„Naród” amerykański

„Zgoła wszystko przeciwnie” wydało się panu Kazimierzowi Pułaskiemu w Ameryce, gdy tam przybył w r. 1777-ym.

Wiele minęło od tego czasu lat, a każdy Polak, bodaj także każdy Europejczyk, przybywający po raz pierwszy na drugą półkulę, ma wrażenie podobne.

„Obyczaje tutejsze nie mogą się zgadzać z moim humorem” – pisał w niespełna rok potem ostatni szlachcic polski, ostatni konfederat barski, do siostry w liście z dnia 24 lutego 1778 roku, datowanym z Trentonu.

I tu zachodzi już różnica pomiędzy nami a Pułaskim.

Jeżeli bowiem „obyczaje” amerykańskie nie zgadzają się z „naszym humorem” w pierwszych chwilach pobytu na nowym lądzie, to nie trzeba dużo czasu na to, aby się przekonać, że, chociaż odmienne, mają one swój sens.

Budowa życia amerykańskiego jest inna od budowy życia europejskiego. Inna, bo na innych to życie wytwarzało się podstawach, a chociaż kolonizatorami Ameryki byli Europejczycy, to jednak kolonizacyi tej nie dokonała wyłącznie rasa anglosaska, ale przy dużym a w drugiej polowie wieku XIX-go już ogromnym dopływie wszystkich nacyi. W tym wielkim tyglu, jakim są dzisiaj Stany Zjednoczone, dorównywające obszarem swoim całemu niemal lądowi Europy, spotkały się z sobą narody Zachodu i Wschodu europejskiego.

Kolejno przybywali tam i osiadali Holendrzy, Francuzi, Irlandczycy, Duńczycy, Niemcy, Włosi, Grecy, Węgrzy, Litwini, Łotysze, Rumuni, Polacy, Czesi, Kroaci, Rusini, Rosyanie, Słowacy, Słoweńcy, wreszcie potężną falą w ostatnich dziesięcioleciach napływać poczęli Żydzi.

Każdy z tych narodów przynosił z sobą coś z własnego swojego zwyczaju i obyczaju, przynosił zaś przedewszystkiem to, co jest najtrwalsze, co utrzymuje się najdłużej, jako rys fizyognomii narodowej, co często nawet pod pokostem zupełnego zamerykanizowania daje się odszukać i dostrzec, jako cecha niezniszczalna, świadcząca o pochodzeniu, o tej dalekiej, własnej ojczyźnie, o której niejeden przestał już wiedzieć, do której wielu przestało tęsknić, a która przecież jeszcze świadczy o swojem istnieniu choćby w postaci „potrawy narodowej”, zjawiającej się na stole w imię tradycyi w dzień święta rodzinnego.

Ta pstrokacizna rasowa musiała nadać Ameryce specyalne w porównaniu z Europą cechy, musiała stworzyć obyczaj, oparty na tem, że każdy czynił, co mu kazał jego „duch narodowy”, a całość „sama się złożyła”.

Całość – powiedzmy odrazu – dzisiaj już jednolita o tyle, że wszyscy „Amerykanie”, bez względu na swoje pochodzenie narodowe, na swoich dziadów czy ojców, posiadają mnóstwo cech wspólnych, które wyróżniają ich zdecydowanie od Europejczyków, a upodobniają pomiędzy sobą.

Dokonała tego siła asymilująca kultury anglo-saskiej, która stopniowo podporządkowała sobie wszystkie inne kultury, jako słabsze na gruncie amerykańskim.

Trzeba jednak zauważyć, że słabość tych kultur innych była zarazem ich siłą, przychodźcy bowiem amerykańscy wszystkich narodowości należeli niemal wyłącznie do mas ludowych, te zaś masy są zawsze najkonserwatywniejsze, najtrudniejsze do obyczajowego zasymilowania.

Miała więc kultura anglosaska, asymilująca lud innych krajów, zadanie do wykonania trudne.

Musiała poprostu zrezygnować z prób asymilowania przychodźców w pierwszem pokoleniu, odkładając całą pracę do pokoleń następnych, już na ziemi amerykańskiej urodzonych.

Tu wielkim warsztatem asymilacyjnym była przedewszystkiem szkoła ludowa, szkoła powszechna, w której uczyły się dzieci wszystkich narodów nie tylko mówić, czytać i pisać po angielsku, ale przedewszystkiem kochać Amerykę, jako swoją ojczyznę.

Dzieci te, różne sobie pochodzeniem, śpiewając chórem hymn narodowy amerykański, czuły, że istnieje pomiędzy niemi jedna wspólność, coś, co je łączy w jedną całość.

Na dalszych i wyższych stopniach życia społecznego i obywatelskiego asymilacyi współdziałała w niemałym także stopniu konstytucya Stanów.

Powietrze wolności, którem oddycha Ameryka, miało swój podbijający urok dla wszystkich Europejczyków, a zwłaszcza dla przedstawicieli narodów uciśnionych. Poddawały się one mimowoli amerykanizacyi, bez żadnego zgoła nacisku na to czy to ze strony czynników państwowych czy społecznych.

Zachowując swoją narodowość, swój język, nawet miłość dla swojej ojczyzny i pamięć o niej, immigracya poczuwała się jednocześnie do wdzięczności dla Ameryki, przyjmowała z dumą obywatelstwo amerykańskie, dające jej „pozycyę” w świecie międzynarodowym, poszanowanie i prawa szersze, niż te, jakie mieli, będąc „poddanymi” swoich czy cudzych monarchów w starym kraju.

W ten sposób wytworzył się w Ameryce nieznany gdzieindziej na świecie typ obywatela o dwóch prawowitych i prawdziwych ojczyznach.

I am Americaner – jestem Amerykaninem – mówi o sobie każdy obywatel Stanów, co mu nie przeszkadza jednocześnie do żywienia w duszy głębokiego nieraz uczucia dla ojczyzny swoich przodków i do służenia jej sprawom.

Ta podwójność obywatelstwa nie budziła dotychczas żadnego niepokoju.

Amerykanina rzeczywistego, który miał tylko jedną ojczyznę, bynajmniej nie drażniło to, że Niemiec amerykański uważał się za Niemca, Irlandczyk za Irlandczyka, Polak za Polaka. Nie dziwiło dlatego, że na zewnątrz różnic wybitnych pomiędzy nim a jego współobywatelami nie było.

Amerykański szablon, panujący w ubiorze, w mieszkaniu, w całem życiu, urobił, jak już mówiliśmy, wszystkich według jednego wzoru i przetworzył w masę, w której zatarły się powierzchowne odrębności narodowe. Przy języku wspólnym i obyczaju wspólnym w społeczeństwie, zajętem pracą i pościgiem za pieniądzem, nie było czasu na to, aby sięgać komuś w głąb duszy i wydobywać stamtąd starannie pielęgnowane albo drzemiące uczucia.

Dopiero wybuch wojny europejskiej postawił tę sprawę na porządku dziennym w Stanach i postawił ją odrazu tak ostro, ze sformułowała się ona w zagadnienie wielkiej wagi i doniosłości. Powstało mianowicie pytanie, czy Amerykanie są wogóle narodem?

Pytania zgoła nowe dla Ameryki, która nie znała u siebie ruchu nacyonalistycznego, roznamiętniającego Europę w ostatniem ćwierćwieczu, i która zaledwie w chwili, kiedy rozstrzygała o swojej zbrojnej interwencyi, spostrzegła, że Niemcy amerykańscy używają wszystkich swoich wpływów, ażeby do tej interwencyi nie dopuścić, że Irlandczycy, jako wrogowie Anglii, zajmują również stanowisko przeciwne wojnie, natomiast Polacy, jako wrogowie Niemców, całą siłą popierają wojnę, wstępując do armii chętnie i z zapałem.

Ta niejednolitość opinii w „narodzie”, wychodząca daleko poza ramy partyjnych różnic w zapatrywaniach, istniejących pomiędzy rządzącem stronnictwem demokratycznem a zwalczającem je stronnictwem republikańskiem, nie mogła nie obudzić czujności zmysłu narodowego wśród tych, którzy się do „narodowości” amerykańskiej bez żadnych zastrzeżeń poczuwali i którzy, jako natives, mieli za sobą jedną już tylko amerykańską tradycyę.

– Więc jakto? – zapytywano – nie wszyscy jednakowo rozumiemy interes i obowiązek naszej wspólnej ojczyzny? Nie wszyscy czujemy się Amerykanami?

Bieg wypadków odpowiadał na to twierdząco: tak, nie wszyscy.

Niemcy podnosili głowę coraz wyżej, robili coraz więcej hałasu. Irlandczycy nie taili swoich uczuć nienawistnych dla Wielkiej Brytanii. Jedni Polacy zachowywali się lojalnie, ale i oni nie ukrywali, że idą walczyć pod chorągwią amerykańską za wolność Polski, za wolność swojej ziemi ojczystej.

Wojna nie pozwalała jednak na bliższe rozważanie tego zagadnienia.

Prowadził ją nie naród amerykański, ale państwo amerykańskie i państwo, któremu każdy obywatel winien był posłuch, przezwyciężyło wszelkie przeszkody.

Dzisiaj jednak, po zwycięstwie, sprawa „narodu amerykańskiego” wraca na porządek dzienny. Amerykanin, który nie lubi rozważań teoretycznych, a rozstrzyga rzeczy praktycznie, rad jest sądzić, że przyszłość zdecyduje sprawę na rzecz „jednolitości narodowej”, ale na wszelki wypadek zaczyna już mówić coraz głośniej o potrzebie „amerykanizowana” przychodźtwa. Europejczyka, który wie, że metody walki z narodowością doprowadzają do wręcz przeciwnych wyników, nie przekonywa to jednak. Rozumuje on w sposób odmienny i odpowiedzi szuka gdzieindziej. Interesuje go przedewszystkiem stosunek Amerykanina do ziemi. Stosunek ten w Europie oparty jest na głębokiem i bezinteresownem uczuciu. Każdy Europejczyk kocha swoją ojczyznę, kocha ziemię, jako substrat swojej narodowości. My, Polacy, kochamy ją fanatycznie. Kocha ją nie tylko chłop-rolnik i ziemianin, ale kocha ją również robotnik i mieszczanin. Nie chcę twierdzić, żeby Amerykanie ziemi swojej nie kochali, ale – niewątpliwie – kochają ją inaczej, naprzód dlatego, że nie jest ona dla nich, tak jak w Europie, podłożem narodowości, potem, że mniej w nią wsiąkło potu i krwi przodków, wreszcie, że duch merkantylny całego społeczeństwa patrzy na nią, jako na warsztat wytwórczy, bez tego sentymentu, jaki ma rolnik dla swego zagona ojczystego na starym lądzie.

W ogromnej większości wypadków fermer amerykański w pierwszem dopiero pokoleniu siedzi na swojej ziemi. Nie wrósł więc w nią jeszcze, nie wkorzenił się tak, jak rolnik europejski. Stąd rzuca ją łatwiej. Opuszczenie „zagrody ojczystej” nie jest dla niego tragedyą, a częste w ostatnich czasach porzucanie ferm i przenoszenie się do miast, gdzie robią się większe businessy, świadczy wymownie, że nie ziemia, jak u nas, rozstrzyga w Ameryce o poczuciu narodowem.

Istotnie, bliższe przyjrzenie się życiu amerykańskiemu poucza, że wchodzą tam w grę inne czynniki, które jednak uprawniają do optymistycznych na przyszłość „narodu” amerykańskiego poglądów.

Miłość ziemi zastępuje tam miłość wolności, a wyobrazicielka tej wolności, flaga gwiaździsta, jest ową res sanctissima, przed którą każdy Amerykanin z szacunkiem głowę pochyli.

Społeczeństwo zaś, choćby najbardziej różnolite pod względem rasowym, jeżeli umie jedno czcić i jedno kochać, jest narodem i nie potrzebuje obawiać się odśrodkowego ruchu składowych swoich czynników, które, nie wyrzekając się swoich przywiązań, potrafią podporządkować się jednej idei dzisiaj państwowej, jutro może już narodowej.

O tem powinniśmy wiedzieć.

Z. Dębicki.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close