„Litwa”

I.

Z tą samą chwilą, kiedy bohaterskie, podziw i uwielbienie budzące wojska nasze zajęły Wilno – stanęła przed Rzeczpospolitą polską trudna, złożona, wielowymierna sprawa Litwy.

W samem tem słowie: Litwa tkwi kilka pojęć, a nawet sprzeczności. Za czasów dawnej Rzeczypospolitej, przed rozbiorami, wyraz: Litwa oznaczał północną część Wielkiego Księstwa Litewskiego (po wyłączeniu z W. Księstwa południowej części, t.j. Ukrainy). Obok tego pojęcia państwowo-geograficznego żyło i działało pojęcie polityczne, kulturalne i obyczajowe, zamknięte w tym samym wyrazie: Litwa, a nie oznaczające nic innego, tylko sumę szlachty polskiej, mieszkającej na tych obszarach W. Księstwa Litewskiego. Co nie było szlachtą, to oczywiście w obrachunek polityczno-narodowy nie wchodziło, jak nie wchodziły podobne elementy w taki sam obrachunek we Francyi, Niemczech czy Szwecyi. Innej zaś szlachty, poza polską, tutaj nie było. Były wspomnienia o pochodzeniu żmudzkiem lub białoruskiem, jak bywały w rodach małopolskich tradycye kujawskie, dobrzyńskie czy podlaskie. Jak tu, tak i tam nie wpływały oczywiście na poczucie narodowe szlachcica. Tu i tam było ono jedno i to samo: polskie. W wolnym zresztą, ruchliwym i familianckim bycie Rzeczypospolitej przenosiły się żywioły dzielnicowe z krańca na kraniec. Nie był unikatem Bracławszczanin, który się przyżenił do wsi podkrakowskiej i naodwrót. Aż do upadku epoki feudalnej, t. j. do roku 1791-go, oba państwa, składające się na unię realną Rzeczypospolitej, utworzone tedy były z dwóch części, z których każda narodowo była polską.

Konstytucya 3-go maja za zgodą obu feudalnych polskich narodów przekreśliła zasadę unii realnej, utworzyła jeden rząd i jedno państwo. Powoływać się na ten akt byłoby dziś bawieniem się w palestranctwo polityczne, bo historycznie nie mieliśmy czasu wysnuć wniosków praktycznych z uchwały majowej. Natomiast godzi się zwrócić uwagę, że Konstytucya Sejmu czteroletniego, znosząc zasadę feudalizmu, dopuszczając do pojęcia narodu stan trzeci, nie miała żadnych obaw o skłócenie jednolitości narodu polskiego na owej „Litwie”. Stan trzeci, mieszczaństwo na tej Litwie było doskonale polskie, jak idealnie polski był też liczny, liczniejszy, niż nam się zdaje, i dziś, element drobnoszlachecki, zaściankowy, włościańsko-herbowy, jakby można określić. Rozszerzały się ramy obywatelskie Polski – narodowość polska w b. W. Księstwie nic na tem nie traciła. Przeciwnie: wzmagała się. Tak samo, jak w Polsce. Całą pełnię i siłę tego zjawiska pokazał początek wieku XIX-go. Aczkolwiek te właśnie ziemie nie uzyskały bytu państwowego, którym bądź co bądź cieszyło się Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to jednak „Litwa” owa z Wilnem na czele, nie Warszawa i nie Kraków, nadała ton duchowy życiu polskiemu w niewoli. Tu zajaśniała nauka polska w uniwersytecie wileńskim, stąd się rozchodziło światło, tu się poczęła wielka poezya polska i ta ideologia polityczna wieszczów, którą cały naród przyjął za swoją, którą żył niewzruszenie do roku 1863-go, a której nie poderwał doszczętnie nawet krytycyzm polityczny ostatnich lat pięćdziesięciu. Takiej dyktatury nad duszą Polski nie mogliby stworzyć Polacy, czujący się oazą narodową na przestrzeniach obczyzny. Oni wszyscy: czy to Śniadeccy czy Lelewel, Mickiewicz czy Zan, lub Towiański, czuli się tak samo Polską, jak Polską czuł się Kołłątaj w Krakowie, Lubecki w Warszawie. Naokół nich, w miastach i na wsiach, we dworach i w chałupach, żyła Polska. I Mickiewicz tęskniący, by księgi jego zawędrowały pod strzechy, myślał przedewszystkiem o strzechach nowogródzkich, oszmiańskich, lidzkich, święciańskich czy słonimskich.

Przemiana in minus, in minus z polskiego punktu widzenia rozpoczęła się dopiero po roku 1831-ym.

II.

Po roku 1831-ym zamknięto wszelkie szkoły polskie, wytępiono patryotów czynnych, wyłowiono idealistów, t. j. tę część sił narodowych, bez której niemasz praktycznych wyników we wszelakim rozwoju społecznym, nadewszystko zaś zniszczono państwowość Królestwa, w imię której krzewiła się polskość na owej Litwie. Polskość zamarzła i skostniała. Nie znikła, ale zatraciła ruch.

Równocześnie z tem zjawiskiem, a zgodnie z naturą rzeczy, rodzących się w połowie XIX-go wieku, do głosu narodowego doszły te warstwy, które przedtem były tylko masą etniczną: lud wiejski. Polityka rosyjska chwyciła odrazu w swoje tryby ten kiełkujący ruch – i zdołała go zwrócić przeciwko Polakom.

Czy jednak ten ruch istnieje? Czy demokratyzm europejski dotarł tutaj i czy zdołał stworzyć sobie wyraz widomy? Pytania o tyle słuszne, że bardzo poważni znawcy stosunków mówią nader lekceważąco o świadomości obywatelskiej włościaństwa tamtejszego. Jeżeli tak jest, jeżeli ruchu demokratycznego nie stworzył wiek XIX, to nie sposób przypuścić, by nie stworzyła w przyszłości epoka nasza, lata może najbliższe. Przyjdzie czas, że dzisiejszy może ciemny chłop z pod Kowna, Grodna, Mińska zapragnie być obywatelem. Jakie będzie jego oblicze narodowe?

Tu się rozpoczyna cała gmatwanina geograficzna i polityczna równocześnie.

Podlasie litewskie, a więc Białostoczyzna, ziemia bielska i sokólska, a powiedzmy i ziemie brzesko-litewskie mogą uchodzić za dalszy ciąg Kongresówki. Przestrzeń Grodzieńszczyzny mniej więcej po Słonim jest w znacznej części polska. Wileńszczyzna niemal cała co najmniej w takim samym stopniu – polska; język, a jeżeli nie wszędzie język, to obyczaj i skłonność – polskie. Obok zaścianka polskiego, wieś białoruska katolicka, szczerze katolicka, w kościele polska, w zrozumieniu swojem, w zrozumieniu, na jakie ją stać – polska. Mińszczyzna a tembardziej Mohylowszczyzna – to już kraj przeważnie prawosławia białoruskiego, z minimalną świadomością białości,a z przewagą ruskości, która nie zna odporu przeciwko rosyjskości, a przynajmniej nie znała do czasów ostatnich.

Obok tych dwu czynników trzeci, oś spornego zagadnienia: Litwini etnograficzni, skupieni przeważnie w Kowieńszczyźnie, najmniej liczni, a szczęśliwi tem, że od nich, najnieliczniejszych, cały kraj bierze zwyczajową nazwę.

Lud to ma być podobno dobry, łagodny, zgodny; gdy przestaje być ludem, gdy staje się inteligencyą, staje się równocześnie namiętnym, zapalczywym, krańcowym, swarliwym. Jak widzimy, dość zajmujący fenomen socyologiczny. Lud może jeszcze nie uświadomiony politycznie, za to inteligencya przeświadomiona, jeśli się można tak wyrazić. Nie zna ambicyi kulturalnych, społecznych, oświatowych, wytwórczych, wszystkie siły skierowane do walki z przeciwnikami. Za przeciwników uważają tylko Polskę. Nie czują nienawiści do Niemców, którzy ich wynarodowili w Prusiech Wschodnich, nie czują nienawiści do Rosyan, znają tylko wroga w Polakach, t. j. w tym jedynym narodzie który przez długie lata żywił romantyczny dla Litwinów sentyment, w czyjej mowie opisana jest piękność ich ziemi, czyja ideologia stworzyła w balladach, opowieściach i badaniach naukowych podstawę do dzisiejszej odrębności narodowej Litwinów. W zetknięciu z każdem innem plemieniem Litwa etnograficzna kurczy się, bo nie tylko Prusacy, ale i Białorusini wchłaniają w siebie i wynaradawiają Litwina; jedni Polacy zachowywali ich wartość, dekorowali litewskość w girlandy poezyi. I tych właśnie Polaków nienawidzi Litwin, skoro tylko stanie na jakim takim szczeblu cywilizacyjnym.

Mówią nam niektórzy ze znawców, że cała nienawiść jest wywołana przez Rosyę; tak samo wywoływano ją wśród Białorusinów-katolików, a nie zaszczepiła się; w takiej przynajmniej mierze. Mówią nam, że nienawiść to pozornie tylko narodowa – a w gruncie rzeczy – socyalna. Zazdrość małego rolnika do wielkiego. Może. Dlaczego jednak znowu te same przyczyny nie wywołują aż takich skutków na terenie Białorusi katolickiej? Trzeba bodaj zejść z analizy li tylko racyonalistycznej, należy bodaj przypuścić, że istnieje jakaś chemia narodów. Są narody, które się łączą z sobą, i są narody, które tylko można mechanicznie z sobą mieszać. Na związek chemiczny Litwina z Polakiem niema co liczyć.

Tak więc wiek dwudziesty i powstające dzieje Rzeczypospolitej zastają na „Litwie” obraz następującej gotowości demokratycznej: część kraju ciążąca ku Polsce, część dziś jeszcze nie wiadoma: ze skłonnością albo rosyjską, albo polską, część wreszcie zdecydowanie litewska. Granice poszczególnych ciążeń nie są wykreślone konkretnie, mają dotkliwe zazębienia terytoryalne, stan posiadania często wzajemnie wyspowy.

Nie tu jednak największa trudność rozwikłania sprawy. Trudności jest kilka. Rozpatrzymy je kolejno.

III.

Spór między Litwą a Polską litewską, sporu owego część najważniejsza – to Wilno. Po upadku Rosyi, po klęsce Niemiec, Litwini myślący jako tako politycznie rozumieją, że Litwa etnograficzna powinna wejść w jakąś unię z Polską. Polska akceptuje propozycyę Litwinów. Wówczas politycy litewscy stawiają jako punkt wyjścia dyskusyi: Wilno musi być stolicą Litwy etnograficznej! Iluż was jest w Wilnie? – pytają Polacy. – Dwa procent – odpowiadają Litwini. A na ziemiach, otaczających Wilno? Na to odpowiedź daje choćby statystyka okupacyjna niemiecka z roku 1916-go, tendencyjnie nieprzychylna Polakom.

Wilno miasto 74.000 Polaków, 2.600 Litwinów
Ziemia Wileńska 68.000 Polaków, 2.700 Litwinów
Ziemia Szyrwincka 45.000 Polaków, 13.500 Litwinów
Ziemia Święciańska 56.000 Polaków, 25.000 Litwinów
Ziemia Raduńska 45.000 Polaków, 4.060 Litwinów
Ziemia Wasiliska 21.000 Polaków, 300 Litwinów

Razem Wilno z ziemiami okólnemi 309.000 Polaków, 48.160 Litwinów.

Gdy się skierujemy na wschód, elementu litewskiego nie znajdziemy wcale, gdy się skierujemy na zachód, znajdziemy Litwę etnograficzną, której litewskości nie kwestyonujemy i którą, jako materyał do odrębnej państwowości – respektujemy, o którą sporu niema.

Ale Wilno? Jakiem prawem ma należeć do Litwy etnograficznej? Litwini przytaczają na to w odpowiedzi historyczne dane z przed XIV-go stulecia, a gdy te nie wystarczają, mówią, iż Wilno może kiedyś mieć większość litewską, gdy stanie się stolicą Litwy. Niewątpliwie. Ale dlaczegóż są tak skromni? Dlaczegóż nie zażądają Warszawy? Prawem działania metropolitalnego i Warszawa kiedyś też-by się mogła zlitwinizować, gdyby była od jutra stolicą Litwy.

Argumenty litewskie nie mają za sobą żadnej mocy realnej, sprzeczne są z ideą sprawiedliwości, a jednak Litwini upierają się przy swojem. W niedomówieniach grożą nawet, że jeśliby Polska nie oddała Wilna Żmudzi, to inteligencya litewska poniecha koncepcyę unii z Polską, a zawrze unię z Niemcami, oskrzydli Rzeczpospolitą od północy. Czy Litwini mogą to zrobić, nie bacząc na doświadczenia litewskie w Prusiech Wschodnich? Znawcy stosunków zapewniają, że inteligencya litewska „na złość” Polakom gotowa dać swój naród nawet na zaprzepaszczenie. Siła nienawiści bywa czasem silniejsza od instynktu samozachowawczego.

Oto jest trudność „zachodnia”, etnograficzno-litewska, spór o Wilno, a zapewne i o całą połać polską byłego W. Księstwa. Obie strony milcząco zgadzają się na unię – idzie tylko o to, czy tę unię ma zawierać Warszawa + Wilno z Kownem (teza polska), czy też Kowno + Wilno z Warszawą (teza litewska). Pozatem staje trudność inna, wschodnia, mińsko-mohylowska, prawosławna. Za kim zechce się opowiedzieć nastrój polityczny ludu tych ziem? Za Polską? za tworem państwowym, odpowiadającym byłemu W. Księstwu? Czy też wprost za Rosyą? W tym fragmencie zagadnienia operować możemy tylko przypuszczeniem, domysłem, bo ziemie te pozostają dotychczas pod władzą bolszewików. Nie mamy ścisłych wiadomości, czy bolszewicy zdołali przyciągnąć ku sobie masy włościaństwa obietnicami agrarnemi, czy też odwrotnie zniechęcić je nienasyconym systemem rekwizycyi. Mamy już jednak pewne wskazówki z uwolnionych gmin nowogrodzkich. Wskazówki wysoce pocieszające. Najazd bolszewicki wzburzył całość włościaństwa, tak katolickiego, jak i prawosławnego. Teror, rabunki, gwałty, bezprawie dochodziły do takich potworności, że pod wpływem rozpaczy, pod wpływem męczeństwa chłop białoruski zaczął szukać spójni z „panom”, z „ksiendzom”, z polskością wogóle. Przesączające się wiadomości o Polsce, o ładzie społecznym, o względnej obfitości zboża i mąki, przedstawiły tym tłumom ludzi, karmiących się korą, sieczką, plewami i wrzosem – przedstawiły rzeczpospolitą polską, jako eden dobrobytu i spokoju. Bez agitacyi, bo o tej mowy być nie mogło, w masach ludu powstało żywiołowe pragnienie: chcemy do Polski. Zadaniem państwa naszego będzie wyzyskać ten nastrój, a przedewszystkiem nie zawieść zaufania, zrozumieć, że kraj ten jest zbiorem ludzi cudownie ocalonych z jakiegoś kataklizmu, i dostosować się po chrześcijańsku a z całą przezornością polityczną do psychologii ozdrowieńca.

Na nastrojach chwili nie można budować gmachów, pozbawionych fundamentu. Nastrój w polityce jest bowiem podobny do lotnego piasku w dziedzinie budownictwa. Jeśli nawet cała Białoruś prawosławna aż po granice 1772 roku pozostaje pod wpływem takiego samego nastroju, jak mieszana ludność katolicko-prawosławna w Nowogródzkiem, to nikt nam zapewnić nie może, czy afekt polonofilski przetrzyma próbę czasu, czy sympatye rosyjskie nie wrócą wówczas, kiedy eks-carat po dżumie bolszewickiej zacznie porządkować się i nabierać siły atrakcyjnej. Więc oto przed polityką polską staje zadanie poważne, obliczone na dłuższą metę, zadanie cywilizacyjne, zadanie szczerze demokratyczne, łączące rygor z pojęciami etycznemi, a zasady ducha nowych haseł z interesami państwa polskiego.

IV.

Wiemy dobrze i niema powodu otaczać tego niedomówieniem, że na gruncie sejmowym stanęła sprzeczność między znaczną większością naszego parlamentu a tym punktem widzenia, który doprowadził do znanego orędzia Naczelnika Państwa po jego tryumfalnem wkroczeniu do odzyskanego Wilna. Orędzie Naczelnika Państwa zapowiada obywatelom „byłego W. Księstwa Litewskiego”, iż oni sami postanowią o swym losie, sami zadecydują, czy im dogodniej będzie przyjąć stan rzeczy z przed Jagiełły i z przed Unii Horodelskiej; stanąć na zasadach Unii Lubelskiej, jako państwo, związane z Polską węzłem unii realnej, czy też wreszcie przyjąć zasadę Konstytucyi majowej: wspólnoty państwowej bezwzględnej. Orędzie Naczelnego Wodza pragnie zapewne poddać plebiscytowi, czy quasi-plebiscytowi cały obszar ziem od Brześcia po Dyneburg, od Kłajpedy po Mohylów – jeśli i nie poza Dniepr (o ile staniemy na podstawie a. d. 1772). Sejm stawia sprawę inaczej: ziemie polskie, rozpostarte na terenie byłego W. Księstwa Litewskiego, a więc Grodzieńszczyzna niemal cała, przeważna część Wileńszczyzny i południowo-zachodnie powiaty Mińszczyzny, postawą swoją moralną dostatecznie zaświadczyły, że spełniają warunek § 13-go zasad Wilsona, że są one niespornie polskie, co najmniej w takim stopniu, jak obwody Grudziądza lub Torunia w b. zaborze pruskim: powinny tedy natychmiast wejść w skład Rzeczypospolitej polskiej. Plebiscyt, proponowany przez orędzie Naczelnika Państwa, może tedy tyczyć się Litwy etnograficznej i Białorusi prawosławnej, tej, która przed wojną ciążyła ku Rosyi.

Oto mamy dwie przeciwstawiające się koncepcye na gruncie stołecznym. Dla rozeznania się w całokształcie zagadnienia nie mniej ważne będzie może uświadomić sobie, co o tej samej sprawie sądzą Polacy, zamieszkali w Wilnie i na „Litwie” wogóle, jak oni sobie wyobrażają los kraju, którego są synami i których on jest ojcowizną. Opinia polska nie jest niestety, jednomyślna. Mamy tutaj kilka rozbieżnych punktów widzenia.

Rozpocznijmy od opinii t. zw. krajowców. Są to jednostki, które nie podzielają co prawda oryginalności politycznej kilku rodów, proklamujących swoją np. białoruskość, po kilku wiekach polskości w sobie odnalezioną; nie! krajowcy nie wyrzekają się kultury polskiej, ale równocześnie żal-by im było rozstać się z ideą osobnego państwa, osobnego rządu, specyalnych odrębności krajowych. Z kogo się składa partya, czy ugrupowanie t. zw. krajowców? Przedewszystkiem spotykamy tutaj pewien odłam możnego ziemiaństwa, następnie wręcz im społecznie przeciwne stronnictwo t. zw. demokracyi, na którą się składa pewna część inteligencyi miejskiej, lewica inteligencyi. Jedno i drugie ugrupowanie opowiada się za orędziem Naczelnego Wodza. Jakie są ich motywy? Zdaniem naszem motywy to nie tyle polityczne, ile uczuciowe. Polacy litewscy cenili sobie zawsze wysoko separatyzm Pogoni. Tak Horeszkowie pozostali dzisiaj na ziemi, jak i przeniesieni na bruk miejski Soplicowie byli i są wierni pewnej niechęci do Korony; żywią coś w rodzaju bojaźni przed rzutkim Mazurem; mają liczne przeciwko niemu zastrzeżenia, nie mają w estymie jego charakteru, ale czują, że Mazur wziąłby może górę nad Litwinem. Tak Genewczyk i Lozańczyk boją się Lugduńczyka, a tembardziej Paryżanina.

Jeśli więc zesumujemy te dane: nieufność, tradycyę krajową, sentyment litewski i zachowawczość instynktu, szanującą to, co było – to uzyskamy podłoże psychologiczne, na którem i u „żubrów” i u „demokratów” powstaje koncepcya „krajowości”. Z tego podłoża wyrasta dopiero argumentacya polityczna. Latyfundyalni Horeszkowie pragnęliby swojego rządu w Wilnie, swojego w Wilnie sejmu, swoich wpływów, swego znaczenia, ochrony swoich interesów (ostatnie acz nie najmniej ważne). Ostatnie i nieostatnie, gdyby je przenieść na grunt warszawski, nie miałyby takiej ochrony, zagwarantowania; rozpłynąćby się musiały w ogólno-polskim zespole interesów, a centnar pszenicy oszmiańskiej nie zawsze ma wspólny punkt widzenia z centnarem pszenicy kaliskiej; ten sam stosunek rzeczy i w sprawach idealniejszych. Przeciwnicy „żubrów” pomawiają ich nadto o obawę przed reformą agrarną. „Ci ludzie z litewska chytrzy – mówi opowieść antagonistów – radzi widzą żołnierza polskiego, który majątki polskie chroni przed bolszewikiem, ale radziby byli kordonem osobnego państwa odstrychnąć się od nowinek warszawskich, od Witosa i Thuguta, od maksym sejmowych i maksimów sejmowych (300 morgów)”.

Inne znowu są motywy zmieszczanionych Sopliców. Ci, jak i cały polski radykalizm, wyrośli z nienawiści do Rosyi, ale przez jakieś fatum nauczyli się od Rosyi pryncypialności. Ich rzeczywistością jest teorya. Dla teoryi „samostanowienia narodów” domagają się plebiscytu. Gdyby nawet nie mieli innych powodów politycznych, domagaliby go się, bo tego wymaga Przenajświętsza Zasada. Sprawiedliwość każe przyznać, że mają określone powody inne, praktyczne i szczerze polskie. „Chcemy aktu wyznania całej ludności byłego W. Księstwa – mówią najwydatniejsi ich przedstawiciele – albowiem jesteśmy przekonani, że ludność wszystkich ziem, nie wyłączając Litwinów i Białorusinów prawosławnych, opowie się za Polską. Boimy się bezplebiscytowego przyłączenia polskich połaci kraju do Rzeczypospolitej, bo przewidujemy w tym fakcie kamień obrazy tak Litwinów, jak i Białorusinów; jedni i drudzy z rozżalenia do Polski mogą się opowiedzieć przeciwko Warszawie. Pragniemy też dopuścić do dyskusyi z Litwinami na temat, czyjem ma być Wilno: Rzeczypospolitej polskiej, czy Rzeczypospolitej litewsko – polsko – białoruskiej; jesteśmy wreszcie gotowi do ustępstw, nawet w sprawie Wilna, jeśli za cenę tego ustępstwa uzyskamy: 1) unię realną jednej rzeczypospolitej z drugą, 2) brzeg litewski Bałtyku na mocy tej unii obu rzeczypospolitym przynależny, 3) ochronę polskiego stanu posiadania na wszystkich ziemiach aż do granic 1772 roku, t. j. jeśli i te ziemie wejdą w skład nowego tworu państwowego”.

V.

Żywioły, których opinię dotychczas wyłuszczaliśmy, nie wyczerpują ani całości ludności polskiej, osiadłej na Litwie, ani też myśli polskiej, wypracowanej w warunkach bytu polsko-litewskiego, czy polsko-białoruskiego. Obok demokracyi radykalnej spotykamy po miastach liczniejszą może grupę inteligencyi zachowawczej, a jeśli i nie zachowawczej, to jednak w sprawach losu Polaków na Litwie wyznającej zupełnie inne przekonania. Obok jednostek „krajowców” wieś tutejszą reprezentuje mnoga liczba ziemiaństwa, akceptująca stanowisko Sejmu; mamy wreszcie polski łańcuch zaścianków, przejętych nastrojem zjednoczenia się z Warszawą, wreszcie lud katolicki wiejski i miejski.

Inteligencya miejska i ziemiaństwo, wyznające zasadę unifikacyi z Polską, zna racye i argumenty krajowców, nie lekceważy ich; odpowiada tylko na nie:

– Plebiscyt nie jest potrzebny na ziemiach naszych, bo wynik jego z góry jest przesądzony. Litwini opowiedzą się za swojem państwem i postawią warunek przyznania im Wilna. Polacy Wilna oddać im nie mogą – i o Wilno rozbije się wszelka próba kompromisu. Nie wierzymy na dłuższą metę w zgodne współżycie Litwinów i prawosławia wschodniego z Polakami. Przewidujemy możliwość wolty litewskiej, mściwego przyłączenia się do Niemiec przeciw Polakom, nie lekceważymy utraty morza, jako konsekwencyi ich polityki, ale znając Litwinów, boimy się oddania im Wilna za cenę unii, bo gdybyśmy wraz z nimi i prawosławiem białoruskiem tworzyli państwo, związane z Polską tylko unią realną, moglibyśmy być narażeni na stałą majoryzacyę spółki politycznej: Litwa i Białoruś. Spółka ta co chwila mogłaby poświęcać interes polsko-litewski dla sympatyczniejszego im interesu bądź litewsko-niemieckiego, bądź białorusko-rosyjskiego. Statut unii byłby teoryą, a polityka chwili – rzeczywistością. Umiemy sobie cenić posiadanie wschodnich ziem b. W. Księstwa, ale w elemencie prawosławnym przewidujemy możliwość stałej irredenty, która zdolna będzie zrównoważyć in minus zyski zabezpieczenia polskości w Mińszczyźnie i Mohylowszczyźnie. Wobec tego pragnęlibyśmy odbyć przedewszystkiem akt wcielenia tego, co polskie w byłem Księstwie Litewskiem, do Rzeczypospolitej, wysłać posłów na Sejm do Warszawy i potem już jako jedność z Mazowszem, Mało – i Wielkopolską traktować o unię: 1) z Litwą etnograficzną, 2) z Białorusią wschodnią; nie bez żalu patrzylibyśmy na wynik ujemny tej pertraktacyi, ale wolelibyśmy nawet taki wynik, niż utworzenie drugiej Rzeczypospolitej, do tyla wielonarodowej, że spory językowe, nacyonalne, separatywny mogłyby stanowić całą treść życia jej państwowego i dawać sąsiadom ciągłą sposobność do klinowego systemu wbijania się w życie nasze wewnętrzne. Inaczej przedstawi się związek Polski, sięgającej od Tatr po Wilno, albo i po Dyneburg, z dwoma autonomicznemi, a choćby i pół-suwerennemi państwami: Litwą i Białorusią; melancholijnie inaczej wyglądać będzie unia Rzeczypospolitej, sięgającej tylko do Terespola, z obszarem znacznie rozleglejszym, a na którym polskość podporządkowywać się musi dominancie litewsko-białoruskiej.

Oto są wywody ugrupowań, zbliżonych ideowo do programu partyi ludowo-narodowej w Sejmie. Cóż można wreszcie powiedzieć o żywiole „z pod strzech”, o owych zaściankach, pra-pra-wnukach Maćka nad Maćkami? wreszcie o ludzie, o włościaństwie polskiem i katolicko-białoruskiem? Sejm i rząd nasz otrzymuje co jakiś czas deklaracye gmin z rozmaitych części kraju, podpisane przez wójtów, tak katolików, jak nawet i prawosławnych – deklaracye, żądające jak najśpieszniejszego przyłączenia do naszego państwa i jak najrychlejszych wyborów. Akcya ta nie jest sztuczną robotą polityczną. Można być pewnym, iż powstaje samorzutnie i ze szczerej intencyi. Lud nie wyznaje się w prawno-państwowych odcieniach plebiscytu, unii realnej, personalnej; lud chce należeć do Polski. Żywi panikę, że jeżeli nie przyłączą go do Polski, to może na nowo wpaść na łono Rosyi, na nowo cierpieć prześladowanie katolicyzmu. Trzeba znać siłę, potęgę wiary, przywiązania do Kościoła u tego ludu, aby zrozumieć, jaka trwoga przenika go na myśl, że Polska nie ochroni go przed popem i uriadnikiem. Nie obchodzą go, bo to przenosi jego pole świadomości, kombinacye szersze, kwestya morza, kompromisu z Litwinami etc. – chce tylko sercem do serca przylgnąć do macierzy polsko-katolickiej, chce mieć wieczyste upewnienie, że wolno mu się będzie modlić po polsku; chce wreszcie, by Matka Ostrobramska z Matką Jasnogórską jednych i tych samych miały synów, niczem nie podzielonych, zrosłych w jedno. Oto jest komórka polskości, z której wyrośnie cały przyszły organizm świadomości narodowej.

Gdy już mowa o Horeszkach i Soplicach, o Maćkach nad Maćkami wreszcie, gdy się snują arcytypy „Litwina-Mickiewicza”, godzi się choć słowem zapytać o potomstwo Jankiela. Czego ono chce? Ono jedno jest pewne: chce Rosyi na Litwie, a im bardziej Rosyi Trockiego – tem chętniej… Prawnuki Jankiela strzelają dziś skrytobójczo do skautów polskich, a synowie Meira Ezofowicza telefonują do okopów bolszewickich o stanie armii polskiej w Wilnie…

Jan z Marnowa.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close