny, ale nie tak już upalny, to jazda wozem do Żabiego, największej wsi huculskiej, odległej o jakie 70 km, od najbliższej linji kolejowej. Droga czarująca wygina się, biegnie to w górę, to na dół, odsłania coraz to nowe perspektywy, przeskakuje nad potokami, przytula się do skał, albo spokojnie biegnie poprzez rozrzucone wsie huculskie. Leżymy na workach z kukurydzą, jemy ogórki, któremi nas częstuje furman, i wdychamy z rozkoszą upajające powietrze. Jedziemy wolno, noga za nogą. Nadchodzi wieczór. Robi się coraz bardziej pusto, dziko i bezludnie. Góry poczerniały, drogę zaledwo widać, niebo wyiskrzone. Na koźle dwie czarne, kiwające się postacie, koła głucho turkocą i słychać w dole szum potoku. Wróciło wspomnienie baśni niegdyś czytanych, gdzie senne i zziębnięte trochę dzieci jadą w ponury i dziwny kraj, wiezione przez czarne koboldy. Oczy się przymykały, turkot wozu wiązał się w rytm urywany. Zasnęłam.

Zerwaliśmy się wcześnie rano, aby tego samego dnia pojechać tratwami po Czeremoszu do Kut. Jest to jedna z najpiękniejszych wycieczek Huculszczyzny. Jechać można tylko 3 razy na tydzień, bo Czeremosz jest rzeką szeroko rozlaną, ale płytką, i tratwyby nie uniósł. O kilkadziesiąt kilometrów w górę rzeki, w Burkucie są olbrzymie szluzy, skąd spuszczają co drugi dzień wodę. Na takiej fali, długości 2 – 3 km. płyną tratwy, zwane przez Hucułów darabami, aż do Kut, jedynego ormjańskiego miasteczka w Polsce. Nie udało nam się jednak tego samego dnia wyjechać, bo woda z niewiadomych przyczyn nie „poszła” jak tam mówią; spodziewano się więc jej nazajutrz.

Na drugi dzień czekaliśmy bardzo długo na wodę, t. j. na nadejście fali, spuszczonej w Burkucie. Tubylcy mają słabe wyobrażenie o czasie i zupełnie zbytecznie kazali nam się zerwać tak wcześnie rano. Lecz po długich godzinach oczekiwania usłyszeliśmy krzyki: „Woda ide”. Wyjrzeliśmy z naszej drewnianej warowni. Łagodny, płytki, przezroczysty Czeremosz zmętniał i wzburzył się. Waliła korytem rzeki, wypełniając je całkowicie, woda szara i hucząca, wełniąca się miejscami nakształt baranków morskich. Wkrótce poczęły dopływać tratwy, pojedyńcze i powiązane po kilka. Nadpłynęła wreszcie i nasza daraba, na której bracia Żubiukowie zbili nam ławeczki.

Ruszyliśmy. Co za rozkosz jest płynąć na tym najprostszym statku, jaki ludzkość wymyśliła! Pnie drzewne, powiązane luźno gałęźmi; wśród nich płynie wartka woda. Płynie się prędko. Jest się w bezpośrednim kontakcie z wodą, czego nie daje łódź.

Nagle szum i łoskot z daleka. Poroh -próg skalny. Flisacy nasi z największem napięciem mięśni i nerwów rzucają się do wioseł – ledwo ociosanych długich, młodych drzewek. Nogami, obutemi w podkowy z hakami, wpijają się mocno w pale tratwy. Zbliżamy się w zawrotnym pędzie. Chlup, i tratwa całym pędem pogrąża się w wodzie. Snop tęczowych kropel rozbryzguje się przed nami. Chlup znowu, cały wał wodny wali się na tratwę, polewa nas rzęsiście i, cicho burcząc, spływa po pniach drzewa.

A potem woda spokojna, niemal nieruchoma, jak jezioro. I znów porywa nas wartki prąd. Jesteśmy przemoczeni do nitki, ale z radością witamy każdy nowy poroh. Lekki dreszczyk niebezpieczeństwa, wał wody przed nami, przeciągły skowyt pni drzewnych, wspinających się jedne na drugie, i szalone skoki tratwy, podrzucające nas do góry – to jest jazda, to jest pęd, to jest rozkosz! Jesteśmy, jak pijani, śmiejemy się, krzyczymy głośno. A przed nami, jak dwa posągi, Iwan i Wasyl o napiętych mięśniach i mocnych, rozgorzałych oczach.

I znów płyniemy tonią spokojną, ledwo się mieniącą. Nagle twarze naszych flisaków poważnieją, poczynają przekrzykiwać się z ludźmi, stojącymi na brzegach. „Zahata” mówią wreszcie, zwracając się do nas. To znaczy, że w dole rzeki jedna tratwa wjechała na drugą i że już wszystkie następne z nieubłaganą koniecznością wjechać muszą na poprzednie. I rzeczywiście, po pewnym czasie, widzimy zwał porozbijanych tratw. „Bieregiś” – wołają nam jeszcze flisacy i po chwili nasza „daraba” z hukiem i trzaskiem wpada na zator. Z niewiadomo kiedy narodzoną zręcznością uskakujemy w bok i z dosyć niemądrym wyrazem oglądamy się wokoło. Sytuacja niewesoła: z jednej strony brzeg rumuński, na którym wysiąść niepodobna; od brzegu polskiego dzieli nas nieprzebyty główny prąd rzeki. Jednak, po godzinie, dzięki wytężonej pracy Iwana i Wasyla, którzy w ubraniu stali po ramiona w lodowatej wodzie, udało się nam popłynąć dalej. Woda jednak znacznie opadła. Wkrótce nadzialiśmy się na głaz podwodny, a wreszcie napotkaliśmy drugą „zahatę”, która radykalnie położyła koniec naszej dalszej podróży.

Był już wieczór i zupełnie ciemno. Dygotaliśmy, jak w febrze, przemoczeni i zziębnięci. Staliśmy na małej wysepce w środku rzeki, czekając, aż Huculi naprędce sklecą tratwę, aby nas dostawić do brzegu.

Takich to niezwykłych wrażeń doznaje ten, kto podróżuje po górskich rzekach Huculszczyzny.

Irena Krzywicka

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

1 komentarz

  • Zdzisław Mikołaj Rogalski 3 listopada 2015 at 15:39

    Wielkie dzięki za ten artykuł! Zobaczymy co jeszcze znajdę z Kosowa i woj. tarnopolskiego, stron moich dziadków.
    Z Wrocławia pozdrawia Zdzisław.

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close