Śladami Kmicica

W ostatnich czasach w komunikatach naszego Sztabu Generalnego spotykamy się coraz częściej z wzmiankami o brawurowej akcyi oddziałów jenerała Bałachowicza.

Co to są za oddziały i któż to jest ten jenerał Bałachowicz? – zapytuje niejeden z czytelników, mniej lub więcej znających, przynajmniej z nazwiska, wszystkich wybitniejszych jenerałów naszych.

General Stanisław Bułak-Bałachowicz (pierwszy z lewej)

General Stanisław Bułak-Bałachowicz (pierwszy z lewej) – domena publiczna

Otóż jen. Stanisław Bułak-Bałachowicz jest głośnym partyzantem z b. armii rosyjskiej, który naprzód dał się we znaki Niemcom (nienawidzi ich prawie tak, jak bolszewików), następnie, gdzie mógł, tępił i szarpał czerwoną armię na północy Rosyi, walczył za wolność Łotwy i Estonii, romantyczny, niestrudzony rycerz hasła „za naszą i waszą”; obecnie zaś jest czemś w rodzaju Budiennego po naszej stronie. Oddziały jego, klasyczny wzór partyzantki, zostały sformowane wiosną tego roku w Brześciu za zgodą i przy wydatnej pomocy M. S. Wojsk. i składają się z ochotników, przeważnie Rosyan, pozatem Finnów, Estończyków, Łotyszów, Szwedów i Polaków kresowych, wszystko starych partyzantów, których połączyła nienawiść do bolszewików, chęć zemsty za doznane krzywdy osobiste, oraz urok niezwykłej popularności jenerała-partyzanta.

Korzystając z bytności jen. Bałachowicza w Warszawie, dokąd przyjechał na kilka dni w sprawach służbowych, podczas gdy oddziały jego otrzymały od dowódcy grupy dobrze zasłużony 10-dniowy spoczynek, i zetknąwszy się z jenerałem służbowo, nie mogłem się oprzeć żyłce publicysty i nie poprosić go o kilka szczegółów dla redakcyi „Tygodnika Ilustrowanego” z jego bujnej karyery wojskowej i bojów jego oddziałów w wojnie polsko-bolszewickiej.

Jenerał, człowiek młody o nader sympatycznej, dobrodusznej powierzchowności, w której tylko oczy w twardym, stalowym wyrazie zdradzają głośnego pogromcę bolszewików, którzy wyznaczyli wysoką cenę za jego głowę, a którego imię jest postrachem w czerwonych szeregach, zwycięzcę w 57 bitwach, opowiada z wdziękiem prostoty, przyczem często ponosi go, jak szlachetnego rumaka, zapał i temperament. Trzeba go widzieć, kiedy mówi o naszem wojsku, o którem odzywa się z największem uznaniem, zwłaszcza o naszej niezrównanej piechocie, lub o tem, jak to my jeszcze kurtę bolszewikom skroimy i za Dniepr ich pognamy, co dla niego jest pewnikiem, nie podlegającym żadnej dyskusyi.

Opowiadania tego słucham, jak barwnej powieści sienkiewiczowskiej, i, mimo woli, patrząc na tego zucha z kresów litewskich, myślę sobie:

– Kmicic redivivus…

Oto w krótkości dzieje niezwykłej karyery wojskowej tego niezwykłego człowieka.

Po odezwie wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza do Polaków, wraz z bratem swoim Józefem, obecnie pułkownikiem, przy boku jego walczącym, który ostatnimi czasy świetnie się odznaczył wzięciem Owrucza, oraz znanym zagończykiem, obecnym majorem Jerzym Dąbrowskim, zgłasza się, jako ochotnik, na własnym koniu do armii rosyjskiej. Wszyscy trzej zostają odkomenderowani do 2-go lejb-ułańskiego pułku, w którym, walcząc przeciwko Niemcom w charakterze partyzantów, uzyskują szarże oficerskie i wszystkie odznaczenia.

Jesienią 1915 roku z 72-ma ochotnikami, kawalerami św. Jerzego, przechodzi do znanego oddziału Funina na północnym froncie przy armii jen. Ruskiego. Wkrótce jest już dowódcą szwadronu, składającego się z plutonu kozaków, plutonu huzarów, plutonu ułanów i plutonu dragonów. Ze szwadronem tym dokonywa cudów waleczności, grasując na tyłach i siejąc postrach w szeregach niemieckich.

Przychodzi Kiereński. Przychodzą bolszewicy. On walczy do ostatniej chwili. Jeszcze w dzień zawarcia pokoju w Brześciu, nad jeziorem Czudzkiem pod Gdowem, otoczony przez Niemców we wsi Smołowa, wyrzuca ich ze wsi atakiem na bagnety, bierze im jeńców i karabiny maszynowe, cofających się w popłochu szarżuje i podczas szarży zostaje ciężko ranny w pierś na wylot.

Przewieziony do Piotrogrodu, po wyleczeniu się z rany, postanawia walczyć dalej, dezorganizować czerwone szeregi, skupiać wokół siebie najlepsze elementy demokratyczne. Zaprzysięga bolszewikom walkę na śmierć i życie.

Albo ja, albo oni…

Zawezwany przez Trockiego do Moskwy, śmiało staje przed obliczem krwawego tyrana, który… proponuje mu nominacyę na inspektora czerwonej kawaleryi. Propozycyę tę odrzuca, natomiast prosi o pozwolenie stworzenia dywizyi kawaleryi. Pozwolenie to otrzymuje (fama o nim, jako o nieustraszonym żołnierzu i głośnym pogromcy Niemców, robi swoje) i na razie formuje pułk, do którego wchodzi szwadron polski.

Przeprawia przez granicę prześladowanych srodze przez bolszewików obu braci Dąbrowskich, pracuje na zagładę Bolszewii gdzie i jak może.

Na wieść, że zaczęła się formować niefortunna później armia północna, przychodzi do przekonania, że chwila jego nadeszła…

Bije na głowę komisarzy i przebija się z całym pułkiem do Pskowa, gdzie tworzy kadry północnej armii.

Jednakże Niemcy, którzy subsydyowali tę armię, a których zbyt wielu miał na sumieniu, krzywo patrzą na niego.

Grunt pod nogami zaczyna być gorący. Rozbraja więc Niemców, wpada na tyły bolszewików, gromi ich i przedziera się do Estonii.

Broni przed bolszewizmem Dorpatu, a po wzięciu go – Rewia i Felina.

Za obronę Estonii mianowany zostaje podpułkownikiem, zaś po sławnym wypadzie na Gdów, który bierze – pułkownikiem.

Rozpoczyna się ofensywa przeciw bolszewikom z Narwi na Psków, podczas której dokonywa znowu nadzwyczajnych rzeczy, grasując na tyłach, ogłaszając demobilizacyę czerwonej armii.

O grozie i popularności jego imienia świadczy fakt, że w tym czasie przechodzi do niego 9 pułków bolszewickich z bronią, nawet z armatami.

Skupia wśród siebie 16,000 ochotników. Wreszcie bierze Psków.

Jenerał Judenicz mianuje go dowódcą korpusu.

Jednakże demokratyczne przekonania Bałachowicza, jego śmiało i otwarcie na każdym kroku głoszona i okazywana niechęć do ancien régime’u, jego bliski kontakt z Estonią i Łotwą, oraz stała chęć wejścia w kontakt z Polską, grupujący się przy nim coraz liczniej ochotnicy Polscy z orzełkami na czapkach, które Judenicz kazał pozdejmować – wszystko to było solą w oku carskich jenerałów, jak kamieniem obrazy była sława jego i popularność jego imienia.

Dość, że w kilka dni później Judenicz wydaje rozkaz aresztowania go i degradacyi.

Wojsko jednakże nie dopuszcza do aresztowania ukochanego „bat’ki” i jen. Bałachowicz, pozostawiwszy dowództwo dywizyi bratu swemu, Józefowi, z 20-ma najwierniejszymi przedostaje się w rejon Ostrowia.

Tam otrzymuje pomoc od wdzięcznych Estończyków, formuje oddziały z „zielonej gwardyi” i w 600 ludzi konnicy i piechoty grasuje znów na tyłach bolszewickich.

W czasie ofensywy Judenicza na Piotrogród, uderza na Porchów i przecina kolej Połocką.

5-go listopada 1919 r. następuje sławny wypad w rejonie Psków-Ostrów, przecięcie ni mniej ni więcej tylko 3-ch linii kolejowych, zajście na tyły i pogrom bolszewików.

Atoli wszystkie te sukcesy marnuje i niweczy nieudolność i zaślepienie polityczne carskich jenerałów, którzy teraz, jak szczury z tonącego okrętu, haniebnie uciekają z szeregów, z kieszeniami dobrze wypchanemi funtami angielskimi, pozostawiając żołnierzy na łasce losu i… bolszewików.

Po pogromie Judenicza, nieustraszony i nieodstraszony partyzant nie opuszcza rąk i nie spoczywa na laurach.

Staje na granicy Estonii i walczy dalej.

W lutym 1920 r., za pośrednictwem polskiego attaché wojskowego w Rydze, kapit. Myszkowskiego, zwraca się do Rządu polskiego z propozycyą przyjęcia jego oddziałów pod skrzydła białego orła, celem wspólnej walki z bolszewikami.

1-go marca zostaje powiadomiony, że Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz rycerską jego ofertę przyjmuje.

Przepuszczony przez Łotyszów, przyjęty w Dyneburgu przez Rydza-Śmigłego z muzyką i honorami, udaje się ze swoim oddziałem do Brześcia Litewskiego, gdzie rozpoczyna formowanie i skupianie ochotników.

Z początkiem czerwca jen. Bałachowicz ze swoją „dywizyą” wyrusza na front ukraiński.

W charakterze oficera łącznikowego zostaje odkomenderowany do niego przez M. S. Wojsk. ppor. Zadowa-Skabowski, którego notatkom mam do zawdzięczenia poniższe szczegóły, jenerał bowiem w rzeczach dotyczących udziału swego w wojnie polsko-bolszewickiej jest nad wyraz skromny, bagatelizując wszystko i zaznaczając, że to zaledwie drobny „początek”.

Dywizya wyruszyła więc z Brześcia do Wystupowa, mając za zadanie zajęcie linii rzeki Wereszni w celu zbadania terenu i wyjaśnienia, gdzie i jakie siły bolszewików się znajdują. Podczas gdy dywizya stanęła w Potoce, przednie jej patrole natknęły się pod Karpiłówką na bolszewików, którzy tam się okopali, tworząc linię obronną Czarnobyl-Czerewicze. Żołnierzy, poddenerwowanych już, że nieprzyjaciela tak długo nie widać, wiadomość o natknięciu się wreszcie na bolszewików wprawiła w nadzwyczajny humor, tem bardziej, że po zabraniu tegoż dnia dwóch Baszkirów wraz z końmi, spodziewano się lada chwila wypadu bolszewickiego.

Jednakże noc minęła spokojnie. Rano jenerał wydał rozkaz atakowania Karpiłówki, silnie obsadzonej i bronionej przez bolszewików.

Po pierwszych uderzeniach czerwoni zostali odrzuceni do wsi, rozpoczęli jednak stamtąd kontratak, idąc dwoma rzędami tyraliery.

Bałachowcy podpuścili ich na odległość 50 kroków, poczem dopiero rozpoczęli wściekły ogień z karabinów maszynowych, kładąc gęsto trupa i zmuszając bolszewików do odwrotu.

O godz. 2-iej po poł. czerwoni ustawili artyleryę i poczęli ostrzeliwać pozycye Bałachowców, mając dobry punkt obserwacyjny na cerkwi. W pewnym momencie artylerya tych ostatnich zajeżdża pędem na górkę i z odkrytej pozycyi zarzuca ogniem kartaczy uciekające tabory i cofającą się piechotę czerwonych, widoczną jak na dłoni.

Walka trwała do godziny 9-ej wieczór i skończyła się całkowitą porażką bolszewików, którzy, poniósłszy duże straty, cofnęli się.

Straty Bałachowców były minimalne: 8 rannych i 2 rannych, wziętych do niewoli, których bolszewicy zaraz rozstrzelali.

W czasie bitwy zaszedł wypadek charakterystyczny i charakteryzujący taktykę bojową, śmiałość i zimną krew tego znakomitego oddziału partyzanckiego.

Oddział Bałachowców, wysłany dla obejścia nieprzyjaciela, wpadł nagle w sam środek oddziałów bolszewickich. Partyzanci, nie tracąc na chwilę przytomności umysłu, krzyknęli z pewnej odległości

– Na bok! Przepuśćcie nas! Idziemy nabłota obejść tamtych!

Ponieważ dokoła był las, podstęp udał się. Partyzanci wydobyli się z matni, następnie zaś uderzyli z lewego skrzydła na łatwowiernego nieprzyjaciela.

W nocy został wysłany oddział wypadowy pod dowództwem rotm. Darskiego na tyły bolszewików w kierunku na Oranoje-Gornostaj. Dochodząc do Oranoje, oddział ten napotkał wielkie tabory bolszewickie, które rozgromił, zabierając, co się zabrać dało, resztę rozdając pomiędzy chłopstwo. Podwodom polecono wracać do wsi, lub uciekać w lasy.

Zaczął się teraz okres ciągłych i ciężkich a zwycięskich walk pod Sokołowiczami, Krasiłówką, Rosochą, Łubianką, Martynowiczami, Skorodnem i Troską.

W ciągłych marszach i atakach, ciągle na tyłach nieprzyjaciela i stale otoczona, Dywizya wśród zaciekłych walk torowała sobie drogę i bezlitośnie tępiła czerwonych.

Brak żywności i wyczerpanie nie obniżyły wartości bojowej żołnierza, przeciwnie, spotęgowały jeszcze jego zaciekłość i inicyatywę.

Jenerał Bałachowicz, wszędzie obecny, czy to w bitwie, czy na postoju, potrafi tak zelektryzować żołnierza, natchnąć go taką brawurą i odwagą, że, patrząc na tych ludzi, można śmiało twierdzić, iż rzeczy niemożliwe dla nich nie istnieją.

Wypady, które prowadził wspomniany już rotmistrz Darski, na Oranoje, Krasiłówkę, Mojsiejówkę, Sławeczno i Weredniki zasługują szczególnie na zaznaczenie, jako wprost rekordowe pod względem rozmachu, brawury i pogardy śmierci.

Wogóle, trzeba powiedzieć, że wszyscy oficerowie i szeregowcy dywizyi jenerała Bałachowicza tworzą jedną zwartą drużynę ludzi odważnych do szaleństwa i przedsiębiorczych, jak rzadko.

Pułk, któremu polecono spełnienie jakiegoś ryzykownego zadania, jest przedmiotem zazdrości wszystkich pozostałych oddziałów.

Jen. Bałachowicz wywiera wpływ niezwykły nie tylko na swoich ludzi, lecz na wszystkich, z którymi się styka. Tem się tłómaczy przechodzenie na jego stronę oddziałów bolszewickich; temu też przypisać należy, że powstańcy ukraińscy tych okolic ze swoim atamanem Tereszko, jak również i Struk ze swoją watahą, oddali się na jego usługi, zostając odpowiednio i umiejętnie użyci.

Kawalerya w Dywizyi pozostaje pod dowództwem dzielnego i doświadczonego, choć młodego wiekiem, pułkownika Józefa Bałachowicza, brata jenerała.

Dokazuje ona wprost cudów waleczności.

Naprzykład mając za zadanie połączenie się a grupą pułk. Rybaka, jenerał wysłał pułk konny pod dowództwem brata-pułkownika, aby łączność tę nawiązał.

Pułk wyruszył w nocy, zaszył się w lasy i przeszedł 150 wiorst na tyłach nieprzyjacielskich, rozbijając napotkane na drodze tabory i oddziały. Łączność ze wspomnianą grupą została nawiązana i pułk szczęśliwie powrócił, straciwszy zaledwie kilku ludzi.

Ciekawy jest stosunek do Dywizyi miejscowej ludności, na ogół wojskom wszelkim niechętnej. Dziwny urok imienia jenerała, oraz umiejętne postępowanie jego z chłopem sprawia, że chłopstwo idzie mu na rękę, udziela chętnie wszelakiej pomocy. Zdarzył się nawet wypadek, że wziętych do niewoli przez bolszewików dwóch Bałachowców chłopi wykradli, wsadzili ich na wozy i, przykrywszy sianem, odwieźli do Dywizyi.

Wypady oddziałów Dywizyi odbijały bolszewikom niejednokrotnie naszych jeńców, przyczem zdarzył się humorystyczny wypadek, że we wsi Pirogowicze odbito szwoleżera, nazywającego się… Pirogowicz.

Najbardziej i najlepiej uwydatniła się działalność Dywizyi w uderzeniu na miasto Sławeczno i Weredniki, gdzie wzięto sztab brygady; przedewszystkiem jednak w śmiałym ataku na Owrucz, o którym czytaliśmy w komunikacie z 11-go lipca.

Atak na Owrucz prowadził pułk. Józef Bałachowicz. Ciężka walka w samem mieście, podczas której strzelano i obrzucano granatami Bałachowców z okien i z za płotów, prowadzona z nadzwyczajnym impetem, skończyła się tem, że 2500 bolszewików znajdujących się w mieście zostało po dwóch godzinach bądź wyciętych, bądź rozproszonych w panicznym popłochu, nadto wzięty został cały sztab dywizyi i wielka zdobycz wojenna.

W walce tej poległo, niestety, dwóch najlepszych i nieodżałowanych oficerów kawaleryi: por. Zacharow i ppor. Danielew, których nazwiska zachowamy we wdzięcznej pamięci.

Ppor. Danielew, raniony śmiertelnie w brzuch, spadł z konia. Leżąc na ulicy, strzelał jeszcze do ostatniego naboju ze swego „nagana” do atakujących bolszewików.

Obydwóch ciężko rannych oficerów pozostawiono pod miastem dla opatrzenia ich.

Wtem nadjeżdża podjazd bolszewicki i zagarnia zarówno rannych, jak i sanitaryuszy.

Dowiedziawszy się o tem, pułk. Bałachowicz na czele kilkunastu jeźdźców rzuca się wślad za uciekającymi bolszewikami i, pomimo przemęczenia koni, dopada ich na 15-tej wiorście, rozbija, wycina ochronę taboru, odbija rannych wraz z sanitaryuszami, i powraca, wiodąc ponadto 19 zdobytych podwód taborowych.

Niestety, ppor. Danielew już nie żył, zaś por. Zacharow zmarł wkrótce.

Dyscyplina w Dywizyi wielka. Jeden żołnierz za to tylko, że w pewnym domu zabrał jakąś część garderoby, został przed frontem rozstrzelany.

Nastrój doskonały. Żołnierze, czy to idąc do walki, czy wracając, czy będąc na froncie, zawsze śpiewają, zawsze są weseli.

Po wsiach wspomagają biednych, rozdają żywność pomiędzy dzieci.

Stosunek z naszymi żołnierzami idealny, braterski, polegający na wzajemnym szacunku i sympatyi. Obu braci Bałachowiczów żołnierze wprost uwielbiają. Jedną z ulubionych pieśni w Dywizyi jest pieśń o jen. Bałachowiczu, której każda zwrotka kończy się następującym refrenem:

– Bałachowicz-Bułak,
ataman nasz lichoj!
tolko słowo skażi,
my pojdiom za toboj…

Z oficerów Dywizyi należy się jeszcze kilka słów uznania kapitanowi Jelinowi, który znakomicie zajmuje się skomplikowaną gospodarką i trudnem zaprowiantowaniem Dywizyi, jako dzielnemu organizatorowi, pierwszorzędnemu intendentowi i pracownikowi naszych tyłów.

Oto, co to są oddziały jen. Bałachowicza i kto to jest ten jenerał Bałachowicz, idący śladami Kmicica…

* * *

– Panie jenerale, mam nadzieję, że następnym razem przyjedzie pan już do Warszawy z krzyżem Virtuti Militari na piersi! – Temi słowy żegnam jen. Bałachowicza.

Oczy mu zabłysły, zadrżała ręka na głowni szabli kozackiej, suto srebrem zdobionej…

Uśmiechnął się i odrzekł krótko:

– Nie prędzej, jak Budiennego na łańcuchu przywiodę…

Józef Relidzyński.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close