Sprawa Dreyfusa

Krótkie wzmianki dziennikarskie doniosły, że w czwartek 11 lipca r. b. zmarł w Paryżu, w wieku 76 lat, pułkownik Alfred Dreyfus. Nazwisko, które dzisiejszemu, zwłaszcza młodemu czytelnikowi bardzo niewiele mówi. Słyszał może o „sprawie Dreyfusa”, lecz co to było właściwie, nie umiałby powiedzieć. A przecież wokół człowieka tego rozegrał się jeden z najbardziej pasjonujących dramatów sprawiedliwości i myśli narodowej, jakie wogóle – nie jest to przesadą – zna historja ludzkości.

Alfred Dreyfus, 1894 rok (domena publiczna)

Alfred Dreyfus, 1894 rok (domena publiczna)

Ponieważ dramat to w swym zapisanym w kroniki przebiegu zamknięty przed laty blisko trzydziestu, przypomnijmy go. Wokół Dreyfusa splotły się jednak zdarzenia tak rozmaite, od pomyłki sądowej poczynając, poprzez zdumiewające poruszenie etyczne wywołane dążeniem do rehabilitacji jego na najtrudniejszych zagadnieniach państwowych kończąc, że należy je posegregować. Najpierw zatem jak wyglądała sama historja skazania i rehabilitacji Dreyfusa, później jak wyglądał skupiony wokół niej ruch moralny, wreszcie wkład literatury w tę sprawę.

Dreyfus winien

W r. 1894 francuskie 2-gie biuro sztabu głównego otrzymuje od swych ajentów urywki korespondencji między włoskim a niemieckim attache’m wojskowym, świadczące, iż jakiś oficer francuski wydaje im tajemnice uzbrojenia. Podobieństwo pisma, poszlaki co do znajomości odstąpionych danych zdają się wskazywać na kapitana artylerji Dreyfusa, na pewien czas przydzielonego do sztabu. Zdolny ten oficer pochodzi z zamożnej alzackiej rodziny żydowskiej. Poszlaki są bardzo nikłe, lecz raz wpadłszy na ten ślad, oficerowie kontrwywiadu nie chcą go, mimo wątpliwości grafologów, opuścić. Preparują sprawę tak i tak ją przełożonym przedstawiają, jakoby Dreyfus był rzeczywiście winien. Zwłaszcza angażuje się major Henry, nie cofając się później przed fałszowaniem rzekomych dowodów – człowiek, którego chęć postawienia na swojem skoro raz rzuciło się na Dreyfusa podejrzenie, nadaje całemu oskarżeniu stanowczy bieg. Działa u niego i u towarzyszy jego zupełnie być może szczera chęć unieszkodliwienia szpiega, i solidarność zawodowa, zresztą ci ludzie zainteresowani są w tem, by szpieg był szpiegiem, nawet wbrew dowodom.

Dreyfus zostaje aresztowany. Dowodem jest właściwie jedna jedyna notatka, wykaz dostarczonych pouczeń. Dreyfus wypiera się autorstwa, gorąco przekonuje o swej niewinności, nie chce wymierzyć sam sobie wojskowej sprawiedliwości. Żadnych dowodów poza tym wykazem nie ma, lecz pismo, tragicznym zbiegiem okoliczności, jest bardzo podobne do jego własnego; nowi grafologowie świadczą na niekorzyść Dreyfusa. Postawiony zostaje przed sąd wojenny. Obrona prawie że wykazała jego niewinność, gdy w ostatniej chwili wręczone sędziom nowe tajne dowody (nieznane oskarżonemu ani obronie!!) powodują sąd do jednogłośnego wyroku: wieczyste zesłanie, wydalenie z armji, degradacja.

Zdegradowany Dreyfus zostaje zesłany na Wyspę Djabelską u wybrzeża francuskiej Gujany. Sprawa narazie ucicha. Lecz w 1896 r. w temże samem biurze, ppłk. Picquart, później pierwszy dreyfusista, otrzymuje bruljon telegramu, wysłanego przez attaché niemieckiego do majora armji francuskiej nazwiskiem Esterhazy. Sprawa niewątpliwie szpiegowska – czyżby nowy szpieg? Picquart zaczyna szukać w tym kierunku; wychodzą na jaw nieoczekiwane fakty. Pismo wykazało właśnie pismo Esterhazy’ego, on sam typ o podejrzanej konduicie. Picquart dobiera się wobec tego do tajnej teki, która zadecydowała o losach Dreyfusa: ze zdumieniem przekonuje się, że zawarte tam dokumenty w niczem nie świadczą o jego winie. Wstrząśnięty, wtajemnicza w swe odkrycia przełożonych, ci ministra wojny. Dreyfus niewinny, sprawę należy wznowić – oto stanowisko Picquarta.

Picquart zapomina jednak, że z chwilą skazania Dreyfusa w sprawę wciągnięta została solidarność armji, że ludzie, którzy popełnili błąd, nie przyznają się do niego, lecz raczej zechcą sprawę zatuszować. Tak się też dzieje. Zaciska się wokół niego sieć intryg, odwołany ze swego stanowiska zostaje wysłany na prowincję, później do Afryki. Rzecz jednak przenika do rodziny Dreyfusa, Esterhazy zostaje publicznie wskazany jako szukany zdrajca. Broni się, oficerowie sztabu dopomagają mu. Henry fabrykuje nowe falsyfikaty, obciążające Dreyfusa, aż do zupełnie fantastycznej notatki osobistej cesarza Wilhelma II o zbytniej natarczywości Dreyfusa. Oficjalnie Esterhazy musi zostać postawiony przed sąd, lecz wobec takich poczynań jego pseudooskarżycieli zostaje uwolniony. Dreyfus jest nadal winien, choć zainteresowani attachés i posłowie uroczyście oświadczali, że ten nie był ich donosicielem… Jakim zaś typem był Esterhazy, niech świadczy fakt, że ofiarował on – bezskutecznie -attaché niemieckiemu wszelkie nowe usługi, jeśli ten ogłosi oficjalnie, że Dreyfus był jego współpracownikiem. Listy znowuż do kochanki, ogłoszone wówczas, pełne były takich „pochlebstw” pod adresem armji francuskiej, że wystarczą one do dyskwalifikacji takiego jej oficera („zapełnią się raz jeszcze więzienia niemieckie tymi tchórzami i durniami, za małe będą, by ich pomieścić” etc.).

Rewizje procesu i rehabilitacja

W tym stanie sprawy występuje Emil Zola. 13.I.1898 ogłaszana w redagowanej przez Clemenceau „L’Aurore” list otwarty do Prezydenta Republiki, słynny pod nazwą „J’accuse”. Z przesadą, ale z nieustraszonością moralną i wiarą w słuszność sprawy atakuje promotorów skazania Dreyfusa i uwolnienia Esterhazy’ego. Atakuje z nazwiska, stale powtarzającym się zwrotem „oskarżam”. List pisany był z zamiarem wywołania procesu i publicznego powtórzenia zarzutów przeciw Dreyfusowi, proces bowiem wojskowy odbył się przy drzwiach zamkniętych. W czasie procesu Zoli, oskarżonego o zniesławienie, argumenty przeciw Dreyfusowi okazują się dosyć nikłe, chociaż fałszerska praca Henry dostarczyła nowych. Zola zostaje jednak skazany i przed odbyciem kary chroni się do Anglji. Lecz nowy minister wojny (zmieniali się oni w tym okresie w tempie nawet na Francję zbyt szybkiem) gen. Cavaignac, w parlamencie stwierdzając winę Dreyfusa, każe jednak raz jeszcze zbadać jej dowody. Jedno z fałszerstw Henry wychodzi przytem najaw. Aresztowany Henry popełnia samobójstwo. Esterhazy ucieka zagranicę. Sprawa jest w punkcie kulminacyjnym.

Ten obrót rzeczy to wielki cios dla przeciwników Dreyfusa. W gmachu dowodów uczyniony został wyłom, dający podstawę prawną do kasacji wyroku. Henry bowiem sfabrykował list, w którym attaché włoski i niemiecki porozumiewali się z sobą, by kryć Dreyfusa, nie przyznając się do niego. Trybunał kasacyjny wyrok rzeczywiście kasuje i poleca sprawę raz jeszcze rozpatrzeć. Dreyfus po pięciu latach zesłania wraca do Francji z nadzieją, że tym razem sprawiedliwość zwycięży. Sprawę jego w długim procesie latem 1899 roku rozpatruje trybunał wojskowy w Rennes. Proces odbywa się wśród niebywałego zainteresowania Francji i całego świata, wśród niesłychanego roznamiętnienia zwolenników i przeciwników Dreyfusa (dochodzi do zamachu na jego obrońcę). Choć dowody coraz bardziej kruszeją, zostaje on znowu skazany: dziesięć lat zesłania, lecz bez degradacji. Wyrok opinja świata przyjmuje z oburzeniem, rząd jest w trudnej sytuacji. Niewinność Dreyfusa jest pewna, lecz wyrok wyrokiem, zwłaszcza że popiera go prawicowa część Francji i większość armji. Wyjście znajduje się takie: Prezydent Republiki zawiesza wykonanie reszty kary.

Czas działa na rzecz skazanego. Sprawa jego staje się odskocznią, jaka pozwala Combes’owi wygrać wybory 1902 roku w społeczeństwie zniechęconem nieokiełznaną agitacją nacjonalistyczną, która doprowadziła do głupawej próby zamachu stanu Dérouléde’a. Wielki trybun Jaurés teraz dopiero zaznajamia Izbę z istotnym przebiegiem „sprawy”, w sztabie głównym następcy dawnych oficerów wykrywają nowe fałszerstwa Henry. Ostatecznie rozluźnia się łańcuch dowodów. Połowiczna sprawiedliwość, jaką było zawieszenie kary, już nie wystarczy. Trybunał kasacyjny po raz drugi przejmuje akta sprawy. Wszelkie rzekome dowody zostają raz jeszcze sprawdzone, przed trybunałem przewija się rewja szlachetnych napewno zamiarów, obrony prestiżu armji i sądu, jednostronnie pojętego pożytku narodowego, lecz zgoła nieszlachetnych środków. Wyrok ostateczny z 12.VII.1906 r. rehabilituje Dreyfusa ostatecznie: zostaje uznany niewinny, sprawa jego nie wraca już do trybunału wojskowego, lecz na tem zostaje zamknięta.

Ostatni akcent „sprawy”, zadośćuczynienie dla Dreyfusa i Picquarta, jest polityczny. Picquart, pamiętać to trzeba, rok przeszło przesiedział w więzieniu w najgorszym dla Dreyfusa okresie, nie cofnął się jednak nigdy, gdy raz się przekonał o jego niewinności, choć zrazu zupełnie w nią nie wierzył. Poprzez oficjalną nagrodę dla nich radykalny rząd Combes’a utwierdzał swą pozycję w walce z prawicą i kongregacjami religijnemi, zaangażowanemi przeciw Dreyfusowi. Dreyfus mianowicie zostaje szefem szwadronu i kawalerem Legji Honorowej, Picquart generałem brygady. To jest pierwsze oblicze sprawy Dreyfusa. Drugie jest dużo ciekawsze i istotniejsze.

Wstrząs sumień

W „czasach dreyfusowskich” (określenie Jerzego Sorela) Francja podzieliła się na dwa obozy. Zwolenników i przeciwników Dreyfusa (dreyfusards et antidreyfusards ). Linja podziału była nieubłagana: rozdzielała wczorajszych przyjaciół, przebiegała między rodzinami. Klasycznym przykładem tej rzetelności moralnej, jaką w duszach mnóstwa Francuzów obudziła „sprawa” jest zachowanie się majora Brévu, jednego z członków trybunału w Rennes. Brévu jest antysemitą, przekonanym o winie Dreyfusa, brat jego, ksiądz katolicki, należy do nielicznych księży uznających go za niewinnego. Wzywa więc majora, by wedle sumienia sądził – ten, wierzący, modli się przed każdą rozprawą i ostatecznie jest jednym z dwóch sędziów (na siedmiu) głosujących za uniewinnieniem Dreyfusa.

Zrazu jednak podziału niema. Żyd, szpieg na rzecz Niemiec, to przy silnej wówczas ksenofobji przeciętnej opinji wystarczy. Ulica jest przeciw Dreyfusowi. Wygwizduje jego zwolenników, znieważa go, ba, dochodzi nawet do brutalnego targnięcia się na prezydenta Loubet’a. Umiejętna agitacja liryczna Barrésa, wyniosły patos Maurrasa, demagogja nacjonalistyczna Rocheforta, Dérouléde’a, wpływ zatem piór pierwszorzędnych urabia opinję przeciw Dreyfusowi. Pierwsi jego zwolennicy są nieliczni, nieśmiali, nie wiedzą wzajemnie o swych poczynaniach. Dopiero „J’accuse” Zoli ich ośmiela. Clemenceau, wieczny opozycjonista, otwiera swą „L’Aurore” dla kampanji w imię Dreyfusa, poważniejsze pisma zwolna poczynają wątpić o jego winie. Zawiązuje się Liga Obrony Praw Człowieka i Obywatela, znana dziś z humanitarystycznej działalności, wówczas mająca na celu koordynację wysiłków o rewizję procesu. Odpowiedzią ze strony przeciwników było zawiązanie Ligi Ojczyzny Francuskiej. Tu i tam należeli wybitni pisarze, intelektualiści, profesorzy. Nawet po oficjalnem zamknięciu „sprawy” bynajmniej nie zostaje ona zamknięta w pamięci i opinji. Skrajna prawica i rojaliści pozostają do dnia dzisiejszego pewni winy Dreyfusa. Gdy przeto, najkompletniejszem przedstawieniem „sprawy” i biblją dreyfusizmu jest sześciotomowa „Histoire de l’Affaire Dreyfus” Josepha Reinacha, to prawicowcy za ewangelję w tej kwestji uważają usiłujący dowieść winy „Précis de l’Affaire Dreyfus” pióra Henri Dutrait – Crozon. Są to naturalnie tylko dwie podstawowe i przeciwstawne pozycje w olbrzymiej literaturze o Dreyfusie.

Skąd jednak ten wstrząs sumień, to nagłe rozpłonięcie poczucia moralnego? Pamiętać należy o tej cesze charakteru francuskiego, jaką znakomity romanista niemiecki, Robert Curtius uznaje za jedną z najbardziej znamiennych: o głębokiem poczuciu sprawiedliwości i szacunku dla prawa. Najszczersi zwolennicy Dreyfusa nietyle może o niego walczyli, ile o znieważone prawo i prawdę. Sprawiedliwość została naruszona, prawda dla doraźnych potrzeb naciągnięta. A „prawda określa słuszność”, wedle sokratesowskiej maksymy, którą Daniel Halévy, wskaże jako hasło etyczne dreyfusizmu. Oburzenie więc i opór przeciw nagięciu prawdy, złamaniu prawa, w rezultacie konieczność rehabilitacji.

Tu się rzecz komplikuje. Rehabilitować przeciętną, niewinnie skazaną jednostkę, dobrze. „Lecz rehabilitować Dreyfusa, to wywołać zamieszanie niezmierne. Któż go uwięził, osądził? Kto pragnął kary? Sztab główny, armja, minister wojny, namiętna wola ludu. Rehabilitować Dreyfusa, to uderzyć w społeczeństwo francuskie, to być może umniejszyć jego ojcowiznę honoru. W zwykłym takim wypadku motywy za działaniem są słabsze, za niedziałaniem prawie żadne; powinniśmy działać, a nie działamy; w wypadku Dreyfusa motywy za działaniem są bardzo silne, motywy przeciwne jeszcze silniejsze”. (D. Halévy „Apologie pour notre passé”). To słowa uczciwego dreyfusisty przekonanego, że po stronie przeciwników nietylko była demagogja, bo tej po stronie zwolenników również nie brakło, lecz szczere przekonanie, druga słuszność. Spór był tragiczny, bo zmierzyły się dwie równe słuszności, a zwycięstwo i sprawiedliwość przyjść mogły tylko za klęską jednej z nich. Więc ważyły się serca i mózgi i sprawa, która od strony wypadków zewnętrznych była nieraz płaska i podła, od tej strony zdumiewa wysokością moralną. Dreyfus był tylko pretekstem, rzecz nie szła o skrzywdzonego oficera, lecz o spór, gdzie los tej właśnie jednostki był tylko symbolem. Oznaczał tylko skrzywdzoną jednostkę w obliczu wielkich potrzeb zbiorowości, słuszności więc były równe. Francja ówczesna przeważyła jednak szalę na stronę potrzeb jednostki, na stronę sprawiedliwości i prawdy. To była zdobycz etyczna sprawy Dreyfusa, którą rozmieniono jednak na drobne zdobycze polityczne.

Gdy wielki spór zamienił się w latach Combes’a w pospolitą rozgrywkę polityczną, nie było już czemu triumfować. Przez zwycięzcę greckiej tragedji przeznaczenie zwycięża, nie on, i nie radość jest udziałem widza, lecz zadania nad nierozwikłanem ludzkiemi środkami splątaniem spraw ziemskich. „Ofierze zadośćuczyniono, niesprawiedliwych ukarano. Skończyło się, tem lepiej. Zachowajmy wspomnienia nasze, które nam wszystkim prawie zaszczyt przynoszą, nigdy nas nie umniejszają; czcijmy nawet ten kryzys, brutalny, lecz nie chorobliwy, który do tak wytężonej zmusił nas pracy; i nie wyśpiewujmy, żeśmy zwycięzcami, bo pomieszanie było wielkie”. (D. Halévy).

Literatura i sprawa Dreyfusa

Literatura w sprawę Dreyfusa wkroczyła wystąpieniem Zoli. Zola sprawę ujął jednak w sposób, swą szlachetną niezręcznością, typowy dla gorączki podrażnionego etycznie intelektualisty. Oficerów nazywał djabelskimi sprawcami pomyłki, ekspertów rozmyślnymi kłamcami, apelując do prawa, w czasie procesu rzucał, że jeśli przegra, nie zna prawa i prawo go nie obchodzi! Zola oprócz „J’accuse” napisał wiele artykułów, listów otwartych (zebrane w tomie „La vérité en marche”) przesadnych w rozkładaniu białych i czarnych plam, lecz cennych, jako dokument wzniosłej „zdrady klerka”.

Nazwisko też Zoli najbardziej zostało z sprawą Dreyfusa związane. Niezbyt słusznie, bo w sposób najbardziej dla pisarza obowiązujący – poziom myślowy, śmiałość ujęcia – związał z nią swe imię mało poza Francją znany Charles Péguy. W latach samej „sprawy” Péguy jest studentem, z laską staczającym bitwy na dziedzińcu i wokół Sorbony, lecz przeżywa „sprawę” najgłębiej. On też napisze najpiękniejszy dokument literacki, z lat tych zrodzony, „Notre jounesse” (1910). W jego oczach sprawa Dreyfusa to najwznioślejszy moment w wiecznej walce ducha z doczesnością o sprawiedliwość, o prawo, o wolność człowieka. Péguy widzi „sprawę” oczami ewangelicznego chrześcijanina, choć później dopiero się nawróci, dla którego najwyższym nakazem moralnym jest miłość bliźniego i szacunek. Péguy też z oburzeniem odejdzie od oficjalnego dreyfusizmu, z chwilą gdy ten przestał być – jak on mawiał – „mistyką” a stał się „polityką”. Z chwilą gdy pod pokrywką obrony znieważonych wartości moralnych szło już tylko o walkę z prawicą. Péguy dokona wówczas schizmy, zostanie, jak go niedawno nazwano, wielkim inkwizytorem oficjalnego dreyfusizmu, nieubłaganym w tropieniu załamań moralnych u zwycięzców. Ba, Dreyfusowi miał do zarzucenia, że nie spełnił swej roli do końca, przyjmując łaskę i nie chcąc być ofiarą. Mistyka zaś dreyfusizmu, mistyka nieustępliwej walki etycznej pozostanie na zawsze u Péguy pionem jego działalności literackiej.

Wir wokół sprawy Dreyfusa był tak wielki, że nawet pisarze dalecy od mieszania się do polityki, porwani nim zostali. Sprawa ta nawracać będzie w tle „A la recherche du temps perdu” Prousta, będzie dla niego miarą dziania się i zapadania rzeczywistości w czas. Anatol France na czas „sprawy” wyrzeknie się swego sceptycznego i ironicznego dyletantyzmu. Ze znanych pisarzy, on pierwszy, jeszcze przed Zolą, wypowiedział się w obronie niewinności Dreyfusa. W „L’Affaire Crainquebille” i „L’anneau d’Améthyste” opowie dwukrotnie „sprawę”. Zwłaszcza „Pierścień z ametystu” to bezpośrednia kronika „sprawy”, gdzie France w materjał powieściowy przerabia to, co było najnowszem odkryciem, ostatnią wiadomością dziennikarską. Lecz szczere przejęcie u tego intelektualnego anarchisty nie trwa długo. W „L’Ile des Pingouins” wykpiwając całą historję Francji uczyni to samo z sprawą Dreyfusa. Lecz o to mniejsza. Dość, że tak wielki sceptyk, człowiek który niczemu właściwie nie był wierny, sprawie Dreyfusa przez pewien czas potrafił być wierny.

Pozostają pisarze nacjonalistyczni. Leon Daudet i Maurras ku rozgłosowi wypłynęli w dużej mierze z kręgów, wywołanych sprawą Dreyfusa. Zwłaszcza Maurras. Jak wspominaliśmy, przywódca intelektualny „Action Français” po samobójstwie Henry, wśród początkowej konsternacji nacjonalistów, nie stracił rezonu, lecz umiał wytworzyć aureolę bohaterstwa wokół samobójcy. Dowodził on, że apokryficzny list Henry należało interpretować w korzystnym dla niego sensie, ponieważ odtwarzał on niedostępny już wówczas autentyczny dokument, lub rozmowy, jakie rzeczywiście miały miejsce. Samobójstwo Henry, to nie była ucieczka zdemaskowanego fałszerza, ale najwyższe poświęcenie. – Cała zresztą ideologja, Maurrasa skrystalizowała się w tym okresie quand les Français ne s’aimaient pas, jak zatytułuje on swą pisarską kronikę lat 1895- 1905. W ogniu sporu logiki jurysta Maurras wytworzył swą rojalistyczną doktrynę, zwartą myślowo, zbyt zwartą jednak, by mogła w miarę nagiąć się do życia, zwyciężyć. W ogniu tegoż sporu liryk Barrés wydoskonalił swa broń, nauczył się wielkiej sztuki świadomego wzruszania drugich, budzenia wielkich uczuć narodowych, jaka stanowi jego kartę literatury francuskiej.

Waśń braterska

Tak oto wokół niewinnie skazanego oficera splątały się namiętności i myśli. Od człowieka ulicy, wygwizdującego Zolę, po szczyty kulturalne Francji cały naród stanął do walki o sprawiedliwość. Walka była namiętna i twarda, oczyściły się w niej serca, wzmocniła zwycięska Republika, obwarowali swe pozycje przeciwnicy. W atmosferze moralnej tych lat wytworzyło się wiele ożywczego ozonu. W atmosferę tę dzisiaj zanurzając się, jedno przynajmniej zapamiętamy: że wielkim i zdrowym moralnie jest naród, który stać było na taki spór, naród, który umiał go na takim poziomie rozegrać i wyjść wzmocniony. „Gdy bracia żywią miłość ku sobie, wiąże się węzeł między nimi mocniejszy nad inne węzły ludzkie. Gdy bracia się waśnią i węzeł pęka, waśń ich również silniejsza jest nad inne”.

Kazimierz Wyka

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close