„Poszukuję jakiejkolwiek pracy…”

Kto pragnie poznać życie danego miasta, niech przejrzy ostatnie strony miejscowych dzienników. Tu bowiem rysuje się nieuszminkowane oblicze nędzy, wykrzywione w grymas rozpaczy.

Przed redakcjami pism tłoczą się grupy rozgorączkowanych ludzi. Oczy biegną na kolumnę ogłoszeń, chciwie ślizgają się po zadrukowanych płachtach gazety.

Niestety, rubryka „Posady” albo „Zaofiarowane” tak rzadko przynosi radosną wieść. I jak też rzadko trafia się dobra oferta: poszukiwana korespondentka-stenotypistka ze znajomością języków obcych. Albo: poszukiwany buchalter. Te posady płatne są nieźle, dają pole do właściwych uzdolnień, no i stanowią maksimum w dzisiejszych poszukiwaniach zarobku. Ale wyjątkowo prawie ukazuje się podobna oferta. Jeszcze trudniej ogłoszoną posadę otrzymać. Na każdą czeka dziesiątki reflektantów, u drzwi biurowych wydeptują się i krzyżują ścieżki wielu ludzi. Z sercem skurczonem w paroksyzmie nadziei idzie się po ogłoszoną posadę. Już zajęte – oznacza runięcie ze szczytu nadziei wdół, na dno.

Lecz trzeba znowu stanąć do walki. Ręce sięgają po gazetę, oczy mkną na ostatnią kolumnę ogłoszeń. Może to „potrzebna siła biurowa, pisząca na maszynie o skromnych wymaganiach”… Nowoczesna rzeczowa oferta. Człowieka tu niema, ani mężczyzna, ani kobieta – poprostu „siła biurowa”. Jakoś bezosobowo – jak siła pociągowa 75 HP. Ileż może zrobić zmechanizowana ludzka „siła biurowa”? O, wymagania są „skromne”! 70 zł. miesięcznie.

Bezrobotny – pracownik fizyczny, czy inteligent gotów ponieść każdą ofiarę, aby tylko otrzymać pracę. W związku z tem daje się zauważyć specyficzny objaw naszych czasów, który prowadzi do kolizji z przyjętemi zasadami etyki. Oto rozwielmożnia się wszelkiego rodzaju, że tak powiemy, suterynerstwo posadowe. Czytamy więc: „Kawaler zwinny (!) do lat 20 otrzyma pracę fizyczną stałą za wypożyczeniem 2.000 zł.”. Albo: „Pani pożyczająca 5.000 zł. znajdzie zatrudnienie”.

Zaofiarowane, zaofiarowane… Tłoczą się tłumy akwizytorów, inkasentów, przedstawicieli „dochodowej branży” albo: „pierwszorzędnego luksusowego towaru…”. Wielka firma włókiennicza poszukuje przedstawicieli na prowincji dla sprzedaży tkanin i konfekcyj osobom prywatnym”. Takie ogłoszenie czyta się dość często na łamach dzienników. A oto bardziej poetyczne: „Poszukiwane panie wymowne, dobrej prezencji dla propagandy artykułu żywnościowego. Oferty z podaniem dotychczasowej działalności sub. „Triumf”. Niewiadomo do czego ów „Triumf” odnieść – czy do pań z „dobrą prezencją”, czy do ich „dotychczasowej działalności”, czy też do przypuszczalnych zysków z ofiarowanej pracy? Ale nawet ten potrójny „triumf” nie zdoła ożywić interesu. „Wymowne panie” zasłaniają niebawem jacyś „energiczni panowie” – koniecznie młodzi, koniecznie dzielni, z odwagą patrzący w przyszłość, no i oczywiście sprzedający za gotówkę czy też „ratalnie”.

Spadamy niżej, wciąż niżej… Zostały już tylko „panienki do roboty na drutach”, służąca „naprawdę uczciwa”, „natychmiast wolna posada woźnego”, „korepetytor poszukiwany do chłopca”, „czeladnik odpowiedni” i inne, wszystko prawie na najniższym poziomie zarobkowania.

Gdy zagasły ostatnie oczekiwania, wydeptały się już wszystkie możliwe ścieżki – po biurach czy wśród znajomych – osowiałe ręce podają do administracji dziennika ogłoszenie: poszukuję pracy. Między słowami przebłyskuje lekki promyk nadziei: a nuż, ktoś odpowie… „Przyjmę jakąkolwiek posadę biurową, nauczycielki domowej lub wychowawczyni”… „Handlowiec zdolny, po wojsku, pracował samodzielnie w spółdzielniach, przyjmie posadę jakąkolwiek”… „Zredukowana urzędniczka przyjmie jakąkolwiek pracę”… I t. d. W ogłoszeniach tych przebija najczęściej rezygnacja ze wszystkich dotychczasowych aspiracyj, byle to jedno – jakakolwiek praca. Petenci, nieraz ludzie o wyższych kwalifikacjach i istotnych uzdolnieniach, wyrzekają się swoich powołań, porzucają przez długie lata pielęgnowane zamiłowania i nadzieje – byle pracować, jak się da, i wyżyć jakoś.

Pobieżne nawet przejrzenie ogłoszeń, a ileż wymowy! Ze szpalt rozpostartej płachty, z petitu, sypiącego się gorzkim popiołem – idzie głos niedoli: „Student prawa poszukuje jakiejkolwiek pracy”, „4 zł. „monatlich” nauka jęz. niemieckiego”, „Maturzystka, znająca dobrze szycie”… I t. d. i t. d.

Student, imający się jakiejkolwiek pracy… Maturzystka, godząca się do szycia… Więc poto było chylić się nad Cezarem, polatać wraz z Platonem hen poza granicami świata? Życie uderzyło w łeb grudą twardej okrutnej ziemi. Tyle z nauki: Sokratesem się nie zostało, a gorzką cykutę trzeba wypić…

Grzegorz Timofiejew

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close