Pejzaż, człowiek, obyczaj
Między Prutem i Czeremoszem

(Z wycieczki prasowej na Huculszczyznę)

Jak owi turyści amerykańscy, przebiegający w szalonem tempie wspaniałe sale Luwru, dumni z „obejrzenia” tylu dzieł sztuki w rekordowym czasie, nie mogący później w olśnionych mózgach odnaleźć ani jednego trwałego wspomnienia z chaosu kształtów i barw, tak dziennikarze obładowani potężnym bagażem wrażeń z trzech dni błyskawicznego pobytu na Huculszczyźnie, szukają całkujących określeń i charakterystyk, mając przed oczami wir piękności tamtejszego człowieka, pejzażu, obyczaju. Oczywiście napróżno. Dopiero kiedy się cały wysiłek wspomnienia skieruje na wyszukanie dominanty, przewodniego tonu rzeczy widzianych i słyszanych, wtedy dopiero układa się ów rozkoszny chaos wzdłuż pewnej linji.

Hucuł grający na trombicie

Hucuł grający na trombicie

Jest nią bezsprzecznie uderzająca jedność pejzażu, człowieka i obyczaju nad Prutem i Czeremoszem.

Nie trzeba się tu zresztą powoływać na truizmy; takie góry i takie wody musiały sobie stworzyć odpowiedniego człowieka. Ich barwy złożyły się na jego kolorowy obraz, ich artyzm uformował jego duszę, natchnioną prymitywem sztuki. W tym zakątku, skazanym od pradawna na samodzielne rozwiązywanie zagadek bytu, walki o istnienie, pozbawionym pola zbożowego, a obdarowanym połoninami i niezmierzonemi lasami, wyrósł specyficzny człowiek, tak jak jego najbliższy druh, koń huculski, w równym stopniu przystosowany do twardych, lokalnych warunków życia.

Powtórzmy więc tę błyskawiczną podróż, pamiętając o naszej dominancie, pamiętając również o tem, że celem opowieści jest uświadomienie tych wszystkich, dla których słowo Huculszczyzna jest pustym dźwiękiem, a którzy nie zdają sobie sprawy jak blisko nich znajduje się kraj, obdarzający niezapomnianemi wzruszeniami i przeżyciami. Przyjacielem Huculszczyzny zostanie na zawsze każdy, nietylko ten, co zapisze się do Towarzystwa, ale ten co pierwszego dnia pobytu znajdzie się między Prutem a Czeremoszem, wśród dosłownie uśmiechniętych gór Czarnohory czy Gorganów.

Tajemnice pejzażu

W tym najbardziej na południe wysuniętym zakątku Rzeczypospolitej zawarła się w układzie, w uformowaniu terenu, tajemnica pejzażu, sekret leżący jak na dłoni. Jest nim ze wszystkich stron dostępne piękno. Stało się bowiem tak, iż rozkład gór i dolin, otwartych i zamkniętych przestrzeni, stopniowania barw, świateł i cieni, jest dzięki swej harmonijnej łagodności, proporcjom, dziełem autentycznej sztuki.

W czasie podróży, w pierwszym etapie jazdy koleją, doznaje się namacalnie tego stopniowania, narastania i opadania, jeżeli tak się wyrazić można, barometru piękna pejzażu. Niema w nim nic z hipnotycznej grozy Tatr, a jest uduchowienie, docierające do najmniej nawet wrażliwych dusz. Jeden element operujący samodzielnie swemi czarami, to góry i lasy – pierwszy pas efektów Huculszczyzny, drugi – to kraj połonin, wiejący zielenią ponad pasmem leśnej czerni. Od tej gry czarno-ziolonej przechodzi oko w otwierającą się znienacka perspektywę doliny i dominującej w niej rzeki. I tu dokonywa się syntetyczny proces: odsłania się Huculszczyzna, jej łagodnie-dzikie piękno, tajemnica prześwietlonego słońcem pejzażu.

Jest może tajemnica poza wszelkim opisem, poza nawet, najlepszą kliszą fotograficzną. Tyle jest jej warjantów i urozmaiceń. Inny ton nadaje swoim partjom kraju świerk, inny – kosodrzewina, inny znów – limba. Jeżeli oko znużyło się prądom Białego Ceremoszu, niech spojrzy w spokój jeziora Szybenę. Jeśli dość ma gęstwy jodły, świerka i jawora, niech przeniesie się na buchające kwiatami łąki, carynki, gdzie hula złocień i storczyk i buszuje błękit gencjany.

Od tych mikroskopijnych światków roślin do szerokich zakresów pejzażu miotać się będzie laicka dusza, przeniesiona w te strony. Kiedy się nasyci tajemnicą współbrzmienia gór, rzek i roślinności, a zapragnie uzupełnień, niech śmiało patrzy w stronę dzieł rąk ludzkich, chat i cerkiewek, czy nawet zwykłego naczyńka z drzewa, obrobionego wprawną ręką.

Nie rozbije się melodja. Jedność wszystkich zjawisk w tym kraju jest zdumiewająca. Dysonans zdarza się rzadko i to tylko tam, gdzie dotarło miasto i Europa. Nie odbiega od piękna pejzażu, budynku i narzędzia, człowiek tutejszy, godny jaknajuważniejszej obserwacji, przyjaźni i opieki.

Urok człowieka

To prawda, jest on ubogi, bardzo nawet ubogi. Nigdy myśliwy czy pasterz górski nie był bogaczem. Ale nie przeszkadza mu to ubóstwo w kultywowaniu piękna w codziennych formach życia, w stroju czy naczyniu użytkowem, czy wreszcie w świecie abstrakcyj, przepięknych legend i wierzeń.

Lasy współdziałały podwójnie w urabianiu duszy Hucuła. Z lasu szła praca, t. zw. „butyn”, z mroku leśnego szły legendy o niaukach, dziewczynach leśnych i dykunie, leśnym człowieku. Sam materjał-drzewo, w takiej obfitości i różnorakości gatunków, aż się prosił o przetwarzanie w przedmioty, zdobne w fantastyczne desenie.

Tak więc urabiał duszę Hucuła z jednej strony las, z drugiej przestrzenie ponad lasami, połoniny i ich przestrzenie, samotność pasterska połączona z odległościami wędrówek od miejsca pracy do chaty. Pieśni, melodje huculskie – te najwyższe formy wytworów duszy są odpowiednikami swoistego typu życia, tak jak huculski strój.

Wiele radości daje spoglądanie na barwnego człowieka, w którym każdy szczegół odzienia, pomyślany bez zarzutu od strony wartości użytkowej, jest równocześnie małem dziełem sztuki. Taka np. torba wójta z Żabiego, Petra Szekieryka, z którym pomówimy jeszcze w tej wędrówce, lub kapelusz o barwach, związanych z gminą.

I znów patrząc na Hucuła szuka się dominanty, barwy decydującej: jest nią czerwień. Czerwone, odświętne spodnie, czerwone wyszywania na białej koszuli, kożuszek „keptar” znowu o czerwonych motywach skórzanych.

Ta sama czerwień dominuje w stroju Hucułki, dzięki czerwonym zapaskom, krajkom i pończochom sukiennym.

Urok człowieka Huculszczyzny powiększa się, kiedy po powierzchownych obserwacjach dochodzi do rozmowy, do próby odsłonięcia wnętrza. W rozmowie – można się porozumieć z Hucułem, znajomość polszczyzny jest tu dość spora – nie uda się rzecz prosta odcyfrować zmiejsca charakteru czy obyczaju człowieka, ale znów dotrzeć można do pewnej dominanty. To są ludzie z fantazją, z przyrodzonym darem narracyjnym, z trafnemi, arcybarwnemi powiedzeniami, z inicjatywą i przedsiębiorczością, wyhodowaną przez góry.

Podczas święta Huculszczyzny zwrócił uwagę p. ministra Butkiewicza jeden z zawadjackich tancerzy, tańczący w t. zw. arkanie. Jak się okazało był to przeszło 70-letni starzec. Jego wiek podeszły w niczem nie wpłynął na fantazję i sylwetkę taneczną. W tym starcu widziało się uosobienie, niezmienne właściwości duchowe Hucuła, jego drapieżny urok i żywotność.

Rozmowa z wójtem Szekierykiem

Nową drogą, zbudowaną w roku ubiegłym między Worochtą a Żabiem, jedzie się z satysfakcją nie mniejszą, niż po najpiękniejszych drogach Podhala. Żabie, największa wieś w Polsce, wystarczyć może jako objekt zainteresowań nie na parogodzinną wycieczkę prasową, ale na wiele dni i tygodni badań. Wójt Żabiego, Petro Szekieryk Donykiw, jest wspaniałym typem Hucuła. Rozmowa z nim jest satysfakcją. Człowiek ten kocha i zna swój kraj, choć wiele lat spędził w różnych stronach Europy. Szekieryk jest typem Hucuła, który o własnych siłach, energją i wolą, dźwignął się na wyższy poziom życia. Perypetje życia działacza społecznego, posła, żołnierza i emigranta, opowiedziane przez Szekieryka, miały w sobie jeden refren: „a w wolnych chwilach zbierałem materjały etnograficzne”.

Wójt Szekieryk zapisywał w ciągu wielu lat i zapisuje wciąż jeszcze opowieści, pieśni i legendy huculskie. Wypytuje starców, szuka najbardziej różnorodnych warjantów opowieści. A zna ich napamięć ogromną liczbę.

Pytamy wójta Szekieryka o najprostszą ale i najpiękniejszą według niego opowieść, jaką zanotował w czasie swych poszukiwań.

„Na pagórku Glewka, na wiosnę, na świętego Jurija, zbierali się opryszki na powitanie po okresie zimowym. Każdy z nich musiał znać hasło wydawane na jesieni. Pradziadek mój widział tam kiedyś Dobosza. Stał na łące i słyszy, że coś ładnie gra. Wyszedł nagle z lasu jakiś piękny człowiek i grał na liściu. Dziadek otworzył usta ze zdziwienia, a ten człowiek uderzył go palcem w czoło i rzekł: to ja, Dobosz, jak ptaszek w trawie zaszeleści to mnie serce bije, lepiej jest gospodarować niż zbójnikować. Dobosz był taki człowiek. Kiedyś ukradł mu przyjaciel Semeniuk dwa garnki z dukatami. Kiedy Dobosz go schwytał powiada Semeniuk, że za te dukaty zbudował cerkiew. Wówczas Dobosz oddał mu wszystko i rzekł: a czemu ty mi nie powiedział, że chcesz cerkiew budować, dałbym ci ja sam więcej jeszcze”.

Szekieryk oddalający się wrastał w pejzaż każdym szczegółem swego stroju, toporkiem i torbą i słowami opowieści, ucichającemi w szmerze Czeremoszu.

Kolorowe święto i codzienność gospodarcza

Miało się więc sposobność „pośpiesznego” poznania człowieka i obyczaju na kolorowem święcie Huculszczyzny.

Na dzielnych konikach jechało wesele z Żabiego, przygrywały muzyki huculskie, wił się arkan i dudniła ziemia pod tańczącymi „zbójnickiego”. Na wystawach i wprost na ulicach Worochty wabiły ku sobie wyroby arlystów-Hucułów łyżniki i dzbanki, toporki, talerze i wszelkie drobiazgi codziennego użytku, na których położyło swe piętno niezaspokojone pragnienie przetwarzania wszystkiego dokoła siebie w sztukę.

Teatr huculski oczarował słuchaczy temperamentem i bezpośredniością gry Hucułów-amatorów sceny.

Ten natłok kolorów i dźwięków nie przesłonił potrzeb gospodarczych i kulturalno-oświatowych Huculszczyzny, konieczności inwestycyj, bez których niema mowy o uprzystępnieniu tego przepięknego zakątka Rzeczypospolitej dla szerokiej akcji turystycznej.

Wojewoda stanisławowski, p. Zygmunt Jagodziński nie ukrywał tych trudności i potrzeb. Nazwał je po imieniu. Sprawa wykupu połonin z obcych rąk, sprawa pomocy w naturze, rozbudowy szkolnictwa i prac drogowych na większą skalę – oto najpilniejsze potrzeby Huculszczyzny.

2.000 godzin słonecznych w roku to argument, który w połączeniu z dobrą komunikacją, da Huculszczyźnie turystę i letnika, czyli pieniądz potrzebny dla podratowania biedujących i głodnych.

Adam Galis

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close