W Bolszewii

Jeden z przyjaciół naszego pisma, powróciwszy przed kilkoma dniami z Rosyi, przywiózł nam paczkę gazet bolszewickich. Data tych pism niezbyt dawna, poprzedzająca dzień, w którym Trockij zaproponował Rzeczypospolitej naszej rokowania pokojowe, lektura więc tych gazet daje nam wyobrażenie o stanie obecnym Rosyi bolszewickiej.

Zanim zdołamy czytelnikom naszym podać w przekładzie ważniejsze ideowe artykuły prasy bolszewickiej, zatrzymamy się dziś na jednym numerze Izwiestij, numerze nie specyalnie wyszukanym, lecz pierwszym z wierzchu.

Jak wygląda taki numer? Co w sobie zawiera?

Izwiestja zachowały format dawnych płacht rosyjskich, jak np. Nowego Wremieni, zmniejszyła się tylko dokładnie objętość, doprowadzona obecnie do jednej jedynej karty. Papier lichy, ale nie gorszy od papieru naszych gazet. Szwankuje natomiast wybitnie komunistyczna technika pracy. Korekta ohydna. Tekst roi się od omyłek druku. Odbicie drukarskie niestaranne utrudnia czytanie. Natomiast sposób redagowania, temperament pisarski artykułów, godny uwagi, przypominający ton wszystkich światowych świstków, obliczonych na doraźny efekt, dają świadectwo i znamię tej specyficznej zdolności semickiej do prowadzenia słowem agitacyi politycznej.

Cena numeru pojedynczego wynosi 70 kopiejek, oczywiście sowieckich, jest to więc bezcen, nie pokrywający ani w części minimalnej istotnych kosztów wydawnictwa. Te 70 kopiejek są tylko pozorem, w istocie rzeczy każdy egzemplarz Izwiestij uważać należy za prezent agitacyjny. Koszta pisma pokrywa rząd sowiecki, koszta te dochodzić muszą do setek milionów rocznie, tembardziej, że pismo nie ma żadnych ogłoszeń, co jest dowodem zarówno „nieprzedajności” bolszewickiej, jak i faktu, że nikt „przekupywać” ogłoszeniami nie chce. Ogłoszeń niema, bo niema w Rosyi ani przemysłu, ani handlu.

Pismo całe od początku do końca jest działem politycznym. Niema felietonu, niema żadnego „odciążenia” umysłowego. Od pierwszego wiersza do ostatniego napięcie agitacyjne. Ton redagowania dość umiarkowany, jak na pismo rewolucyjne. Argumenty i sposób rozprawiania się z przeciwnikami nie odbiegają ani trochę od tonu naszego „Robotnika” naprzykład.

Izwiestja są organem rządu. Czytelnik europejski, przyzwyczajony do czytania swoich organów rządowych, starających się o możliwą bezstronność, ponadpartyjność i o spokój, tak przynależny władzy – czytelnik europejski nie dorozumiałby się, że pismo to jest organem władzy, tyle w niem nerwowości, czasem nawet spazmatyczności, zużywanej dla obrony stanowiska. Jest to niewątpliwie dowód, że zwycięski rząd bolszewicki, mimo wszystko, nie czuje się władzą moralną w kraju, że ciągle musi wywalczać sobie i krwią i hałasem prawo panowania. Do przesady w tej nerwowości przyczynia się zapewne i etniczna potrzeba paniki redaktorów: tak a nie inaczej będą wyglądały numery organów rządowych w wolnej rzeczypospolitej palestyńskiej.

Przechodzimy teraz do treści numeru.

Na wstępie artykuł p. t. „Uczciwość a nieprzedajność w którym pan Heubart powiadamia „robotników, robotnice, czerwonoarmiejców, marynarzy i wszystkich uczciwych a śmiałych proletaryuszów” o tem, że prezydent Wilson jest zwyczajnym łapownikiem! Zapewnia się, że łapówki, jakie Wilson przywiózł do Ameryki od burżuazyjnych rządów europejskich, komora celna Stanów Zjednoczonych oceniła na milion funtów szterlingów. Dlaczego i odkąd komora celna Stanów Zjednoczonych przyjęła jednostkę funta szterlinga, a zarzuciła przepisaną jednostkę dolara, o tem p. Heubart śmiałych proletaryuszy nie informuje. Cała wiadomość jest oczywiście wyssana z palca, a ta przypadkowa omyłka pośpiechu w użyciu funta szterlinga, jako monety Stanów Zjednoczonych, dowodzi, jak mało prasa bolszewicka liczy się z krytycyzmem swoich czytelników, gdy stwarza nastroje antyburżuazyjne. W dalszym ciągu artykułu p. Heubart prosi komunistów, by wierzyli, iż takimi samymi łapownikami są wszyscy inni „najemnicy kapitału”: Lloyd George, Clemenceau, król Wiktor Emanuel etc. W ostatnich zaś wierszach dowiadujemy się dopiero, o co właściwie idzie. Autor artykułu pisze, iż nie dziwi się wcale, że tacy łapownicy, jak Wilson, nie przyjęli na seryo misyi Bulitta, misyi, mającej na celu rozpoczęcie kroków pokojowych z bolszewikami. Gdyby misya Bulitta udała się, Wilson byłby mężem godnym i uczciwym, Lloyd George – również. Należy przypuszczać, że w chwili obecnej, kiedy „łapownik” Lloyd George chce nawiązać stosunki z Bolszewią, staje się on uosobieniem prawości dla Izwiestij i pana Heubarta.

Następny artykuł podpisany jest przez samego Zinowjewa. Jest to list braterski do robotników petersburskich, których w liczbie kilkuset zrekrutowano i wysłano na front południowy.

List nader znamienny.

Pan Zinowjew pozdrawia robotników, którzy poszli pod broń, zapewnia ich, że organizacye komunistyczne, których byli filarami, nie przestaną istnieć, że pozostali członkowie „jaczejek” (komórek) i innych ścięgien systematu bolszewickiego dołożą starań, by życie i siła sowiecka trwały w całej pełni. To już daje zapach, że wysłanie tych dygnitarzy komunistycznych na front dla spełnienia powinności państwowej poprzedzone widocznie było jakiemiś „dyskusyami” partyjnemi na temat, czy robotnik-komunista nie jest zbyt ważnym dygnitarzem, by go wysyłać na front jako prostego żołnierza. W dalszym ciągu tych braterskich wynurzeń pana Zinowjewa padają myśli jeszcze bardziej interesujące. Oto czytamy: „Nie potrzebuję wam przypominać, że najlepsi robotnicy piotrogrodzcy, ilekroć znaleźli się na froncie, nie żądali obowiązkowo dla siebie żadnych wydatnych posterunków, nie odrzucali nigdy najcięższej, najczarniejszej pracy. Najlepsi robotnicy piotrogrodzcy szli zawsze na frontach tam, gdzie było najniebezpieczniejsze i najtrudniejsze zadanie”. P. Zinowjew mówi, że tego wszystkiego nie należy przypominać robotnikowi petersburskiemu.
Gdyby przypominać tego nie było trzeba, nie przypominałby. Widocznie zachodziła potrzeba przypomnienia. I cały ten ustęp listu ma pod skórą szatę błagania. Możemy się domyślać, że rzecz się ma naodwrót. Organizacye centralne miały już prawdopodobnie wiele kłopotu z robotnikami, wysyłanymi na front. Przyzwyczajeni do faworów w organizacyach komunistycznych, pragnęli i na froncie korzystać ze specyalnych przywilejów. W każdym razie na pograniczu z komizmem skacze ten frazes p. Zinowjewa, w którym, jako cnotę i niezwykłość ofiary ze strony robotników, cytuje on fakt, że po przybyciu na front nie żądają obowiązkowo nominacyi na oficerów! – Nie mniej interesującym jest wreszcie sam początek tego listu. Brzmi on:

„Drodzy Towarzysze! D. 27 b. m. plenum C. K. (centralnego Komitetu) naszej partyi wyraziło życzenie, żebyśmy z Petersburga wysłali na front południowy pewną liczbę naszych robotników”. To dość wyraźne. P. Zinowjew, jako szef organizacyi lokalnej petersburskiej, nie chce na siebie brać odpowiedzialności za karygodny czyn powołania obywatela-robotnika do powinności powszechnej wojskowej. Na wszelki wypadek zasłania się więc powagą Centralnego Komitetu. Nie musi to więc być gładka sprawa spróbować zarekrutować robotnika-komunistę! Ale Centralny Komitet wie o tem również dobrze. Więc na to, by się poważyć na tak śliską decyzyę, zwołuje się aż plenum Komitetu. Narady musiały być staranne. Nie trudno przewidzieć, co je wywołało -i co wywołało decyzyę. Oto ten fakt, że w szeregach armii czerwonej powstaje gromkie niezadowolenie z rosnących uprzywilejowań robotnika-komunisty. „My tu znosimy niewygody i przelewamy krew”, a dygnitarz-robotnik opływa we wszystko w Pitrze i tylko wiecuje. Dawać go tu, tę swołocz!” Po zerwaniu ideowem ze wsią rosyjską, bolszewizm w politycznej robocie oprzeć się musiał, jako na ostatniej swej racyi, na robotniku miejskim. Robotnik nie oddał swojej pomocy za darmo: zażądał specyalnych praw i nietykalności kastowej. Stał się arystokracyą komunistyczną. Można więc powiedzieć, że sowieckość doszła już do pełnej struktury starych społeczeństw, z tym tylko dodatkiem, że strój tej struktury wywrócono podszewką na wierzch. Stąd te błagania p. Zinowjewa, by nowa sowiecka arystokracya nie naśladowała dawnych, feudalnych arystokracyi, by po przybyciu na front nie żądała odrazu i obowiązkowo rang i pensyi, by chociaż w pozorach zachować chciała ideę równości.

Na dalszych szpaltach numeru znajdujemy wiadomości o urządzeniu specyalnego „tygodnia komunistycznego”, w którym rząd rozwinie wytężoną akcyę dla werbowania swoich nowych wyznawców, z akompaniamentem balów, teatrów, rozrywek etc. Potem idą odpowiednio przyprawione depesze ze świata i szereg wiadomości kronikarskich, dowodzących, jakim rajem dla ludzkości jest ustrój bolszewicki. Po tych zapewnieniach, może przez nieuwagę redakcyjną wkradł się mały felietonik, zaczynający się od słów: „Oto już drugi rok mija od czasu, kiedy proletaryat wszystkich miast rosyjskich cierpi chroniczny głód”. Więc są ciernie w tym rajskim ogrodzie…

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close