Równość amerykańska

Stany Zjednoczone uchodzą w Europie za kraj klasycznej równości demokratycznej.

Taką opinię wyrobił im wielki nauczyciel Francyi i Europy, de Tocqucville i opinia ta utrzymuje się do dnia dzisiejszego wśród ogółu europejskiego, mimo, że należałoby już oddawna ustalić i rozpowszechnić – nie bez pożytku dla krańcowych odłamów demokracyi starego a żądnego odmiany i przebudowy społecznej lądu – zgoła inne zapatrywanie, bo… nie ulega już dzisiaj wątpliwości, że Stany Zjednoczone są właśnie klasycznym przykładem tego, że równość w społeczeństwie jest nie do osiągnięcia.

Równość obywatelska – Equality – jest kamieniem węgielnym konstytucyi amerykańskiej. Żaden Amerykanin nie pozwoliłby ruszyć tego kamienia, w przekonaniu, że pociągnąłby on za sobą cały gmach wolności amerykańskiej do ruiny. I słusznie.

Ale, jeżeli przyjrzeć się bliżej stosunkom, to owa słynna równość redukuje się za oceanem tak samo, jak w republikańskiej Francyi, do równości wobec prawa.

Równości faktycznej w życiu amerykańskiem niema i być nie może, bo nie dopuści do tego druga zasada konstytucyi – Wolność. Właśnie ona.

Bez jej pogwałcenia, bez odebrania obywatelowi swobody urządzania sobie życia według własnych upodobań i środków, zrównanie warstw społecznych za pomocą jednego strychulca nie da się przeprowadzić.

A gwałt bolszewicki jest wstrętny każdemu człowiekowi wolnemu, cóż więc dopiero najwolniejszemu z wolnych Amerykaninowi!

Żyje tedy Amerykanin pod hasłem równości, bo tak chce konstytucya, lecz w istocie społeczeństwo amerykańskie podzielone jest na warstwy tak samo, jak w Europie, z tą jedynie różnicą, że podział ten nie ma za sobą żadnych tradycyi, żadnych, przekreślonych zresztą dzisiaj i w Europie przywilejów, a jest podziałem na wskroś nowoczesnym, opartym o różnice materyalne.

Taką strukturę społeczną możnaby nazwać strukturą plutokratyczną. Jest ona najzupełniej zgodna z amerykańskim światopoglądem i wcale nie podnosi dołu społeczeństwa przeciw górze w atakach nienawiści i zawiści „klasowej”, bo dół społeczeństwa wie dobrze, że drabina społeczna jest dla niego dostępna tak samo, jak dla góry, i że przy pomyślnych okolicznościach, dzięki pracy i wysiłkowi, każdy może znaleźć się na najwyższych szczeblach, podobnie, jak każdy może spaść na dół, o ile nieopatrznie roztrwoni zdobyty majątek.

Dlatego może zasada „niezaglądania bliźniemu w garnek” nigdzie nie jest tak szanowana, jak w Ameryce, gdzie zawsze „grobla” jest „wedle stawu”.

Każdy żyje, jak chce, odpowiednio do środków, jakie posiada. Jeśli te środki się zwiększają, podnosi się skala jego życia, jeśli chwilowo ulegają zmniejszeniu, skala opada.

Trzymanie się jednak „swojej” linii w danym momencie obowiązuje tak dalece, że nikomu przez głowę nie przejdzie „pchać się wyżej” bez dobrze nabytych do tego praw w dziedzinie materyalnej.

Wskutek tego cała ludność Stanów dzieli się sama według dochodu rocznego na klasy z taką precyzyą, jakby to były „klasy podatkowe”.

Do tego podziału przystosowało się życie. Inne są hotele, restauracye, kluby, sklepy, do których uczęszcza i w których zaopatruje się ludność bogata, średnio zamożna i uboższa. Zupełnie, jak w starej Europie.

Ale Ameryka w swojej obłudzie demokratycznej – bo nie wahajmy się nazwać rzeczy po imieniu – idzie dalej.

Zasada „równości” nie dopuszcza tam podziału na „klasy” w pociągach kolejowych. Klasa jest jedna. Zarząd kolei nie oznacza na wagonach I, II, III i IV. Nie ofiarowuje jednym pasażerom gołego drewna, a innym kanap, wyściełanych aksamitem.

Miękkie sprężynowe siedzenia są jednakowe dla wszystkich w również jednakowych wagonach. Ale -pociągi są rozmaite: tanie, droższe i bardzo drogie. I tu następuje dobrowolne rozgatunkowanie publiczności. Każdy wybiera to, na co go stać. Warstwy zamożne jeżdżą więc pociągami najszybszymi, jak słynny pociąg 20-th century (20-te stulecie), kursujący pomiędzy New-Yorkiem a Chicago i płacący (teoretycznie) 1 dol. każdemu pasażerowi za każdą minutę opóźnienia, a nie spóźniający się nigdy, warstwy zaś niezamożne posługują się pociągami o mniejszej szybkości.

W ten sposób bożek równości otrzymuje świeczkę a szatan klasowości ogarek.

Nikt jednak na to nie sarka. Przeciwnie, wszyscy są zadowoleni, bo odbywają podróże w „swojem” towarzystwie i odbywają je wygodnie.

Tu należy oddać sprawiedliwość kolejom amerykańskim. Wielkie wagony pullmanowskie nie są urządzone tak wykwintnie, jak europejskie sleeping-car‚y Międzynarodowego Towarzystwa wagonów sypialnych, ale dają podróżnemu dużo miejsca w dzień i w nocy. Sporów o to miejsce, jak u nas, niema. Przepełnienia przy olbrzymim ruchu nie znać. W pociągach dziennych otrzymuje się numerowany fotel na obracającej się osi pionowej, wskutek czego można dowolnie zmieniać pozycyę – wykręcić się ku oknu i podziwiać krajobraz lub odwrócić się i czytać, mając światło za sobą.

Wagon o typie wagonu salonowego urządzony jest wygodnie. Posiada on obszerną umywalnię i palarnię. Nadto ma dwa przedziały zamknięte (compartments), w których za osobną dopłatą można odbywać podróż w odosobnieniu od narzuconych przez los współpasażerów.

Każdemu wykwintniejszemu pociągowi dziennemu towarzyszy obok jednego lub dwóch wagonów restauracyjnych jeszcze specyalny wagon-palarnia (smocking-room), gdzie można spokojnie wypalić cygaro, korzystając jednocześnie z napojów chłodzących, podawanych w każdej chwili przez czarną obsługę tego ruchomego baru.

Obsługę tę posiada każdy wagon. Murzyn na
zawołanie oczyści ubranie, obuwie, a w pociągu nocnym wprawnie przygotuje łóżko, osłaniając je zielonemi kotarami, za któremi jest się „u siebie”.

Łóżko to jest obszerne, ma pościel przyzwoitą i zapewniałoby sen dobry, gdyby nie głośny stukot żelaznego pudła, jakiem jest wagon pullmanowski.

Wagony te stanowią jednak dumę Ameryki. Są znacznie dłuższe i szersze od wagonów europejskich. Każdy z nich nosi specyalne imię chrzestne, nadane mu przed opuszczeniem warsztatów, imię nieraz bardzo dziwaczne, bo przy wielkiej produkcyi normalny kalendarz dawno już nie wystarczył.

Trzeba było pójść do historyi wszystkich krajów po Temistoklesów, Scypionów, Alaryków i innych bohaterów.

Zwyczaj ten ułatwia w ogromnej mierze odszukanie swojego miejsca.

Wróćmy jednak do „równości” amerykańskiej.

Podzielona na „klasy” według dochodu, nie czuje ona zgoła tego podziału w życiu niemateryalnem, bo nawet ludzie bardzo bogaci nie wynoszą się ponad innych i nie mają żadnych przywilejów.

Każdy urząd – od najniższego do najwyższego – dostępny jest dla wszystkich. Żadne „rangi” nie odgrywają tam roli, żadne „stosunki” nie otwierają drzwi zamkniętych. A jeżeli kiedy spotka kogoś jaki wzgląd specyalny, to jedynie chyba potomka pierwszych rodzin osadniczych, owych „pielgrzymów”, którzy przed 300 laty przybyli na Mayflower‚ze z Anglii, aby założyć na wschodnich wybrzeżach Ameryki Nową Anglię.

Jedyna to arystokracya amerykańska, szanowana przez wszystkich, acz zgoła nie należąca do klasy „milionerów”, dostarczająca za to ciągle wybitnych pracowników w dziedzinie nauki, kultury i ruchu etycznego.

Dowodziłoby to, że w Ameryce rośnie jednak uznanie dla tych niemateryalnych wartości, które w Europie tracą właśnie w tej chwili kurs u szerokich mas.

Kto wie zatem, czy niebawem nie przyjdzie nam grać ról zamiennych?

Wolni z wolnymi, równi z „równymi” obcują z sobą Amerykanie wszystkich warstw bez przymusu, poufale, nie osłaniając poprawnością form zewnętrznych wewnętrznego swego usposobienia.

I to jest może największa zdobycz demokratyzmu amerykańskiego, tak pociągającego ku sobie prostsze i szczersze natury europejskie, tak przekonywającego zwłaszcza dla włościanina i robotnika polskiego, który w kraju czuje zawsze przedział, istniejący pomiędzy sobą a współobywatelem z „inteligencyi”, i nie może przełamać swojego braku zaufania do człowieka w porządnym surducie.

W Ameryce, jak już mówiliśmy, te różnice nikną. Nawet nasi ludzie nabierają śmiałości i pewności siebie w obcowaniu z innymi, nie czują się niżsi ani gorsi od nikogo.

Obserwując życie amerykańskie nabiera się przekonania, że demokratyzm ma tam dwóch silnych sprzymierzeńców.

Jednym z nich jest czystość. Człowiek umyty, wykąpany, dobrze ubrany przestaje razić samego siebie i innych. I kto wie, czy w Europie, gdzie przedziały pomiędzy ludźmi są jeszcze tak duże, największym wrogiem utrwalenia się porządku szczerze demokratycznego nie jest brud, płynący z ciemnoty i nędzy. On jest czynnikiem, budzącym przedewszystkiem odrazę a potem dopiero współczucie. A że na współczuciu może opierać się jedynie filantropia, nigdy zaś równość, przeto, pomimo teoryi a nawet praw, uchwalonych tak żarliwie, do istotnego zdemokratyzowania się Europy, a zwłaszcza Polski, jeszcze daleko, chyba, gdybyśmy obrali do osiągnięcia tego metodę bolszewicką, polegającą na zepchnięciu wszystkich w błoto. Byłaby to demokracya w łachmanach, jak obecna sowiecka, od której uchowaj nas Boże! Bądźmy jednak pewni, że od takiej demokracyi odwróciłaby się pierwsza demokracya amerykańska, która nie znosi łachmanów i brudu, bo nie ma ich już oddawna u siebie, nawet w wielkich miastach, które zawsze i wszędzie sprzyjają rozwojowi pauperyzmu.

Tej choroby stolic europejskich z Londynem na czele – Ameryka nie zna. Nawet w najbrudniejszych – żydowskiej i chińskiej – dzielnicach New-Yorku „nędzy europejskiej” nie widać. Cóż dopiero tam, gdzie dobre zarobki pozwalają robotnikowi, mającemu pracę, żyć na stopie kulturalnego bourgeois‚a.

I tu, gdzie zaczyna się kultura, występuje na scenę drugi potężny sprzymierzeniec demokratyzmu amerykańskiego – Standard of life – życie wszystkich według jednego szablonu, stwarzające pozór równości społecznej.

Ojcem tego życia jest masowa produkcya amerykańska, matką – umiejętne wyzyskanie przez nią wrodzonej każdemu człowiekowi zdolności do naśladowania innych.

Przemysł amerykański nie znosi w żadnej dziedzinie indywidualizacyi. Według jednego wzoru produkuje wszystko dla wszystkich aż do zupełnego nasycenia rynku. Wówczas dopiero wzór zarzuca i zaczyna na nowo… zwalczać przyzwyczajenie i smak już wyrobiony na korzyść nowego fabrykatu.

Człowiek ze smakiem odrębnym czy to w ubraniu, czy w rozkładzie mieszkania, czy w jego umeblowaniu, czy nawet w jedzeniu i piciu – jest w Ameryce bezradnym. Nie znajdzie dla siebie nic odpowiedniego. Nie ma gdzie szukać i nie ma w czem wybierać. Musi upodobnić się do innych. Zwłaszcza dla artysty europejskiego jest to nieszczęście. Przytłacza go i zabija szablon.

Widzi dokoła siebie ludzi ubranych zupełnie jednakowo. Wszyscy mają jednakowego kroju i koloru ubrania, różniące się jedynie lepszym gatunkiem materyału u bogatszych. Wszyscy mają jednakowe kapelusze, a kiedy w godzinach popołudniowych wyroją się na ulice masy clark‚ów jednakowo ubranych, pomyślałbyś, że to wojsko, umundurowane przez państwo według zatwierdzonego wzoru.

Gdyby nie kobiety, które bardziej szukają tego, w czem im jest „do twarzy”, Ameryka robiłaby istotnie wrażenie kraju, gdzie poza „armią pracy” jednostka ludzka istnieć nie może.

Ale nie tylko w ubraniu panuje w Ameryce szablon. Oto miasto. Oto jego dzielnica. Wybudowano w niej 150 jednakowych domów, według tego samego planu. Jeden architekt jest ich twórcą. Jedno towarzystwo budowlane stawiało te pudełka, zaopatrzone w jednakową ilość pokojów, o jednakowych drzwiach, oknach, kominkach, piecach.

Domy te stoją na jednakowych parcelach. Przed każdym zielony trawnik jednakowych wymiarów, kilka drzewek lub krzewów i nic więcej, bo tak chce szablon.

Wewnątrz gospodaruje także szablon. Jednakowe urządzenie halle‚u, reception room‚u, jadalni i sypialni. Jednakowe stoły, fotele na biegunach, fotele klubowe, krzesła, łóżka, firanki w oknach, nawet naczynia kuchenne. Wszystko według jednego typu u bogatszych i u biedniejszych -różnica tylko w materyale i w cenie. Żadnego przebłysku indywidualnego upodobania, ani śladu własnej inicyatywy – wszystko narzucone, wszystko dostarczone przez przedsiębiorcę, który dom wybudował, urządził, sprzedał na raty i, otrzymawszy pierwszą ratę, doręczył szczęśliwemu właścicielowi klucze.

Takie dzielnice ogrodowe bliźniaczo podobne są do siebie we wszystkich miastach. Zwłaszcza mniejsze miasta amerykańskie nie mają zupełnie typu indywidualnego, bo niema w nich wielkich hoteli, sky-scraper‚ów, ani gmachów publicznych, tylko pod sznur wyciągnięte ulice, najczęściej linie równoległe, przecięte równoległemi, zabudowane jednakowo.

Będąc jednego dnia w miasteczku X., a następnego w miasteczku Y., zatraca się poprostu świadomość zmiany miejsca i dzielącej przestrzeni. Wszystko takie samo. Nawet sklepy na pryncypalnej ulicy wyglądają tak samo i zawierają ten sam towar. Taki sam sklep z bielizną z oknem wystawowem, pełnem jedwabnych koszul, a obok taka sama drogerya z nieodzownym ice-cream‚em i chłodzącymi napojami, a dalej taki sam kinematograf, taki sam sklep z gotowem ubraniem, z temi samemi cenami, przypiętemi do marynarek i żakietów. Na rogu taki sam kościół, z taką samą wieżą, nawet z taką samą czarną tablicą, mówiącą o zgromadzeniu religijnem, do którego należy świątynia. Zdaje się nawet, że ci sami ludzie chodzą po ulicach i załatwiają te same sprawy.

I co do tego pomyłka jest niewielka, bo życie amerykańskie ułożyło się wszędzie także według jednego szablonu.

Rano, przy śniadaniu, 100 milionów kawałków lodu wpada z jednakowym brzękiem do stu milionów jednakowych szklanek, aby nadać wodzie do picia jednakową temperaturę. Potem zjawia się na stołach 100 milionów grape-fruits albo cantalups albo truskawek, zależnie od sezonu, poczem Ameryka spożywa 200 milionów jaj z 200 milionami kawałków smażonej szynki lub słoniny, 100 milionów porcyi porrige‚u owsianego i tyleż porcyi kawy z nieodzownemi rolls (pszennemi bułkami).

Podobnie jednakowe są lunch’e i obiady. Wszystko o jednej godzinie, wszystko według ustalonego „programu dnia” – aż do wieczornego fox-trotta i one stepa.

Amerykanina to nie razi, jest mu z tem dobrze, bo ta tożsamość otaczającego świata daje mu złudzenie równości, niszcząc w jego umyśle i duszy pierwiastki zazdrości, które w Europie wybuchają właśnie przez porównanie braków z dostatkiem.

Europejczyk jednak, znalazłszy się w tych warunkach, które go nużą swoją monotonią, zatęskni nieraz do Europy.

Przechadzając się po ulicach miast amerykańskich, przesyconych zapachem gazoliny, przypomni sobie nieraz z rozkoszą ciche zaułki swojego miasta rodzinnego, jego stare kościoły o dzwonach rozmodlonych na Anioł Pański, jego uliczki kręte i krzywe, jego, na każdym kroku występujące na jaw cechy indywidualne, które nadała mu historya, zapisująca tam na każdym kamieniu jakąś pamiętną datę. I przed oczyma zamajaczą mu ludzie – nie szablony ale typy, tem ciekawsze i tem różnorodniejsze właśnie, im mniejsze i starsze jest miasto europejskie.

Ameryka nie ma takich typów, a jeżeli na sto milionów podobnych do siebie ludzi odetnie się czasem jeden o innej twarzy, o charakterystycznem obliczu – to będzie to napewno świeżo przybyły Europejczyk.

Ale Ameryka ma za to ład i porządek w życiu, doskonale i karnie zorganizowane społeczeństwo, dobrobyt szerokich mas i to, co już niejednokrotnie zaznaczaliśmy – ich zadowolenie materyalne i moralne, bo ludzie czują się wolni i pomiędzy sobą równi.

Chociaż więc równość amerykańska oparta jest na pozorach, to jednak w ostatecznym wyniku daje ona społeczeństwu demokratycznemu to, co dać powinna i może: zatarcie różnic zewnętrznych przy nienaruszalności świata wewnętrznego.

Tam już „wolnoć Tomku w swoim domku”.

Z. Dębicki.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Close