Inwazya bolszewicka w Polsce

18-go sierpnia na drodze do Mińska Mazowieckiego spotkałem pierwszą wielką partyę jeńców bolszewickich, wziętych do niewoli przez dywizye wielkopolskie jen. Konarzewskiego.

Widok tego tysiącznego tłumu bosych obszarpańców wzbudził we mnie dreszcz retrospektywnego przerażenia na myśl, co stałoby się z Warszawą, gdyby ta głodna, bosa i obdarta banda wtargnęła w jej mury.

Zrozumiałem wówczas, że jedyną sprężyną, która poruszała te masy, była żądza grabieży.

Rosya, od czasu przewrotu bolszewickiego, żyła grabieżą. „Rabuj zrabowane!” – oto hasło, za którem poszły masy ludowe rosyjskie. Rozgrabiono pałace, fabryki, banki, magazyny, koleje, wreszcie mieszkania prywatne. Nie było już co grabić w t. zw. Rosyi centralnej. Wówczas Wielkorosya runęła ku południowi, na Ukrainę i Kaukaz, ku wschodowi i północy, na Syberyę, ku krajom bogatszym w zasoby naturalne, aniżeli Rosya centralna. Armia Denikina i Kołczaka zostały rozbite, a właściwie załamały się one wewnętrznie poprostu dlatego, że bolszewicy dawali większą możność rabowania swym żołnierzom, aniżeli Kołczak i Denikin. Było publiczną tajemnicą, że poszczególne pułki przechodziły od bolszewików do Denikina lub Kołczaka i odwrotnie, zależnie od tego, gdzie widziały większe szanse „pożywienia się”.

Gdy zaś uporano się z Kołczakiem i Denikinem, przyszła kolej na Polskę.

Polskę niszczyła wojna, niszczyli okupanci, ale i pod ich ciężkiem jarzmem Polska pracowała, niwy jej były obsiane, chłop orał, siał i sprzątał.

Gdy zaś Polska odzyskała niepodległość i wzięła się do pracy, stała się prawdziwym „rajem” w stosunku do Rosyi sowieckiej. Biały chleb, mięso i słonina, towary, nawet smakołyki kolonialne, magazyny zawalone towarami, wszystko to stanowiło zbyt silny magnes dla przymierającej z głodu, ziębnącej, obdartej i bosej Rosyi sowieckiej, która dusiła się w pętach narzuconego siłą „najdoskonalszego ustroju społecznego”.

Wygłodzonego potwora podrażniliśmy nieostrożnie, zagrażając odsunięciem go od żyznej Ukrainy i od Czarnego, ciepłego morza. Runął tedy na nas milionową hordą z rykiem:

– Na Arszawu!

* * * * *

W ciągu ostatnich paru tygodni zwiedziłem sporo miejscowości przyfrontowych, zastając wszędzie „gorące ślady” bolszewików. Mińsk Mazowiecki, Ciechanów, Ostrów łomżyński, Białystok – wszędzie z ust ludności polskiej słyszałem jednakowe opowieści:

– Dziw, doprawdy, że wojsko nasze cofało się przed tą hołotą. Obdarte to, bose, głodne, bez żadnych zapasów żywności własnej. Na chleb rzucali się, jak żarłoczne zwierzęta. Pożerali kartofle nie tylko w łupinach, ale nawet surowe.

W Mińsku Mazowieckim w plebanii zatrzymał się sztab jakiejś dywizyi. Oficerowie kazali sobie natychmiast upiec bułki z mąki amerykańskiej. Żarli je, łykając ogromnymi kawałami, i mówili, że białego chleba nie widzieli już od roku. Kazali sobie gotować, piec i smażyć po pięć razy dziennie, obżerali się i upijali, zwłaszcza mlekiem – do nieprzytomności. Żreć, żreć – oto było hasło, które jednoczyło najróżnorodniejsze elementy armii bolszewickiej w najeździe na Polskę.

A potem – odziać się i obuć w Warszawie.

Wśród „krasnoarmiejców” utarło się przekonanie, że w Warszawie buty kosztują 5 rubli. Mieszkańcy Białegostoku, Ostrowia i innych miast opowiadali mi, że widzieli „krasnoarmiejców” literalnie sans culottes, w jednej tylko koszuli i czapce.

– Wot woźmiom Arszawu, togda i pryodieniemsia – mówili bolszewicy i biegli ku tej wymarzonej Warszawie bosi i nadzy, głodni i obdarci, bez karabinów, z drągami i siekierami, zamiast broni.

Zapewniano ich, że Warszawa wpadnie w ich łapy bez boju, że spotkają ich tutaj z rozwartemi ramionami setki tysięcy „towarzyszów”, z muzyką i rozmaitymi czerwonymi sztandarami, że ta Warszawa nakarmi ich, napoi, odzieje i obuje, nawet przystroi ich niesmacznie i bez gustu odziane „komisarki” i „krasnoariniejki”.

Już po szczęśliwem odparciu inwazyi bolszewickiej, w Warszawie powstał dowcip, że głównym objektem strategii bolszewickiej był magazyn Hersego. W dowcipie tym niemało jest prawdy. Wszak żony komisarzów bolszewickich w Płocku, podczas kilkunastogodzinnego pobytu, gdy grzmiały strzały dokoła, dopytywały się:

– Gdzie tu magazyn Hersego? Tak pilno im było do urzeczywistnienia dawno pieszczonych marzeń.

* * * * *

Tym samym, żarzącym się łakomstwem i żądzą wzrokiem, jakim żołdak bolszewicki patrzył na rysujące się w jego wyobraźni mury, wieże i bogate magazyny Warszawy, musiały patrzeć ongi hordy Batyja na złotogłowe cerkwie Kijowa, na wieże Sandomierza i Krakowa.

Ta sama psychologia najazdu i grabieży, która pędziła ku Polsce hordy Lenina i Trockiego, popychała niegdyś ku żyznym i zagospodarowanym niwom Europy, ku jej bogatym i pracowitym miastom zastępy Tamerlana i armie tureckie, a jeszcze wcześniej dzikie plemiona barbarzyńców germańskich – ku urodzajnym dolinom Lombardyi, ku świetnej stolicy świata starożytnego – Rzymowi.

– Weźmiemy Warszawę – przechwalali się bolszewicy – a potem pójdziemy na Berlin, na Paryż, na Anglię, Amerykę… Władza sowiecka rozciągnie się na cały świat!

– Wsio razruszim, wsio razgrabim, wsiech barżujew pierereżem! – oto był okrzyk pewnych zwycięstwa hord bolszewickich, które runęły na Polskę. Polska raz jeszcze odegrała swą historyczną rolę.

Jak w w. XIV-ym najazd tatarski na Europę rozbił się o piersi rycerstwa polskiego pod Lignicą i fala najazdu cofnęła się aż do Kijowa, jak później, w w. XVII-ym, niepowstrzymane i zawsze zwycięskie wojska tureckie otrzymały ciosy stanowcze z polskiej ręki na polach Podola i pod murami Wiednia, tak w sierpniu 1920 roku inwazya hord niszczycielskich, gnanych żądzą mordu, rabunku i grabieży, rozbiła się o piersi polskie na polach Radzymina, Mińska, Modlina. Szara wstęga Wisły okazała się murem nieprzebytym, o który rozbił się najazd bolszewicki, zagrażający zniszczeniem nie tylko bytu i niepodległości Polski, ale i zagładą całej kultury chrześcijańskiej w Europie. Boje o Wisłę, bitwy pod Warszawą zapisane będą w dziejach ludzkości.

Antoni Sadzewicz.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close