U Henryka Sienkiewicza (cz. 1)

Zaprzeczyć się nie da, że nikt w naszych czasach nie rozniósł po świecie sławy imienia polskiego tak szeroko, jak twórca Quo vadis i Trylogii. Możemy się poszczycić takimi pierwszorzędnymi talentami w zakresie literatury, malarstwa i muzyki, jak Klaczko, Siemiradzki, Paderewski, Reszkowie, Kochańska i Modrzejewska, których sława jest dziś wszechświatową, a przecież Sienkiewiczowi należy się w tym zaszczytnym poczcie bezwarunkowo miejsce naczelne, gdyż z jego powieści historycznych, tłómaczonych na wszystkie główne języki, (a tak polskich w każdym calu, iż nawet, starorzymskie z czasów Cezarów Quo vadis zaprawne jest w postaciach Ursusa i Ligii pierwiastkiem polsko-słowiańskim), dowiedział się świat cywilizowany, jacy byli nasi ojcowie, gdyśmy się uważali za „przedmurze Chrześcijaństwa”, a jednocześnie z jego powieści współczesnych i nowel poznał nas, jacy jesteśmy dzisiaj, my, o których w ogóle świat troszczy się tak mało…

Ale jednocześnie dokazał czegoś więcej jeszcze: oto zdobył sobie za życia wdzięczność i uwielbienie swych rodaków, zadając kłam tak zresztą prawdziwemu przysłowiu, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Nie znaczy to, by w ciągu swego literackiego zawodu nigdy nie spotykał się z syczącymi głosami zawiści swoich „kolegów po piórze,” w końcu jednak, po napisaniu Trylogii, wzniósł się nad głowy ich tak wysoko, że go już żadne zatrute pociski nie dosięgają, a społeczeństwo nie daje się im uwieść…

Ale bo też ten „mistrz słowa” dokazał prawdziwego cudu, cudu, który był marzeniem Mickiewicza, marzeniem – dotychczas przynajmniej – nieziszczonem.

O, gdybym kiedyś dożył tej pociechy,
Żeby to księgi zbłądziły pod strzechy…
Gdyby też wzięły wieśniaczki do ręki
Te księgi proste, jako ich piosenki!

O ile Mickiewicz pociechy tej nie dożył – bo nawet prosty Pan Tadeusz pozostał aż po dziś dzień dla naszych maluczkich niezrozumiałym – o tyle książki autora Potopu nietylko „zbłądziły” pod strzechy ludu wiejskiego, do suteryn i poddaszy ubogiej ludności robotniczej, lecz w nich znalazły trwałą siedzibę. Gdzie dotychczas, prócz książki do nabożeństwa, czytano tylko „powiastki dla ludu” i „senniki egipskie,” a w najlepszym razie kalendarze, tam dzisiaj młodzi i starzy nie dosypiają nocy nad przejściem Skrzetuskiego przez obóz nieprzyjacielski pod Zbarażem; tam dzisiaj młodzi i starzy płaczą nad śmiercią Podbipięty (i dają swe grosze wdowie na mszę za jego duszę); tam dzisiaj młodzi i starzy z dziecinnem zaciekawieniem śledzą bohaterskie czyny Kmicica na Jasnej Górze; tam dzisiaj młodzi i starzy z bijącem sercem drżą o losy Wołodyjowskiego w Kamieńcu; tam dzisiaj młodzi i starzy pękają od śmiechu, przy czytaniu facecyi i dowcipów Zagłoby.

A to samo powtarza się i po dworkach szlacheckich i w pałacach wielkopańskich, i w skromnych mieszkaniach urzędniczków, i w wytwornych apartamentach bogatego mieszczaństwa, i to zarówno wśród „państwa,” jak i pomiędzy służbą.

Powiedział stary Fredro, że na to, by w Polsce dobić się zasłużonego uznania, trzeba umrzeć, albo za życia stać się mitem, t. j. nie stykać się z ludźmi, trzymać się od nich zdaleka, nie spotykać się z nimi przy lada okazyi, słowem, nie dawać się im poznać osobiście. W słowach tych, podyktowanych rozgoryczeniem, jest sporo prawdy, w stosunku jednak do Sienkiewicza są one zgoła pozbawione słuszności: Sienkiewicz bowiem, lubo cieszy się sławą, jakiej nigdy jeszcze nie miał za życia żaden pisarz u nas, mimo to wcale nie hołduje powyższej teoryi autora Zemsty; przeciwnie, mieszka stale w Warszawie, można go spotykać po redakcyach, na różnych zebraniach literackich, na ulicy, w teatrze, na koncertach, etc. etc. Nie stara się być mitem: prawie wszystkim „kolegom po piórze” jest znany osobiście, a przestając z nimi, bywa znacznie milszym i uprzejmiejszym, niż wielu mniejszych od niego.

Mieszka przy ulicy Wspólnej, pod Nr 24, róg Kruczej, na drugiem piętrze, razem z teściową swą, panią Szetkiewiczową (teścia stracił niedawno). Szczegół charakterystyczny, iż na całej przestrzeni ulic Wspólnej i Kruczej każdy stróż czy stróżka domu, każda służąca, każdy stojący na rogu posłaniec, zapytani: „Gdzie mieszka pan Sienkiewicz?” potrafią odrazu udzielić dokładnej informacyi w tym względzie, co, bądź co bądź, świadczy o niezwykłej popularności pisarza. Podobnie w swoim czasie znaną była na całej Rue du Bac pani Staël…

Życie, jakie tu prowadzi Sienkiewicz, jest bardzo spokojne, w przeważnej części oddane najbliższej rodzinie – dzieciom, oraz pracy literackiej, która mu stale pochłania kilka godzin dziennie.

– Ludziom się zdaje, – mówił niedawno – że ja utrzymuję Bóg wie jakie stosunki ze światem; tymczasem zdarza się bardzo często, że gdy nie wyjdę z domu, to po kilka dni, a niekiedy i tygodniami całymi, nie widuję nikogo, prócz najbliższych.

Mówiliśmy o tem, stojąc przed dużych rozmiarów kopią bronzową słynnego Byka farnezyjskiego, świeżo nadesłanego mu z Neapolu przez firmę wydawniczą Detken e Roscholl, która zrobiła majątek na włoskiem tłumaczeniu Quo vadis… Grupa ta, uchodząca za jedno z największych arcydzieł rzeźby starożytnej (oryginał znajduje się, jak wiadomo, w muzeum Neapolitańskiem) jest wyrazem hołdu pomienionej firmy księgarskiej, która rozprzedawszy w ciągu kilku miesięcy 30 tysięcy egzemplarzy rzymskiej epopei Sienkiewicza, poczuła się do obowiązku okazania mu w jakiś sposób swej wdzięczności. Wybór Byka farnezyjskiego, wyobrażającego chwilę, gdy synowie Antjopy przywiązują omdlałą Dirce do rogów potężnego tura, jest aluzyą do słynnej sceny cyrkowej z Quo vadis

Rzeźba ta, mniej więcej na metr szeroka i wysoka, ustawiona przy oknie na odpowiednim stoliku, jest jedną z głównych ozdób salonu autora Połanieckich.

Pod przeciwległą ścianą, podobne do greckiej hermy, stoi alabastrowe popiersie Sienkiewicza, dłóta Welońskiego, ofiarowane mu z powodu 25-letniego jubileuszu pracy literackiej przez uczestników zebrań piątkowych u doktora Benni’ego, na których autor Krzyżaków bywa stałym gościem… Na tejże ścianie, nad kanapą, wisi olejny portret „Henia” Sienkiewicza, malowany przez Mordasewicza, a z rysów twarzy uderzająco podobny do ojca; po obu bokach wisi kilka akwarel, wyobrażających widoki Wenecyi, gdzie Sienkiewicz zwykle spędza z dziećmi cały wrzesień, a która jest jego ulubionem miastem…

– Kąpiele morskie na Lido doskonale robią moim dzieciom, bez porównania lepiej, niż morze północne Bretanii lub Belgii, a przytem uważam, że niema nic cudniejszego nad Wenecyę we wrześniu, gdy już słońce nie pali tak, jak w sierpniu, a zachodzi tak wspaniale, że nigdzie nie, widzi się piękniejszych zachodów. Sama Wenecya jest o tej porze śliczna. Widziałem ją w różnych porach roku, ale nigdy nie wygląda tak wspaniale, jak wczesną jesienią, w czasie sezonu kąpielowego na Lido. Uważam też, że pobyt w Wenecyi jest bez porównania przyjemniejszy, niż w takiej Abazyi np., w której ludzie nie wiedzą, co z sobą robić. Tymczasem w Wenecyi nudzić się niema kiedy, a chcąc poznać jej cuda, jej pałace, kościoły, dzieła sztuki etc., trzeba w niej koniecznie pomieszkać czas jakiś…

Niemniejszy kult, aniżeli dla „królowej Adryatyku,” żywi Sienkiewicz dla nowoczesnego malarstwa angielskiego, dla prerafaelitów wogóle, a dla Burne Jonesa w szczególności. Świadczy o tem kilka reprodukcyi najpiękniejszych dzieł tego ostatniego, oraz Wattsa, zdobiących ściany salonu, a sąsiadujących z kilku wartościowymi oryginałami naszych artystów: z przepysznie pojętym Latarnikiem Stachiewicza, może najlepszą głową tego artysty, a stanowczo najlepszą w narysowanej przez niego galeryi postaci Sienkiewiczowskich, oraz ze znakomitym szkicem piórkowym Pochwalskiego, wyobrażającym Sabałę.

Całą jedną ścianę zajmują portrety rodzinne Sienkiewiczów, Szetkiewiczów, Cieciszewskich (matka autora Niewoli tatarskiej była Cieciszewska z domu). Prócz pięknej miniatury prababki i doskonale zachowanego portretu dziada, Józefa Sienkiewicza, w mundurze podpułkownika artyleryi Wojska Polskiego (za czasów Wielkiego Księcia Konstantego), największą zwraca na siebie uwagę wiszący pośrodku portret biskupa Cieciszewskiego, który był bratem Adama, pisarza koronnego, pradziada Sienkiewicza po kądzieli. Biskup jest wyobrażony w pysznym kardynalskim stroju. Jako o biskupie łuckim i arcybiskupie mohylowskim, wyczerpująco pisze o nim Julian Bartoszewicz w Encyklopedyi Orgelbranda. Postać to tem bardziej zajmująca, że „literacka żyłka” cechowała biskupa już w stopniu bardzo wybitnym. Oto końcowy ustęp życiorysu jego, skreślonego piórem autora Anny Jagiellonki: „Umarł 28 kwietnia 1831 roku. Biskupem był przez lat 50, z tych dyecezyalnym w Kijowskiem lat 43, w Łuckiem lat 29, w Mohylowskiem lat 4. Słynął nauką, wymową, świętobliwem życiem, umiał doskonale po włosku, po łacinie, po grecku, po francusku i po niemiecku. Moc zostało po nim w druku różnych pism, kazań, mów pogrzebowych i listów pasterskich; po największej części sam to wszystko wypracowywał, pod koniec tylko życia wzrok utracił i już pisać nie mógł. Wtenczas sławił go wierszem Bruno Kiciński, którego matki Cieciszewski był rodzonym stryjem. Wiersz Brunona o Arcybiskupie („Poezye,” Warszawa, 1840, I, 50) ma nawet szczegóły biograficzne; wspomina tam Kiciński o sławnym obchodzie 50 lat kapłaństwa, na którym się znajdował, i 50-letnim obchodzie w lat kilka potem biskupstwa. Prawdziwy pasterz, dawał duszę swoją za owce swoje i kiedy hojną ręką rozsypywał jałmużny, mawiał do ubogich: „Com wam dał, bliźnim w potrzebie wróćcie.” *)

Przypatrując się tym portretom rodzinnym Sienkiewicza, zapytałem przy sposobności, jaki jest stosunek jego – i czy istnieje wogóle – do zaszczytnie znanego w historyi naszej literatury z pierwszej połowy bieżącego wieku Karola Sienkiewicza, autora Skarbca historyi polskiej, wydawcy cennych Documents historiques relatifs à la Pologne etc.

– Nie łączy nas najmniejsze pokrewieństwo. Jest to całkiem inna rodzina, nawet innego herbu.

Ponieważ dziad naszego pisarza, nim wstąpił do wojska polskiego, przedtem służył w armii Napoleona, więc mimowoli potrąciłem znów o temat, który już nieraz poruszałem w rozmowach z autorem Bartka zwycięzcy, mianowicie: że jest on stworzony do napisania powieści historycznej na tle wojen Napoleońskich i bohaterskich walk Legii nadwiślańskiej… Powieść taka, z głównym bohaterem legionistą (już Mickiewicz marzył o takim Legioniście) z Somosiery, z Berezyny, z bitwy pod Lipskiem, etc. etc., toż to mogłaby być epopeja.

– Niewątpliwie, a nawet napisanie podobnej rzeczy przyszłoby mi łatwiej, niż komu innemu, gdyż od dzieciństwa wzrosłem w tradycyach wojskowych Napoleońskich. Niestety, żeby chcieć wyzyskać wszystkie świetne tematy, które się dopraszają opracowania w formie powieści historycznej, życiaby ludzkiego nie starczyło. Cóż za świetnym tematem np. jest historya Władysława Warneńczyka i jego wyprawy pod Warnę! W jednej ze starych kronik (w Kalimachu) wyczytałem nawet bardzo romantyczny epizod miłosny z tej bohaterskiej epopei, z której dałoby się stworzyć jakąś polską Achilleis; zacząłem nawet przemyśliwać nad tym tematem, ale w końcu zarzuciłem go, jak tyle innych, które jednak dobrzeby było opracować… Przez jakiś czas np. nosiłem się z myślą napisania dramatu na tle wojny Trojańskiej, dramatu, którego głównym bohaterem byłby Hektor, tajemnie kochający się w Helenie.

Jest to sytuacya, do której nawet upoważniają niektóre napomknienia w Iliadzie, np. ta, gdzie Helena powiada o Hektorze, iż zawsze był wyjątkowo dobry dla niej. Ostatecznie nasuwa się nieraz pytanie: dlaczego to oblężenie Troi trwało tak długo, kiedy oddanie Heleny Grekom mogło mu odrazu koniec położyć? Władza, którą miał Hektor w grodzie Pryamowym była taka, iż na jego rozkaz Parys musiałby się wyrzec pięknej żony Menelausa. Czemu Hektor brata swego nigdy do tego zmusić nie usiłował? Tuby można postawić taką poetyczną tezę, że i on uległ nieprzepartemu czarowi Heleny, na której widok nawet starcy niemieli z zachwytu, mówiąc do siebie „po cichu” za jej ukazaniem się na murach:

Próżno to; patrząc na twarz i taką urodę,
Niemasz się przecz dziwować, iż tak wiolką szkodę
Dla niej Trojanie cierpią i mężni Grekowie:
Dosyćby być boginią takiej białogłowie!

Mimo to jednak, powiadają ciż starcy zaraz w następnym wierszu:

Ale jaka jest kolwiek, niech na morze wsiędzie.
A nam i dzieciom naszym przyczyną (wojny) nie będzie.

Wobec takiego usposobienia starców trojańskich, z Pryamem na czele, oddanie Heleny Grekom, gdyby tego domagał się główny wódz, Hektor, musiałoby wbrew opozycyi ze strony Parysa dojść do skutku. Jeżeli stało się przeciwnie, to – można przypuścić – stało się to za sprawą Hektora, który, opętany urokiem pięknej Greczynki, wolał wszystko postawić na kartę, niż wyżec się jej widoku. Tak zrozumiany, stałby się znakomitą postacią dramatyczną, bohaterem, w którymby toczyły z sobą tragiczną walkę patryotyzm syna Troi z fatalną miłością dla kobiety.

Helena musiałaby tu być przedstawiona jako symboliczne wcielenie tej siły, która nas przykuwa do kobiety, siły, z którą daremna walka, a Hektor jako jej ofiara, jako człowiek, który dla tej miłości, wbrew przekonaniu i poczuciu obowiązku, poświęca wszystko: szczęście swego rodzinnego miasta, żony, syna, całą przyszłość ojczyzny, a wszystko dlatego jedynie, bo nie może pogodzić się z myślą, że w przeciwnym razie nie mógłby raz po raz napawać oczu nieziemską urodą Heleny, pod której nieprzepartym urokiem pozostawał. Gdyby się wyrzekł widoku jej, uratowałby zgnębioną ojczyznę, oswobodziłby Ilion od srogiego najeźdźcy, a jednak, choć od niego to tylko zależy, bo jego głos jest rozstrzygającym na radzie wojennej, nie czyni tego. Czemu? Bo dobrowolne pozbycie się możności widzenia Heleny przechodzi jego siły.

Za sprawą złowrogiego fatum, które się nań sprzysięgło, (a które w całej sztuce, jak w greckiej tragedyi, musiałoby się, jak drapieżny jastrząb nad stadem gołębi, unosić nad akcyą i wolą działających figur), z całą świadomością prowadzi losy swego rodzinnego miasta nad brzeg przepaści, co prawie równa się wysyłaniu go na śmierć pewną, aż w końcu znajduje wyzwolenie ze swej męki, idąc na bój z Achillesem, pomimo przeczucia, iż bój ten zakończy się dla niego śmiercią nędzną… Tak pojąwszy Hektora i wysunąwszy go na pierwszy plan w tragicznej walce z samym sobą, braci jego, z Parysem na czele, którym przypadłaby rola figur drugoplanowych, zamierzałem przedstawić jako zniewieściałych i zblazowanych dekadentów, rozmiłowanych w muzyce, w sztuce, w różnego rodzaju bohaterach, ale nie stworzonych ani do walki, ani do przewodzenia Trojanom, do czego zgrzybiały Pryam także się już nie nadawał. Tym sposobem cała odpowiedzialność za wszystko spadałaby na Hektora… Dramat ten zacząłem już nawet pisać, ale zarzuciłem go ostatecznie… Z pomysłu tego jednak chętnie zrobiłbym prezent któremu z naszych poetów, np. Tetmajerowi lub Rydlowi, którzyby go mogli opracować nawet wierszem, do czego się w zupełności nadaje…

Ośmieliłem się zauważyć, że takie nadawanie konkretnych kształtów pomysłom cudzym udaje się rzadko (nawet taki geniusz, jak Goethe, nie mógł się odważyć na dokończenie Schillerowskiego Demetriusa, choć zrazu zapalił się do tej myśli), i że szkoda tak świetnego pomysłu nie wykonać samemu, kiedy się jest autorem Quo vadis… Wprawdzie, gdy chodzi o podarowanie go któremu z młodych poetów, odrazu przychodzi na myśl Wyspiański, który jako autor dwóch tragedyi greckich Meleagra, oraz Protesilasa i Laodamii najbardziejby się może do napisania takiej tragedyi nadawał, ale nie ulega żadnej wątpliwości, że najlepiej napisałby ją sam pomysłodawca…

Rozmawiając na ten temat, przeszliśmy do przyległego gabinetu, będącego literacką pracownią mistrza, gdzie zaczął pisać Quo vadis, a obecnie pisze Krzyżaków.

Pokój to narożny o trzech oknach, a wystarcza przekroczyć jego próg, by się zoryentować odrazu, iż się jest w mieszkaniu artysty, rozmiłowanego w książkach, w obrazach, w dziełach sztuki, w starożytnościach i… myśliwstwie.

Cały pokój, wysłany dywanem w wielkie kwiaty, drzwi osłonione ciężką portyerą, nad oknami i firankami draperye odpowiednie do ponsowego koloru tapet; pośrodku duży, sukiennym obrusem nakryty stół, pełen książek, gracików i różnych przyborów do pisania; pomiędzy dwoma oknami wytworne biureczko, uginające się pod mnóstwem cacek, ramek i bibelotów; kominek, wyglądający z za japońskiego parawaniku, zastawiony wazonikami porcelanowymi, bronzami, fotografiami; pod główną ścianą wielka otomana, dalej garnitur miękkich, wyściełanych mebli, gustownie rozstawionych; przy drzwiach oszklona biblioteka, szczelnie wypchana ozdobnie oprawnymi woluminami; na ścianach, prócz kilku półek i półeczek z książkami, mnóstwo obrazów, obrazków, szkiców, rogów jelenich i bawolich, czaszek zwierzęcych, starej broni, buław, karabeli, czekanów, łuków i strzał tatarskich; ponad tem wszystkiem zaś króluje wielki rogaty łeb łosia, jakby wyglądąjący z jednej ze ścian, z pod samej powały, oraz piękna, nadzwyczaj oryginalna lampa wschodnia, zwieszająca się ze środka sufitu.

Całą ścianę nad otomaną zajmują dwa naturalnej wielkości portrety pendzla Pochwalskiego: znany portret Sienkiewicza z roku 1890, bezwarunkowo najlepszy ze wszystkich jego portretów, oraz portret ś. p. pani Sienkiewiczowej, matki dwojga dzieci mistrza, Henryka i panny Jadwigi. Tej ostatniej piękne popiersie gipsowe, roboty Nalborczyka z Zakopanego, bieli się w rogu pokoju, tuż pod portretem matki, której łagodne, a przytem typowo piękne rysy żywo przypomina.

Przypatrując się portretowi autora Bez dogmatu, jego postaci siedzącej w stylowym fotelu, a przodem zwróconej do widza, jego twarzy ściągłej, rasowej, oliwkowo-śniadej, jakby u południowca, zakończonej krótkostrzyżoną hiszpanką, twarzy prawdziwie męskiej o rysach regularnych, szlachetnych, z nosem suchym, patrycyuszowskim, z oczyma czarnemi, pełnemi wyrazu i jakiejś smętnej zadumy w spojrzeniu, i kiedy się widzi poważne zamyślenie, doskonale na tym portrecie uwydatnione przez malarza, a wogóle Sienkiewiczowi właściwe, mimowoli przypomina się słynny Lorenzo il pensieroso, którego pełne ponurego zamyślenia oblicze nacechowane jest podobnym wyrazem…

Jednocześnie, patrząc na ten portret, malowany w epoce pisania Bez dogmatu, ma się wrażenie, iż jest to wymowny portret pisarza, który dał światu postać Płoszowskiego, tego Werthera i Hamleta z końca XIX w.

Kiedy, stojąc przed tym portretem z roku 1890, ma się jednocześnie możność rzucenia okiem na Sienkiewicza samego, dostrzega się bardzo niewielką w powierzchowności jego zmianę, tyle tylko, że mu w ciągu tych lat dziesięciu przybyło sporo siwych włosów: ciemny szatyn na portrecie jest dziś dobrze już szpakowatym.

Prócz portretu pendzla Pochwalskiego, nie brak tu pomiędzy obrazami także i innych wizerunków twórcy Potopu. Jeden jest malowany akwarelą przez Witkiewicza, a wyobraża autora Listów z Afryki w myśliwskim stroju, z fuzyą w ręku, spoczywającego wśród olbrzymich kaktusów podzwrotnikowych. Tegoż Witkiewicza jest ładna akwarela, wyobrażająca polowanie na bawoły wśród stepów amerykańskich. „Jest to – objaśnił mię Sienkiewicz – rodzaj fantastycznej illustracyi do moich Listów z Afryki.”

Dalej zwraca na siebie uwagę obraz Rosena, ofiarowany przezeń autorowi Trylogii po owem nadesłaniu mu z Podola od jakiegoś „Wołodyjowskiego” piętnastu tysięcy rubli, które później Sienkiewicz złożył w Akademii Umiejętności, jako fundusz imienia Maryi Sienkiewiczowej, na rzecz dotkniętych chorobą piersiową literatów i malarzy. Będąc aluzyą do tego faktu, wystawia obraz ten Imci Pana Wołodyjowskiego podjeżdżającego na koniu do Sienkiewicza i ofiarującego mu z wyrazami Nic to worek z pieniędzmi, czego domyślać się pozwala wypisana na nim suma 15,000. W głębi widać Zbaraż i Częstochowę…

Wśród innych obrazów, gęsto rozwieszonych po ścianach, najbardziej dla właściciela ich znamiennymi, bo świadczącymi o jego upodobaniach artystycznych, są piękne światłodrukowe reprodukcye Wyspy umarłych i Willi nad morzem Boecklina, Miłość w ruinach Burne Jonesa, oraz parę rzeczy Maxa Klingera. Upoważnia to do wniosku, iż Sienkiewicz ze wszystkich kierunków w sztuce najbardziej hołduje modernizmowi…

Pewnym kontrastem w stosunku do tych symboliczno-prerafaelistowskich malowideł jest duża, dziobata od rdzy, kula armatnia, oprawna w szeroką metalową obręcz i zawieszona na metalowym łańcuchu w najbliższem sąsiedztwie Maxa Klingera.

– Jest to kula armatnia szwedzka, wydobyta z murów klasztornych na Jasnej Górze. Dostałem ją od zakonników tamtejszych, jak o tem zresztą informuje wygrawirowany na oprawie napis: Autorowi Potopu kulę tę z czasów oblężenia Częstochowy ofiarują OO. Paulini…

Cenniejszą jeszcze bez porównania pamiątką jest stojąca opodal na osobnym stoliczku pompejańskim szkatułka hebanowa, ze wspaniałą szczerozłotą rzeźbą na pokrywie. W środku tej szkatułki, będącej niezależnie od tego, co zawiera w sobie, prześlicznem dziełem sztuki, mieści się cały szereg złotych ogniw z łańcuchów królewskich Zygmunta Starego, Zygmunta Augusta, Zygmunta III, Władysława IV, Konstancyi Austryaczki, Cecylii Renaty. Prócz tego znajduje się tu jeszcze kilka paciorków z różańca Stefana Batorego, siedm pereł z naszyjnika Anny Jagiellonki.

– Pamiątki te – objaśnił mię Sienkiewicz – pochodzą z grobów królewskich na Wawelu, wyjęte z nich w czasie ostatniego otwarcia trumien na początku naszego wieku… Dostałem je niedawno w tej szkatułce od rodziny, w której posiadaniu znajdowały się dotychczas…

Patrząc na stos różnych starych foliałów niemieckich, łacińskich i polskich, leżących w nieładzie tuż przy stole, przy którym się obecnie piszą Krzyżacy, i będąc objaśnionym przez autora, że to jest mała zaledwie cząstka materyałów, zużytkowanych przezeń do tej powieści, zapytałem, kiedy ma nadzieję ukończyć tę historyę o Zbyszku? Odpowiedział, że w lutym, a najdalej w marcu.

– W każdym razie będzie to moja ostatnia powieść historyczna; potem będę pisał tylko rzeczy współczesne, jednotomowe, a noszę się także z myślą napisania kilku rzeczy dla sceny…

– A powieść z czasów amerykańskich wojen o niepodległość, o której przez czas jakiś krążyły pogłoski, że zamierza pan do niej przystąpić po ukończeniu Krzyżakom?

– To jedna z tych bajek, których wciąż mnóstwo krąży po mieście, a które, rozpuszczane nie wiem doprawdy przez kogo, zgoła są pozbawione prawdy.

Gdym przeglądał czeski przekład Krzyżaków, którego dotychczas wyszło już kilka tomów, w jaskrawych, amarantowych okładkach, (rzecz charakterystyczna, iż po czesku dzieła Sienkiewicza ukazują się, wbrew woli i interesom autora, wcześniej w książkowem wydaniu, niż po polsku), usłyszałem z ust ich autora następujące, godne uwagi objaśnienia:

– Jako temat do powieści historycznej był to ze wszystkich opracowanych przeze mnie najtrudniejszy pod każdym względem. Nie mówię już o Trylogii, do której znakomitym materyałem, pozwalającym świetnie zapoznać się z epoką i jej duchem, jest nadzwyczaj u nas bogata literatura pamiętnikowa XVII wieku. Do epoki Jadwigi i Jagiełły danych takich niema. Dziwna rzecz: pisząc o czasach Nerona, rozporządza się tak bogatym materyałem historycznym, że nie wiadomo co pierwej wziąć do ręki, choć jest to epoka prawie o dwa tysiące lat od nas odległa; tymczasem do wieku XV u nas brak zupełnie źródeł podobnych; choć o piętnaście wieków bliższa nas, wiemy o niej niezmiernie mało, tak, że prawie wszystko trzeba odgadywać intuicyjnie. Jak myślał i czuł Rzymianin w pierwszym wieku naszej ery, wiemy doskonale; a jak myślał i czuł Polak i Litwin za Witolda, w tej kwestyi nasuwają się tysiące wątpliwości.

To też bez porównania łatwiej było wczuć się i przenieść myślą w epokę Quo vadis, niż w bliższą nas o tyle epokę Krzyżaków; tamta jest całkowicie rozjaśniona przez badanie dziejowe, tak, że chodzi się po niej jak w pełnem świetle słonecznem, kiedy ta ginie w mroku i błądzi się po niej po omacku. Ale i pod innym także względem Krzyżacy nasuwali dla pisarza znacznie większe trudności, niż Quo vadis; epoka Nerona – to Rzym Cezarów, to czasy wielkiego rozkwitu kultury starożytnej, czasy wielkich pisarzów, artystów, poetów, mówców, filozofów; tymczasem wiek XIV i XV – to czasy barbarzyństwa i ciemnoty, czasy, w których sam Papież umie wprawdzie czytać, ale jest niepiśmienny i podpisuje się krzyżem, jak nasi chłopi.

Ludzie tej epoki, nietylko u nas, lecz i gdzieindziej, to natura gruba, których umysły wcale nie przewyższały inteligencyi naszych dzisiejszych fornalów i parobków, Maćków i Wojtków. Z takiego materyału tworzyć bohaterów powieściowych, którzyby mogli być poetyczni niekiedy, to było zadanie trudniejsze o wiele, niż operowanie takimi bohaterami, jak Petroniusz lub Paweł z Tarsu.

Ponieważ p. Jeremiasz Curtin tłómaczy Krzyżaków na język angielski w miarę wychodzenia ich w Tygodniku, więc mimowoli zaczęło się mówić o stosunkach literackich angielskich, o dochodach, jakie tłómaczom Sienkiewicza przynoszą przekłady jego dzieł.

– Mały przykład – rzekł Sienkiewicz, pokazując mi ostatni zeszyt amerykańskiego miesięcznika The Century Review, przysłany mu przez p. Curtina, który w nim pomieścił przekład Sienkiewiczowskiej Legendy o sądzie świętych Piotra i Pawła nad bogami Olimpu (legendę tę, jak wiadomo, przeznaczoną dla Jednodniówki na rzecz Kasy Literackiej, autor Krzyżaków odczytał przed kilku miesiącami w Resursie Kupieckiej). – Za przekład tego drobiazgu, nie wynoszącego nawet dwóch całych stron w druku – jak pan widzi – zapłacono Curtinowi 750 franków, że zaś przekładu tego dokonał z rękopisu, więc uważał za stosowne przysłać mi połowę otrzymanego przez siebie honoraryum, mianowicie 375 franków. Ponieważ nasza Jednodniówka w owej chwili jeszcze nie była wydana, a ja nie życzę sobie, by przekłady mych rzeczy ukazywały się w druku przed ich wyjściem po polsku, przeto ofiarowałem przysłane mi przez Curtina 375 franków Kasie literackiej, gdyż Legendę moją pisałem w chęci przyczynienia się czemkolwiek tej naszej młodej a tak potrzebnej instytucyi.

Legendę tę przetłómaczył Curtin za ostatniej swej bytności w roku zeszłym w Warszawie. **)

Zważywszy, że w ostatnich czasach, wskutek nadzwyczajnego zainteresowania się osobą Sienkiewicza za granicą, zjawiło się w różnych czasopismach niemieckich i włoskich, nie mówiąc już o angielskich, mnóstwo artykułów o nim, a żadne nie było w możności podać choćby kilku najbardziej ogólnikowych szczegółów z jego życia, zdawało mi się więc, że dobrzeby było, i z niemałą przyjemnością dla wielbicieli talentu autora Quo vadis, uczynić choćby drobny wyłom w tym przedmiocie.

Za asumpt do rozmowy na ten temat posłużył mi ustęp z Literatury polskiej Kuliczkowskiego, który swój rozbiór twórczości Sienkiewicza zaczyna od krótkiej biograficznej notatki.

– Tymczasem tak by się chciało wiedzieć coś o pierwszych wpływach otoczenia, którym pan podlegał w dzieciństwie, o pierwszych wrażeniach i próbach literackich, a także i o tem, czy w rodzinie pańskiej nie kwitła już t. zw. żyłka literacka.

– Rodzina moja przechowywała pewne tradycye wojskowe, których jednak nikt nie spisywał, nie wydała bowiem żadnego literata. W dzieciństwie mem niemało się nasłuchałem o Antonim Sienkiewiczu, bracie dziadka mego. Miał to być za Stanisława Poniatowskiego, a następnie Napoleona, znany żołnierz. Pisano nawet o nim sporo, bo przytem odznaczył się w dziejach naszego wolnomularstwa. Grobowiec jego na Świętokrzyskim cmentarzu w Warszawie znany jest ze swego napisu: Tu leży człowiek. Co się tyczy pociągu do literatury, to odziedziczyłem go chyba po matce, która pisywała wiersze, jakkolwiek były to tylko poezye do albumów, bez pretensyi do jakiejś głębszej wartości artystycznej. W każdym razie matka moja pochodziła z rodziny literackiej, jako spokrewniona z Lelewelami i Łuszczewskimi.

Największy wpływ wywarło na mnie to, iż całe dzieciństwo spędziłem na wsi, czemu zawdzięczam pewną znajomość naszego ludu i jego języka. Co także nie pozostało bez silnego wpływu na mnie, to znaleziony gdzieś na strychu kufer z książkami, pomiędzy któremi pisarze XVI i XVII wieku trzymali prym. Do książek tych dorwałem się jako dziecko, tak, iż mogę powiedzieć, że prawie uczyłem się czytać na Reju, Kochanowskim, Górnickim, Skardze, Birkowskim, Orzechowskim. Od tego czasu datuje się moja znajomość języka staropolskiego… Później już w szkołach, naprzód w szkole realnej, a następnie w gimnazjum Wielopolskiego, największy zapał wzbudzili we mnie Homer i Szekspir. Szekspira zacząłem czytać w 14 roku życia. Ale mi się wtedy nie podobał. Dopiero gdym go zaczął czytać w tłómaczeniu Jana Komierowskiogo z komentarzami Gervinusa, dopiero mi się oczy otworzyły… Co do moich pierwszych prób literackich, to wiele istnieje legend o nich całkiem mylnych. Często też opowiadają rzeczy, których całkiem sobie nie przypominam.

– A ileż jest prawdy w legendzie, że w Hani opisane są zdarzenia prawdziwe z pańskich czasów młodzieńczych?

– Tyle jest w tem prawdy, że kiedym w Gazecie Polskiej wydrukował Starego sługę, w którym istotnie jest trochę wspomnień, bo w dzieciństwie mem znałem takiego starego Marcina, wówczas zażądał ode mnie pan Leo, bym napisał dalszy ciąg tej noweli, mianowicie historyę Hani. W obec tego musiałem opowiadającemu bohaterowi zostawić imię Henryka, co właśnie stało się głównym powodem, że tego Henryka zaczęto identyfikować ze mną. Abakanowicza, w którym chciano widzieć Selima, poznałem znacznie później, w uniwersytecie dopiero, i nieraz uśmieliśmy się z tych przypuszczeń serdecznie.

Raz wspomniane nazwisko Abakanowicza pchnęło rozmowę naszą odrazu w innym kierunku, mianowicie w strony Parc St. Maur, pod Paryżem, gdzie Abakanowicz ma obecnie stałą swoją siedzibę, i nad skaliste wybrzeża Bretanii, gdzie znowu posiada uroczą siedzibę letnią. Autor Krzyżaków odwiedza go tam prawie co rok.

– Miejscowość, zwana Parc St. Maur, leży niedaleko Champigny, o 25 minut drogi koleją od Paryża, nad samą Marną. Jest to wieś, ale taka, jak wszystkie inne pod Paryżem, z którym ją łączy nieprzerwany prawie ciąg domów. Abakanowicz, zrobiwszy majątek na budowaniu tramwajów elektrycznych po całym świecie (między innemi w Rzymie, w Nizzy), wystawił sobie w Parc St. Maur willę, która, położona w ślicznym ogrodzie nad samą Marną, a urządzona z najwyszukańszym komfortem, może zadowolić nawet najbardziej wybredne gusta. Obok znajduje się wielkie laboratoryum elektrotechniczne Abakanowicza, które nazwał Laboratoryum Volta. Pracuje w niem, pod przewodem osobnego dyrektora, cały zastęp elektrotechników. Biuro tego laboratoryum znajduje się w Paryżu, gdzie też Abakanowicz po kilka godzin dziennie spędza. Chwile, spędzone w Parc St. Maur w gościnie u przyjaciela, zalicza autor Hani do najprzyjemniejszych.

– Blizkość Paryża pozwala oddychać atmosferą wielkiej kultury, a jednocześnie wystarcza mi nie wychylić się z Parc St. Maur, by rozkoszować się spokojem i ciszą wsi. Jest to wielka satysfakcya: rano pływać sobie czółnem po Marnie, lub chodzić po polu wśród śpiewu skowronków i ćwierkania wróbli, i czynić to w tej pewności, że wsiadłszy w pierwszy lepszy z przejeżdżających pociągów, a pociągów takich ma się dwadzieścia pięć na dzień, może się być za pół godziny w Paryżu, na Wielkich Bulwarach, w galeryach Louvre’u, albo na Polach Elizejskich, wieczór można spędzić w Operze lub w Komedyi francuskiej, słowem: doznawać wszelkich wrażeń artystycznych. A przytem ma się głowę swobodną, niema się żadnych posiedzeń, żadnych wizyt, żadnych listów do odpisywania, słowem: wszystkiego, co człowieka wciąż odrywa od pracy, a na co w Warszawie traci się tyle czasu. To też ile razy tylko mogę wyrwać się na jakiś czas do Abakanowicza, zawsze to czynię. Mało gdzie pisze mi się tak dobrze, jak u niego. Niemało też rzeczy pisałem pod jego gościnnym dachem. Połanieckich skończyłem w Parc St. Maur. Tam też pisałem znaczną część Quo vadis i Krzyżaków

Co się tycze tych dwóch ostatnich powieści, to pisał je Sienkiewicz także i w Ploumanah w Bretanii, gdzie od kilku już lat spędza u Abakanowicza, w jego tamtejszej rezydencji, połowę lata.

dom-abakanowicza

Dom Brunona Abakanowicza w Bretanii

– Ploumanah leży w obrębie departamentu Côtes du Nord. Jest to szczera Bretania, gdzie na pejzaż składają się przeważnie nagie skały i morze. Ludność, czysto bretońska, celtycka, o śniadych, ogorzałych twarzach, nadzwyczaj pobożna, mieszka w kamiennych domach, a tak mało styka się z kulturą, iż mężczyźni jedynie, z powodu obowiązkowej służby wojskowej, głównie w marynarce, znają język francuski. Kobiety mówią tylko po bretońsku. Wprawdzie i pomiędzy mężczyznami zdarzają się tacy ale należy ich szukać wśród starych. W Ploumanah znam jednego takiego, który nawet słowa nie mówi po francusku. Stary wilk morski, nadzwyczaj typowa posiać, zupełny Celt z czasów rzymskich. Najmłodsze pokolenie, ponieważ szkoły są francuskie, już mówi dwoma językami. Willa Abakanowicza, wzniesiona na zakupionej przez niego od rządu francuskiego wyspie, jest zameczkiem w stylu bretońskim, z daleka robiącym wrażenie średniowiecznego kastelu.

Zdobna okrągłą basztą o śpiczastym dachu w formie stożka, a zbudowana z kamieni, jest budynkiem masywnym bardzo, inaczej bowiem, jako wystawiona na szalone wichry morskie na wiosnę i jesienią, z pewnościąby się nie ostała. Roślinności dookoła niema. Wszędzie tylko skały i morze. Cały brzeg składa się z wielkich kamieni ruchomych, kształtem zbliżonych do grzybów, a osadzonych jedne na drugich, większe na mniejszych, na podobieństwo jajka w kieliszku. Urządzenie wewnętrzne willi tej jest oryginalne i ładne. Ze wszystkich pokojów najpiękniejszą jest sala jadalna o ścianach kamiennych z ogromnym kominem, tak wielkim, że w nim pięć osób pomieścić się może wygodnie. Jest to zupełnie sala z jakiegoś feudalnego zamku, z tą różnicą jedynie, że w niej nie zasiadają do stołu „w stal zakuci rycerze,” a gospodarzem nie jest żaden średniowieczny margraf, lecz zdolny elektrotechnik, który własną przedsiębiorczością dorobił się znacznego majątku. Mieszkając tam przez lato, Abakanowicz prowadzi dom otwarty, tak, iż bardzo często spędza się u niego wieczory w liczniejszem towarzystwie.

Z Polaków goszczą u niego czasami Porębowicz, Gierymski, Hirszberg ze Lwowa, ale najwięcej bywa Francuzów i Anglików. Raz, pamiętam, bawiła tam młoda artystka z Paryża, harfistka, i to nie byle jaka, bo „premier prix” konserwatoryum paryskiego. Nie zapomnę jednego cudnego wieczoru księżycowego, który nam ta pani urozmaicała grą na swym złotym instrumencie. W wielkiej sali kamiennej dźwięki harfy czyniły wrażenie wielkich kropel deszczu, a tymczasem przez otwarte okna widziało się olbrzymią roztocz morską, zalaną błękitnem światłem miesięcznem. Wszystko to, razem wzięte, składało się na jedyny w swoim rodzaju nastrój. Pozatem życie, jakie się tam pędzi, jest niezrównane jako dolce far niente. Rano, zaraz po śniadaniu, jedziemy najczęściej na morze; sama wyspa, na której stoi dom, jest w czasie przypływu nie większa od naszego Saskiego placu, a podczas odpływu bywa tak wielka, jak cała Warszawa.

W czasie odpływu można się do niej z łatwością dostać piechotą (boso naturalnie), a podczas przypływu, w dzień wietrzny, wiosłowaliśmy raz, chcąc dobić do brzegu, trzy kwadranse przeszło, i niewiele brakło, abyśmy się byli potopili.

Na zachodnim brzegu wyspy jest kawałek piaszczystej płaskoci, gdzie się kąpiemy w morzu; w innem miejscu założył Abakanowicz hodowlę ostryg; w małej zatoczce, nad którą wznosi się osada, ma swój jacht.

Rankiem jeździmy na połów ryb i homarów, lub strzelamy do kormoranów. Po lunchu, gdy pogoda sprzyja, robi się wycieczki jachtem żaglowym, to do Siedmiu wysp, to do latarni morskiej; jeździ się także na morze, słowem, nudzić się niema kiedy, a od rana do wieczora prowadzi się życie czerstwe, znakomity mające wpływ na zdrowie. Po umysłowem natężeniu jest to wymarzony odpoczynek.

W mózgu pracują zupełnie inne komórki, te zaś, które funkcyonują, gdy się pisze, mają swoje wakacye. Nie znaczy to, bym w Ploumanah nie bral nigdy pióra do ręki: owszem piszę i tam zawsze kilka godzin dziennie, mam zaś tam śliczną gobelinami ubraną pracownię na najwyższem piętrze wieży, z oknem, z którego nie widzę nic prócz nieba i morza. Tam pisałem szereg rozdziałów Quo vadis i Krzyżaków.

Znaczna jednak część tych powieści pisana była także i u stóp Giewontu, autor ich bowiem po lipcu spędzonym w Ploumanah u Abakanowicza (dokąd jeździ sam), na sierpień zjeżdża zwykle do Zakopanego, do willi państwa Zborowskich, którą stale już od lat szeregu z dziećmi i ich babką zajmuje. Do niedawna bywał tam również i teść jego, ale przed dwoma laty już go nie stało…

Bywając w Zakopanem stale od lat kilkunastu, zżył się z niem Sienkiewicz do tego stopnia, że dziś wyobrazić sobie nie można letniego sezonu u podnóża Tatr bez autora Połanieckich.

Wśród wybitnych osobistości naszego świata naukowego, artystycznego i literackiego (Modrzejewska, Paderewski, Klaczko, Pochwalski, Witkiewicz, Wyczółkowski, Przybyszewski, Tetmajer, dr Baranowski, Chmielowski i w. i.), które corocznie spędzaniem lata w Zakopanem nadają mu jedyny w swoim rodzaju urok, należy także Sienkiewicz; jak w swoim czasie nie można sobie było wyobrazić Zakopanego bez Chałubińskiego, tak dziś posiada ono wtedy swój właściwy charakter, kiedy się na jego tle spotyka Sienkiewicza.

W pismach swych także sławi on niejednokrotnie ten uroczy zakątek naszej ziemi, to „letnie mieszkanie Polaków,” jak ktoś trafnie nazwał Zakopane. W Potopie, przejście Jana Kazimierza przez Tatry i pomoc, niesiona mu przez górali tatrzańskich, należy do najpiękniejszych kart tej wspaniałej epopei. W Listach z Afryki, a mianowicie zaraz w pierwszym znalazło się kilkanaście słów o Zakopanem, (gdzie wtedy spędzały całą zimę dzieci Sienkiewicza), a słowa te świadczą, że nawet w Neapolu, wobec uroków zatoki Partenopejskiej, jeszcze można tęsknić do cichej wsi pod Giewontem. „Szczególnie poprzedni dzień – czytamy tam – był ciężki, tembardziej, że to była wilia. Siedząc owego wieczoru w hali hotelowej na Piazza Umberto, rozmyślałem o lesie Zakopiańskim, o jasno oświeconych oknach, o radosnych okrzykach dzieci na widok drzewka, i myślałem sobie, iż tego nie zastąpi ani Santa Lucia, ani przepyszny pióropusz Wezuwiusza, który kiedy niekiedy przebłyskiwał czerwono na ciemnem niebie.”

Ferdynand Hösick.

———–
*) Zob. „Encyklopedya powsz.” Orgelbranda, t. V, str. 609-616.
**) Legenda ta wyszła także w tych dniach w tłómaczeniu włoskiem w jednem z najpoważniejszych pism neapolitańskich.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close