PRUSY WSCHODNIE

MAZURY, WARMJA, POWIŚLE

Niema może dramatyczniejszego pierwiastka w dziejach naszych, jak walka osiadłych nad Bałtykiem plemion lechicko-słowiańskich z wypierającą ich stamtąd siłą germańską.

Początki jej sięgają bardzo odległych czasów a trwała ona, z mniejszem lub większem natężeniem, niemal przez cały ciąg naszej historji.

W czasach zamierzchłych osnuły się dookoła tych walk legendy. Mówią one o lechickich królach i bohaterach, o twórcach potęgi morskiej. Podania te nie doszły do naszej świadomości w swojej pierwotnej formie. Zawiele było nad Bałtykiem klęsk i niepokojów, aby lud, nękany i tępiony bezlitośnie, mógł tradycję poetycką zachować i utrwalić. Uczynili to inni a mianowicie jego zwycięzcy i gnębiciele. Znajdujemy bowiem opowieści o bohaterach słowiańskich w sadze skandynawskiej.

Mówi nam ona o jakimś lechickim królu Strumyku, twórcy potężnej floty, o dzielnej królowej Wiszni, co na czele rycernych dziewek odparła najazd Duńczyków na brzegi Bałtyku, o giermkach jej, z których jeden zwał się Wnęk a drugi Wdał.

Czy postacie te istniały kiedykolwiek, czy też je wyczarowała jedynie wyobraźnia plemion słowiańskich w swojej tęsknocie do bezkresnych przestworów morza? Trudno dać na to odpowiedź. To jedno jest pewne, że pragnienie opanowania Bałtyku musiało być u nich silne i twórcze, świadczy o tem usadowienie się ich na wyspie Rugji i na wielkiej przestrzeni pomiędzy Kołobrzegiem, Szczecinem a Gdańskiem. Świątynia Światowida na Rugji trzymała tu straż nad morzem.

Z krainy podań i marzeń przejdźmy jednak do rzeczywistości, tak, jak ona utrwaliła się już w mniej lub więcej autentycznych zapiskach mnichów pomorskich. Ileż na kartach starych kronik znajdziemy krwawych obrazów! Te świątynie obok klasztorów stawiane, których gotyckie, strzeliste linje dziś jeszcze podziwiamy, te zamki warowne i nadające cechę średniowiecza tak Prusom Wschodnim, jak Pomorzu, to były gniazda germanizacji, wysunięte na wschód placówki zwycięskiego pochodu niemczyzny, którego awangardą był zakon Krzyżacki.

Jak pod względem etnicznym przedstawiało się wybrzeże Bałtyku w chwili wtargnięcia nań tego nowego czynnika wprowadzonego tam, niestety, przez ks. Konrada Mazowieckiego, w celu poskromienia i nawrócenia pogańskich jeszcze Prusaków? Rozsiedlone tam były trzy plemiona: Polanie, Pomorzanie i Prusacy. Podczas gdy pierwsze dwa były blisko ze sobą spokrewnione, trzecie należało raczej do szczepu litewskiego. Pomorzanie posuwali się wzdłuż brzegów Odry, Lechici gnieździli się nad Wisłą. Jakie były ekonomiczne przyczyny ekspansji Niemiec na Pomorze? Znakomity historyk niemiecki

Lamprecht twierdzi, że już wtedy w XI wieku, szukały one ujścia dla przyrostu swojej ludności, kolonizacja bowiem wewnętrzna kraju dobiegła kresu, był on cały uprawiony i podzielony. Ta okoliczność a nie tyle pobożność zachodniego rycerstwa, była główną przyczyną wypraw krzyżowych. Posuwanie się niemieckie wzdłuż Bałtyku rozpadło się na trzy etapy. Pierwszą jego ofiarą był Holsztyn, Meklemburg, Rugja i Zachodnie Pomorze i dopiero na końcu przyszła kolej na Prusy Wschodnie. Co to był za typ ludzki ci Prusacy, z którymi wystąpili do walki „rycerze Marji”, opowiadają nam o tem niemieckie źródła historyczne z XVI wieku. „Odznaczali się oni bezprzykładnem okrucieństwiem. Jeńców palili lub poddawali okrutnym katuszom, mieli jednak organizację do ciągłych wojen przystosowaną i zawsze dążyli do ustroju opartego na zasadach feudalnych. Ze Słowianami walczyli, ale od wszelkich z nimi stosunków starali się zawsze odgrodzić”.

O sile tego elementu świadczy fakt, że Zakon popierany przez papieża i cesarzów, sto lat potrzebował na jego zwalczenie. I pomimo tępienia miejscowej ludności, pomimo sprowadzenia kolonistów niemieckich, nie straciła ona nic ze swego charakteru; od podciętego pnia odrastała i pozostała do dziś dnia etnograficzno-antropologicznem podłożem kraju. W nazwie Prus stopiły się wszystkie pierwiastki etniczne, wytwarzając typ, w którym zanikający pruski element łączy się ściśle z późniejszym nalotem niemieckim.

Czy w świadomości Polski piastowskiej zarysowała się dość wyraźnie konieczność oparcia o morze tworzącej się i utrwalającej państwowości?

Toczyły się krwawe a nawet zwycięskie walki z przeciwstawiającymi się tej idei krzyżakami, szukano sojuszu z najbardziej przez nich krzywdzonym ludem litewskim, nie dochodziło jednak nigdy do stanowczych rozstrzygnięć, nie potrafiono wyzyskać owoców walki.

A jednak Polska miała silniejsze, niż jakikolwiek naród, oparcie nad Bałtykiem, obrały sobie bowiem na jego brzegach siedzibę plemiona lechicko-słowiańskie, które stale dążyły do połączenia z macierzą i stwierdzały to czynem niejednokrotnie. I przewaga elementu słowiańskiego byłaby wkońcu zmusiła wojownicze i burzliwe plemię pruskie do podporządkowania się czynnikom ładu i pokoju. Wybrano drogę „nawracania” za pośrednictwem Krzyżaków i to stało się naszą klęską na Pomorzu, stworzyło nam w przeszłości i na przyszłość u Prusaków nieprzejednanych wrogów.

Polska za Jagiellonów była faktycznie wielkiem mocarstwem, miała na to dość sił wewnętrznych i dostateczną na zewnątrz powagę i wtedy to właśnie rozpoczęła się jej władza nad znaczną częścią Pomorza o protektorat nad całą dzielnicą nadmorską. Mogła tam nietylko cywilizacyjnie promienować, ale i rozliczne tamtejsze żywioły swojej racji stanu podporządkować. I co do pierwszego zadania, znajdujemy w Prusach Wschodnich jego liczne ślady, pomimo pracowitego ich zacierania ręką pruską.

A może najpiękniejsza z naszych tradycyj pozostała w Królewcu, który miał być „sercem i duszą” sekularyzowanych Prus.

Tam drukowały się książki polskie, tam chronili się wygnani skądinąd dysydenci, w tamtejszej Wszechnicy tułają się jeszcze echa rozpraw naszych uczonych, podjętych wtedy, gdy Zygmunt August, widząc ruch odrodzeńczy w Reformacji, chciał wykorzystać dla Polski to, co ona niosła z sobą w zakresie pojęć demokratycznych.

Najwięcej jednak polskich, kulturalnych wspomnień spotykamy w nadbałtyckim Wawelu, we Frauenburgu. Ta romantyczna miejscowość, ze swoją wspaniałą katedrą z wieżą Kopernika, na której on swoich wiekopomnych odkryć dokonywał, rozwijała się i kwitła pod skrzydłami Orła Białego, aż do najazdów szwedzkich. Cokolwiekbądź o tem mówi szowinizm pruski, jest faktem niezbitym, że Fromberg ze swoją świątynią typu krakowskich i wileńskich kościołów, ze swemi pamiątkami po Koperniku, jest palem wbitym naszą ręką w zalew germanizmu, niespożytym dokumentem siły ducha polskiego.

Ale czy nasza racja stanu szukała zawsze dróg właściwych? Te wątpliwości opadają nas z chwilą przebywania na Mazowszu pruskiem. Bo oto jesteśmy w centrum idącej w głąb Prus Wschodnich, w sposób zupełnie naturalny, kolonizacji mazurskiej, która wiedziona niechybnym instynktem narodów mających jakąś misję do spełnienia, kierowała się ku morzu. Zaopiekowanie się nią wszechstronne, zapewnienie jej normalnego bytu i rozwoju, leżało w możliwościach dawnej Rzeczypospolitej, w czasach jej przewagi nad dzielnicą nadmorską. Tem więcej, że były tu pewne okoliczności sprzyjające. W stosunki feudalne wschodnio-pruskie wtargnęła nowa siła: potęga pracy zagospodarowującej zniszczone i zaniedbane odłogi. Nie był do niej zdolny żywioł krzyżacko-pruski i oddawał dobrowolnie w ręce osadnika polskiego coraz rozleglejsze obszary ziemi. Neutralizował wprawdzie jego odrębność etniczną przez sprowadzenie kolonistów Niemców, ale liczebnością przewyższał ich żywioł polski a także „zawziętością” w pracy na roli. Poza tem budował on zamki i mosty, wznosił świątynie, cała ziemia wschodnia-pruska przesiąkła potem mazurskiego trudu.

Dopiero jednak w epoce współczesnej, gdy na ogół a w Niemczech przedewszystkiem, wzięły górę dążenia ekonomiczne, zorjentowano się w polskiem stanie posiadania na ziemi pruskiej i rozpoczęto z nim walkę eksterminacyjną. Nieliczna kasta panujących junkrów była tu wszechmocna.

Odbierano Mazurom posiadaną lepszą ziemię a spychano ich na bezpłodne bagniste obszary, potem gorliwie ich wynaradawiano.

Tak, że dziś, po tych wiek blisko trwających praktykach na 2,228,516 głów ludności Prus wschodnich zaledwie 300,000 osób na Mazowszu, w Warmji i na Powiślu przyznaje się do pochodzenia polskiego. A plebiscyt urzędowy w 1920 r. dał wyniki jeszcze gorsze. Osiedla mazurskie poprzednio były całkowicie zniszczone przez wojska rosyjskie w początkach wszechświatowej wojny, odbudował je następnie wielkim nakładem rząd pruski i użył tej swojej akcji jako przeciwdziałania w oświadczeniu się Mazurów za połączeniem z Polską. Część tylko ludności, zamieszkująca około Działdowa, zgłosiła swoją przynależność do macierzy.

Po paru latach jednak zmieniły się nastroje. W pięknym kraju Mazowsza Pruskiego, gdzie około licznych jezior ciągną się bukowe lub cisowe lasy, gdzie falista powierzchnia jest pełna wzgórz i stąd Szwajcarję przypomina, w cichych wioskach mazurskich zaczęło się budzić sumienie narodowe. Ci, co jak w Irlandji mówili już w rodzinach narzuconym sobie przez obcych panów językiem, zaczęli wydobywać ze skrzynek stare kancjonały, od XVI-go wieku z ojca na syna przechodzące. W chatach zaczęli się zbierać „gromadkarze” na wspólne czytanie Biblji w tłumaczeniu Wujka, większość bowiem Mazurów przyjęła protestantyzm. Przy robotach polnych wraca nieśmiało a potem coraz głośniej zaczyna rozbrzmiewać piosnka:

Z tej tu strony Wisły, jak i z tamtej strony
Ziemia nasza polska i nasze zagony,
Ziemia nasza polska jest krwią przesiąknięta
Kochajmy się bracia, bo to ziemia święta.

Pieśń tę ułożono na Powiślu, które stanowią powiaty: sztumski, kwidzyński, malborski i suski Prus zachodnich tam, gdzie się utrzymał pierwiastek rdzennie polski. Bezsprzeczną za to własnością Mazur jest parafraza znanego refrenu nuconego na naszem Mazowszu,

Leci pies przez pole, ogonem wywija,
Ktoś go zaś ukrzywdził, to Niemiec bestyja.

Albo śpiewana w polu na tęskną nutę piosenka:

Czemu ty kalino na urwisku stoisz
Wiatr poderwał korzeń więc się upaść boisz.

I ta ludność, której rdzeń poderwano, czuje jednak, w głębi podświadomego instynktu swoją przynależność do Polski. Gdy przed kilku laty przybyła do Warszawy wycieczka mazurska, i gdy jej pokazano w salonach Zachęty obrazy Chełmońskiego, odtwarzające równiny mazowieckie, uczestnicy jej zawołali chórem: „to nasze!” Atawistycznie odczuli swoje rodzime gniazdo.

Pieśń jest zawsze wyrazem dążeń do odrodzenia. Myśl o odrębności etnicznej kiełkowała powoli, lecz stale w świadomości polskiego żywiołu w Prusach Wschodnich. Przełomowy był tu rok 1831, wtedy gdy Giżycki (Gizewjusz), kształcąc się w Królewcu na pastora, zaczął badać obyczaje i dzieje ludu mazurskiego i, zostawszy proboszczem w Ostrodze, założył tam pismo p. t. Przyjaciel ludu polskiego, a potem drugie p. n. Przyjaciel ludu w Ełku. Nadszedł rok 1848 a z nim „wiosna ludów”. Jej promieniotwórcze wpływy sięgnęły i na Mazury, a ewangelja społeczna którą z sobą niosła, wstrząsnęła i duszą Mazurów, „z zagrodników zepchniętych przez Niemców na służbę folwarczną i z ziemi wydziedziczonych”. Rewolucja zgasła jednak, jak meteor i do 1884 r. panowała zupełna noc na Pruskiem Mazowszu. Powstają znów nowe pisma, jak Gazeta Lecka wydawana przez Gersza w 1888 r. a potem Gazeta Ludowa, wychodząca w Szczytnie. Za ich wpływem krótkogłowy Mazur uświadamia sobie, że jest pochodzenia sarmackiego. Zaczyna odzyskiwać pewną swobodę, a z nią i zalety przyrodzone: pracowitość, wytrwałość, gościnność, a nawet wesołość, w myśl znanej piosnki: „A w Mazurze taka dusza, że choć umarł to się rusza”.

Rzućmy jeszcze okiem na stosunki na Warmji i na Powiślu. Podczas gdy ta część Mazur, która przyłączona została do Polski, ze swoją Gazetą Mazurską, z Seminarjum nauczycielskiem, ze szkołą gospodarczą dla dziewcząt, może promieniować, w pewnym stopniu, na ludność zakordonową, to Warmja i Powiśle są od wszelkich polskich wpływów odcięte i nie wystarczy tu frauenburska tradycja o Koperniku, raczej przygniata wszelkie poczynania odbudowany przez Prusaków zamek Malborski. A jednak w Olsztynie, zupełne niemal obecnie niemieckiem mieście, w hotelu Internacjonalnym, bo nie wolno go nazwać polskim, uwiła sobie gniazdo działalność patrjotyczna. Oparła się ona o dawną polskość Olsztyna, który schowany wiekami za nieprzebytemi lasami, ochronił się od kolonizacji niemieckiej. Niestety od 1880-1914 r. miasto, szybko wzrastając, właśnie dzięki swemu leśnemu bogactwu, stało się coraz bardziej niemieckiem. Wydobywają się jednak z pod tego nalotu młode, prężne polskie siły. W 1923 roku, został tam otworzony Związek Towarzystw młodzieży polskiej w Prusach Wschodnich a jego kierownikiem i pomocnikiem jest Gazeta Olsztyńska, licząca już 44 rok istnienia. Wydaje ona dodatki: Przyjaciel dzieci, Gość niedzielny i Gospodarz. Zdaje się, że mało kto w wolnej Polsce interesuje się warunkami, w jakich te pisma wychodzą. Czyżby dawne nasze błędy historyczne się powtarzały? Polska ludność na Warmji i na Powiślu jest katolicka i mocno do swej religji przywiązana, mało jest jednak wytrwała na ucisk społeczny i narodowy i wybitniejsze jednostki z pośród działaczy wyprzedają się z ziemi i przenoszą do Polski.

Ale i Prusy Wschodnie pustoszeją. Feudalny ustrój utrzymany w całej sile a nie dający się utrzymać w zmieniających się warunkach agrarnych a jeszcze przy jałowości gruntów i przy zmiennym, zimnym klimacie nie sprzyjającym wegetacji, sprawiają, że coraz jest mniej rąk do uprawy junkierskich dóbr i coraz więcej zapomóg żądają one od Rzeszy. Stąd też wyszła koncepcja polskiego Korytarza i dążenie do jego zniesienia.

Historja jest jednak wielką mistrzynią życia, ona wskazuje, w przebiegu dziejów, co ma prawo dalszego istnienia a co się nie ostoi przed ciągle się zmieniającą falą przeobrażeń. I może wyniesie ona jeszcze na powierzchnię swego nurtu żywioł wytrwałej polskiej pracy w Prusach Wschodnich.

J. W. Kosmowska

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close