Po powrocie z Krzemieńca

„Kędy wóz twój, bracie, wbiegnie na szerokie, czarne drogi,
tam przed tobą Wołyń legnie i zapomnisz kraj ubogi”.

1

Wóz nasz był już nie bryką z „Pieśni o ziemi naszej”, ale wygodnem autem i nie na czarne wbiegł drogi, ale na doskonałą białą szosę, wiodącą z Łucka przez Dubno do Krzemieńca.

Zato po obu stronach rozciągały się ziemie w istocie czarne, tłuste, świecące zdaleka blaskiem, nieznanym naszej mazowieckiej szorstkim piaskiem okrytej równinie.

Kościół Jezuitów pw. śś. Ignacego Loyoli i Stanisława Kostki oraz Liceum Krzemienieckie, w tle Góra Bony z ruinami zamku; źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe (domena publiczna)

Na ziemiach tych, gdzie niegdzie powleczonych już zieloną mgłą oziminy, nie widać prawie drzew. Natomiast wszędzie pełno tyczek od chmielu. Sterczą gęsto koło każdej chałupy, kreskują cały horyzont, a ich ubogie sylwety, mimo że są świadectwem żyzności, nadają krajobrazowi wygląd nostalgiczny i jakby z czegoś odarty. Chmiel już dawno zebrano i właśnie odwożą go do browarów, na kolej, w świat. Na odcinku szosy między Dubnem a dworcem kolejowym możemy się posuwać tylko bardzo powoli z powodu wielkiei ilości wozów z chmielem. W ospałym klekocie tych wozów przewala się dokoła wonne bogactwo ziemi wołyńskiej. Od olbrzymich, długich, mocno aż do gładkości wypchanych worków, piętrzących się po samo prawie niebo, wieje czemś dawnem, odwiecznem, niemal że prasłowiańskiem. W nozdrzach czuję wspomnienie znanego jeszcze z dzieciństwa wyskokowego aromatu szyszek chmielowych, w duszy dźwięczy coś nakształt barbarzyńskiej pieśni na cześć piwa, najstarszego napoju polskich stron.

Minąwszy sferę chmielu, wjeżdżamy między blade szuwary Ikwy, w dziedzinę stawów i błot, które tu świecą niby słaby odblask dalekiego Polesia.

Gdy i to zostanie za nami, naokoło rozpostrzą się znowu ciemne i tłuste pola, jeszcze nie faliste, ale już dźwigające się nieznacznie pod górę.

Nigdzie nie wyczuwa się tutaj pustki, ani odłogu. Ludność siedzi wszędzie gęsto, a jednakże nie ciasno – owszem szeroko i wygodnie. Od szosy aż po horyzont wciąż widać wsie, albo pojedyńcze gospodarstwa zacienione kreseczkami chmielników.

Mijamy las. Okryty już tylko luźno kruchym i złotym liściem stoi pod zachmurzonem niebem, pełny blasku i żaru, bijący z pałającej swej głębi zapachem jakgdyby mocnej herbaty. Z pod auta zrywają się krocie opadłych liści i, przejmująco westchnąwszy, układają się z powrotem na drodze, pożeranej przez las. W coraz to większym pędzie auta rozwierają się przed nami i zamykają za nami smugi krwawiących jarzębin, obrastających drogę – a niebo na wysokościach zwolna się wypogadza. Na którymś zakręcie spotkaliśmy wnet słońce, które popołudniowym blaskiem ciemnożółtym, jak miód, zalało drogę, drzewa i pola.

Jednocześnie przed nami na widnokręgu zawichrzyły się niewyraźnie wzgórza pomieszane ze stłoczonemi chmurami. Niebawem chmury te znikły, a wzgórza ujawniły się naszym oczom w całej swojej olśniewającej krasie. Pustka skalistych szczytów gorzała w słońcu, zbocza zaiskrzyły się od złocistości i czerwieni porastających je lasów, jak biblijny krzew ognisty, wnęki, zatoki dolin okrywał puszysty lazur.

Wprędce czarowny ten gobelin, rozpięty na szafirowych niebiosach, zbliżył się, wyolbrzymiał, rozstąpił się, poroztwierał swe tajemnicze wnętrza. Wjechaliśmy w parów, gdzie „między gór szczytem”, malowniczy Krzemieniec „wieżami wytryska z doliny wąskim nieba nakrytej błękitem”.

2

Wyniosłości, które otaczają Krzemieniec, nie są właściwie górami, ale krawędzią wznoszącej się nad Wołyniem płyty podolskiej, krawędzią, którą działanie wód rozerwało w czarownie piękny parów.

Na dnie tego parowu spoczywa miasto, które wygląda jak rozrzucona bezładnie teka Noakowskiego.

Dna parowu było ma się rozumieć zamało, uliczki, domki, zaułki rozbiegły się szeroko i wspięły się wysoko na okoliczne zbocza. Ci, którzy znają kresy, mówią, że pięknych miasteczek jest na Litwie. Wołyniu i Podolu dużo, i że naprzykład Kamieniec Podolski jest daleko od Krzemieńca piękniejszy. Bardzo być może, – dla mnie jednak zobaczenie Krzemieńca było prawdziwą rewelacją.

Już samo przetrwanie tego miasta w tak nieskażonej malowniczości śród czasów, które wszystko strychują – to rzecz godna podziwu i uciechy. Pomyślmy tylko. Po wielkich stolicach świata cuda techniki nowoczesnej, ostatnie krzyki urbanizmu, olbrzymie gmachy żelazo-betonowe walą się ludziom na łeb, zanim zostały wykończone. Zaś tutaj całe miasto sklecone przez domorosłych traczy, murarzy i cieślów, miasto najprzeważniej drewniane, urągające wszelkim prawom higjeny i ogniotrwałości, trwa od wieków niby groteskowo – sentymentalny wyraz jakiejś prawdy może zapoznanej, może zadeptanej, a może jeszcze nieodkrytej – trwa dochowane w całości nieomal że bez szczerby. Prawda, jest szczerba i nadzwyczaj bolesna. Przed kilku laty jeszcze za poprzedniego kierownictwa Liceum zburzono dom, w którym urodził się Słowacki.

Ale i tak cały Krzemieniec wygląda jak romantyczny poemat Słowackiego, albo jak bezprzykładnie piękna teatralna dekoracja do „Złotej Czaszki”.

Wszystkie żydowskie i rzemieślnicze domki, wszystkie zajazdy z olbrzymią bramą na przestrzał, wszystkie dworki szlacheckie, omotane bujnemi ogrodami, wszystkie najlichsze rudery, wszystkie słupki i balaski i kolumienki, wszystkie ganeczki, zjeżone dachy i galeryjki, wyglądają tu tak, jakgdyby były modelami na wystawę niewysłowionych uroków prowincionalnej architektury. Całe miasto jest w stylu tego późnego Stanisławowskiego baroku, który przywykliśmy nazywać stylem polskim. Dachy z gontu albo z karbowanej dachówki: ściany domów bielą tutaj przeważnie z dodaniem do wapna lazuru, ów zaś jasnolazurowy kolor nadaje domostwu wygląd czegoś niezupełnie rzeczywistego. czegoś, jakby istniejącego nie na konkretnym świecie, lecz we śnie, lub w balladzie.

Z pomiędzy takich domów, z pośrodku miasta dźwiga się niby Monsalvat, rozległe, wzniosłe, śnieżnobiałe Liceum krzemienieckie. Ta potężna, samowystarczalna instytucja zawiaduje rozległemi dobrami i utrzymuje z nich gimnazjum koedukacyjne, seminarjum nauczycielskie z wzorową szkołą powszechną, przedszkole, dwa internaty, trzyletnią szkołę rolniczą i szkołę stolarską, a w projekcie ma założenie jeszcze całego szeregu innych kształcących instytucyj.

Wokrąg żarzą się stoki wzgórz, okrytych szkarłatem i pozłotą jesieni, a dróżkami, co się staczają z głębi lasów ku miastu, wionie struga powiędłych liści. Mkną przez ulicę i niby złote pocałunki dotykają w przelocie potężnych skarpów licealnego muru.

Zaś nad gmachami Liceum i ponad miastem i ponad okolicą piętrzy się naga i surowa, ledwo zazieleniona od wątłej trawy góra królowej Bony, zaczepiona szczerbami starych murów o blady błękit nieba, o chmury i o mgły.

3

Zazwyczaj, kiedy zachwyceni krajobrazem i wizerunkiem pamiątek przeszłości zwrócimy się do aktualnych spraw ludzkich, zaczynają nas jątrzyć wątpliwości, zniecierpliwienia i żale. Wynika to, być może, z surowych wymagań, jakie przykładamy do wszystkich naszych zbiorowych, czy indywidualnych poczynań, z wspólnego pojęcia, jakie mamy o zadaniach człowieka na ziemi, i z ułomności naszej, która tym zadaniom nie może sprostać.

Zdawałoby się, że te wątpliwości powinny mocno wzrosnąć, kiedy się znajdziemy na terenie Wołynia. Treść życia społecznego i państwowego w tych okolicach wypełnia bowiem sprawa współbytowania dwu narodowości: ukraińskiej i polskiej, która to sprawa w niektórych momentach swego rozwoju wyglądała prawie tragicznie. Tymczasem, o dziwo, wątpliwości właśnie się tutaj rozpraszają. Życie na tych soczystych ciepłych niwach potoczyło się dzisiaj w taki sposób, że w najbardziej wyschniętem sercu może zakiełkować nanowo wiara w dojście człowieka do człowieka.

To też zagadnienia kresowe, które były do niedawna jedną bolącą raną – mamy do zawdzięczenia głównie, jak to zresztą powszechnie wiadomo, społecznej stronie tych spraw. Na dramacie społecznym załamaliśmy się tutaj tak samo, jak łamaliśmy się na nich zawsze i w środku Polski. Dla tych tragicznych procesów nie mieliśmy nigdy należytego zrozumienia. Polski szlachcic nie był w stanie wybiegać myślą poza swą sferę, ani przy swoim naiwnym optymizmie uwierzyć, że może być komu źle, jeśli jemu jest dobrze. Najszlachetniejsi z dawnych ziemian uważali się w najlepszym razie nie za właścicieli
swoich majątków, ale za szafarzy dóbr nieswoich, złożonych w ich ręce przez siły wyższe z obowiązkiem zaopatrywania potrzebujących. Szafowali w istocie owemi dostatkami bardzo szczodrze, nie żałując nikomu kęsa chleba, i wierzyli, że ta prostoduszna metafizyka jest wystarczająca, że się według niej wszystko dobrze ułoży.

Nie okazała się wystarczająca. Wszystko ułożyło się źle. Stosunki społeczne na wschodzie Polski stały się źródłem wielu tragedyj dziejowych, a nawet w czasach spokojnych były tem niepewnem zdradliwem miejscem życia, na którem zawsze można było zaszczepić wszelkie rozkładowe działania. Były szczerbą i skazą, przez którą wylewał się zawsze odmęt jątrzących wybryków obustronnego nacjonalizmu, i przez którą wsączał się jad obcych z zewnątrz poduszczeń.

Z takim to kapitałem przeszłości przystępuje się dziś do ułożenia stosunków polskich i ukraińskich na Wołyniu w normalny tok współżycia.

Rozgraniczyć nasze kraje w taki sposób, żeby po jednej stronie byli sami Polacy, a po drugiej – sami Ukraińcy, przecież wiemy, że niepodobna. Byłoby to tak jak z przecięciem dziecka na sądzie Salomona. Dwa nasze narody zbyt mocno zachodzą na siebie. Jesteśmy na to skazani, że w Polsce będą znaczne obszary z większością ukraińską, a w samym środku, w samem sercu przyszłej wolnej Ukrainy będą, jak w Płoskirowskiem np. ogromne wyspy polskie.

Wobec tego trzeba odrzucić balast prawych i lewych doktryn i starać się, żeby nam wszystkim było lepiej w tym stanie rzeczy, jaki się oto wytworzył. A lepiej żyć, to znaczy żyć tak, żeby nie na papierze, ale w życiu uszanowana była godność, wolność, narodowość i równość każdego obywatela wobec wszystkich.

Na szczęście kierownictwo tych spraw od strony państwa polskiego spoczęło dziś w rękach ludzi, którzy są prawdziwymi dziedzicami Czackich, Małachowskich, Potockich i Kołłątajów. Rządzenie pojmują oni jako straż wolności każdego obywatela, jako pobudzenie do twórczego życia wszystkich czynników, składających się na społeczeństwo Wołynia, jako rozstrzyganie konkretnych zagadnień bytu, a nie jako przymierzanie do życia tych czy też owych teoryj.

Ma się rozumieć długo jeszcze będziemy pożywali cierpkie owoce naszych i cudzych błędów, zanim nabiorą one słodyczy sławnych wołyńskich czereśni. Najsprawiedliwsze zarządzenia władz niewiele pomogą, póki nie przełamią się i nie nakłonią do siebie wzajemnie dusze i serca ludzi. Musi tutaj przyjść potęga większa niż ogólnikowa sprawiedliwość, musi przyjść Miłość i Dobroć.

„Todos los justos – por un bueno” – mówi hiszpańskie przysłowie, a to znaczy: – „Wszystkich sprawiedliwych – za jednego dobrego”. Kiedy serce tego „jednego dobrego” narodzi się w piersiach każdego z polskich, ukraińskich, czy żydowskich mieszkańców jasnego Wołynia, wtedy walka z szatanem będzie na tej ziemi wygrana.

Nie będzie to na rękę żadnemu nacjonalizmowi, ani polskiemu, ani ukraińskiemu, ale będzie służyć rzeczy ważniejszej niż nacjonalizm, ważniejszej nawet niźli państwo i naród, chociaż siłę narodu i państwa najlepiej ubezpieczającej – będzie służyć szczęściu i pomyślności żyjącego i pracującego na tych ziemiach człowieka.

4

Takie oto myśli wzbudził we mnie pobyt w Krzemieńcu. A zwłaszcza jedno wypogodzone popołudnie, kiedy na jasnozłotym dziedzińcu licealnym rozłożyła się polska i ukraińska młodzież wiejska, przybyła na konkurs Związku Młodzieży z produktami własnej hodowli i uprawy.

Purpurowy ołtarzyk spływał wtedy szkarłatem kobierca ku stosom olbrzymiej seledynowej kapusty i potężnych cielistych ziemniaków, mowa polska i ukraińska splatała się ze sobą i razem wesoło dźwięczały nad triumfami wspólnej pracy, a cerkiewny chór z Rudki z przepysznym djakiem jako basem w swoim zespole otrzymywał pierwszą nagrodę za ukraińską pieśń w polskich murach licealnej sali kolumnowej.

Takie oto myśli wzbudził we mnie jeszcze też pewien wieczór, wieczór 28-go października, kiedy Liceum obchodziło imieniny Tadeusza Czackiego. Bo tam się obchodzi imieniny Czackiego, jakgdyby on był ciągle żywym człowiekiem.

Całe miasteczko spoczywało w metalicznem ostrem świetle księżyca. Widać było jaskrawo wszystkie naiwne attyki, wszystkie chimeryczne załamania się dachów. Góra Bony stała się lekka, przezroczysta, jakby dęta ze szkła. Liceum gorzało śród srebra i lazurów nocy wszystkiemi swojemi oknami niby stos. Na dole po błękitnych uliczkach roiła się młodzież licealna z muzyką, z pochodniami, z mnóstwem kolorowych latarek.

To poetyczne niezwykłe widowisko, przeniknięte nieumyślną teatralnością, podziałało na mnie jak wielkie dzieło sztuki. Wznieciło gwałtowną wiarę w to, co jest najpiękniejsze, najwięcej upragnione – w niemożliwe.

Marja Dąbrowska

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close