W „Republice Zachodnio-Ukraińskiej” (1)

Artykuł niniejszy nadsyła nam osoba, która miała sposobność od listopada aż po ostatnie tygodnie przeżyć rządy i eksperymenty ukraińsko-komunistyczne na terenie Galicyi Wschodniej. Autor artykułu nie poprzestaje na stronie impresyjnej opisania tych czasów, lecz stara się wysnuć wnioski syntetyczne, które nie będą może obojętne i dla publiczności Rzeczypospolitej polskiej ze względu na możliwość pewnych analogii, może jeszcze nie realnych, ale kto wie czy nie powstających, jako zapowiedź przyszłości. (Przyp. red.)

I.

Przeżyłem siedem miesięcy pod rządami „Zachodnio-Ukraińskiej Rzeczypospolitej Narodowej”. Miałem możność zaobserwowania niejednego faktu z życia i ze stosunków, jakie na tym obszarze panowały; często się stykałem z władzami ukraińskiemi. Dziś chcę się podzielić z czytelnikami tem, com widział i słyszał.

W jednym z numerów majowych „Republiki”, urzędowego organu Ukrainy, na kilka dni przed ucieczką sekretaryatu państwa ukraińskiego ze Stanisławowa, znany działacz ukraiński, p. Stefan Baran, zamieścił artykuł pod tytułem „Uczmy się od wroga”. W artykule tym mówi o korzyściach, jakie Polska odnosi, występując zasadniczo i energicznie przeciw zakusom bolszewizmu we wszelkich formach. Twierdził następnie, że partya komunistów ukraińskich przynosi Republice zachodniej szkody ogromne przez swą agitacyę wywrotową, gdyż z jednej strony uniemożebnia uznanie państwa ukraińskiego przez Europę zachodnią, z drugiej zaś strony rozstraja armię i rząd, nie bacząc na to, iż Ukraina walczy równocześnie i z Polską i z Rosyą. Kończy przepowiednią, iż komuniści będą przyczyną upadku Ukrainy, jeżeli nie powstrzymają swej akcyi.

Pan Baran miał słuszność. Ukraińcy sami spowodowali swą klęskę militarną i gospodarczą. Rzecby można, że więcej zdziałały tu ich winy, niż szczupłe siły wojsk polskich. To też, parafrazując słowa p. Barana, powinniśmy uczyć się od nich, jak nie trzeba gospodarować w państwie.

Jakże więc wyglądały te rządy?

Ukraińcy, wdawszy się w wojnę z Polakami i ogłosiwszy hasło: „Polacy za San”, sprawili, iż żaden Polak rządu nowego uznać nie mógł. Wszyscy urzędnicy polscy wystąpili ze służby. Machina rządowa stanęła. Tu Ukraińcy przeliczyli się z siłami. Nie posiadając sił wykształconych w ilości dostatecznej, nie zdołali ruszyć tego aparatu z miejsca. Musieli przyjmować do urzędu każdego, kto się nastręczył. Wskutek tego urzędnikami bywali albo ludzie nieudolni, bez wykształcenia zawodowego, bez najmniejszego pojęcia o administracyi, albo też chciwi grosza, idący do urzędów dla szybszego dorobienia się majątku. Niejeden urząd nie zaczął wogóle funkcyonować. Nie tylko jednak na niższych szczeblach działo się źle. Ministerya również nie posiadały ludzi odpowiednich, mogących państwem kierować. Równocześnie, jak przystało na Republikę ludową, przyznano włościanom rozległy wpływ na administracyę państwa. Komisarze powiatowi (naczelnicy powiatów) byli obierani przez włościan. Również rozmaite rady rolne, leśne, żywnościowe składały się w przeważnej liczbie z chłopów, a nie znając najprostszych wymagań gospodarstwa publicznego, wtrącały się w sposób szkodliwy, niekiedy naiwny i dziwaczny, do najtrudniejszych i najzawilszych zagadnień administracyi.

Sedno wszakże tej niedoli administracyjnej tkwiło gdzieindziej. Nieudolność urzędników nie była złem największem. Pokazało się, że warstwa wykształceńsza, piastująca posady wyższe, była zdemoralizowana do tego stopnia, iż nie zdołała utrzymać steru. To, co się działo w dziedzinie łapownictwa, w dziedzinie prywatnej spekulacyi urzędników i półurzędowego paskarstwa, oraz w dziedzinie wymuszania okupu, przechodziło wyobrażenie nas wszystkich, którzyśmy przebyli w tych stronach inwazyę rosyjską w latach 1914 i 1915, oraz w 1916 i 1917. Społeczeństwo zachodnio-ukraińskie dowiodło, że rządzić sobą nie umie. Na stanowiskach naczelnych spotykaliśmy tu i owdzie ludzi rozumnych i uczciwych, ale liczba ich była za mała, a rząd centralny był zupełnie bezsilny. Każdy powiat tworzył państwo osobne.

Niechaj przykłady, brane z życia, potwierdzą moje słowa. Oto komisarz powiatowy wrazz komendantem wojskowym wydają naraz bez przyczyny rozkaz internowania całej niemal inteligencyi polskiej i osadzenia jej w obozie koncentracyjnym. Internują urzędników, nauczycieli, prawie wszystkich właścicieli dóbr. Łatwo wyobrazić sobie, czem było internowanie dla tych ludzi, zresztą niewinnych. Przy aresztowaniu odbierano im pieniądze i wszystkie drobiazgi, jakie mieli przy sobie; następnie zwożono ich do klasztoru Sióstr Niepokalanek w Jazłowcu, zajętego przez władze ukraińskie; tam przez kilka dni sypiali na gołej ziemi i nie dostawali żywności prócz tego, co im przynosiły zakonnice, lub kobiety miejscowe. Dopiero na interwencyę Komitetu Polskiego, gdy się okazało, że internowanie nastąpiło bez polecenia władz wyższych, Sekretaryat spraw wewnętrznych kazał internowanych wypuścić z klasztoru, zatrzymując ich jedynie w granicach powiatu. Mimo to komisarz powiatowy nie wypuścił ich prawie przez cały miesiąc, czyniąc wszelakie trudności i twierdząc, że Ministeryum nic tu nie zdziała, gdyż on jest w Buczaczu sam dla siebie ministrem. Internowani nieotrzymali pieniędzy na wyżywienie, a Siostry Niepokalanki nie dostały zapłaty za zapasy, rekwirowane w klasztorze. Nadmienić muszę, że los tych internowanych był godny zazdrości wobec losu wielu osób, których to samo spotkało w powiatach innych. Było w naszych stronach wielu internowanych, pochodzących z Sokalskiego, Żółkiewskiego, Rawskiego i Radziechowskiego. Niektórzy przebyli piechotą po śniegach, wśród mrozów, do osiemdziesięciu kilometrów drogi. Prawie wszyscy byli obdarci. Odbieranie internowanym odzieży i obuwia odbywało się według systemu. Żołnierz, idący z konwojem, nadstawiał karabin i wołał na tego, czyja garderoba znalazła jego uznanie: „Skidaj!” (zrzucaj) – i ów nieszczęsny, rad nierad, musiał zrzucać buty lub surdut, a przebierać się w łachmany, ofiarowane przez żołnierza. Gdy i te wydały się innemu żołnierzowi za wytworne, operacya powtarzała się, aż wreszcie kończyło się na tem, że biedak zostawał w bieliźnie. Sam widziałem człowieka, który miał na sobie tylko koc z dziurą na głowę, w kształcie ornata, przepasany sznurkiem; spodnie, buty i kurtkę zabrano mu w drodze. Obdzierano przeważnie internowanych, wiezionych koleją; pozbawionych odzieży, zamkniętych w wagonie nieopalanym, transportowano przez trzy dni z Krasnego przez Tarnopol do Czortkowa wśród silnych mrozów styczniowych. Pod koniec podróży jeden z nich, nie mogąc wytrzymać zimna, wyrwał karabin żołnierzowi i zastrzelił się.

Przez długi czas dawano w Jazłowcu tylko kartoflankę rano i wieczorem, nie omaszczoną i nie soloną. Pozatem nic więcej. Sypiać musieli biedacy na podłodze, czasem na garstce zawszonej słomy. Tyfus panował straszny. Przechodzili go, leżąc na ziemi, chorzy wśród zdrowych. Nie wspominam już o obchodzeniu się z internowanymi i jeńcami, o biciu ich, zamykaniu w ciemnicy. Szczególnie odznaczali się tem dręczeniem Polaków Niemcy i Żydzi, służący w wojsku ukraińskiem. Sekretaryat spraw wewnętrznych Republiki ukraińskiej wiedział o tych nadużyciach, ale nie mógł i nie umiał im zapobiedz.

Niektóre komisaryaty zajęły lasy na rzecz państwa jeszcze przed ogłoszeniem ustawy o wywłaszczeniu i stworzyły włościańskie rady leśne, które zdewastowały zupełnie gospodarstwo leśne w naszych stronach i większą bez porównania wyrządziły szkodę, niż wojna czteroletnia i inwazya rosyjska wraz z niemiecką. Tak samo w styczniu roku 1919, a więc na trzy miesiące przed zaprowadzeniem reformy rolnej, komisaryaty powiatowe nakazały rekwizycyę wszystkiego zboża, pozostawianego na obszarach dworskich na zasiew i żywność, i spowodowały tem zlikwidowanie niejednego gospodarstwa. Zboże to poszło oczywiście na pasek. Na nasze skargi, Ministerstwo przyznało nam słuszność, ale równocześnie dało nam sposobność przekonania się, że jest bezsilne.

Opowiadano mi – a mówiły to osoby ze wszech miar wiarogodne – że pod koniec rządów jednego z panów komisarzy śledztwo urzędowe wykryło wielką aferę paskarską w urzędzie aprowizacyjnym. Ministerstwo usunęło komisarza, ten jednak „zbuntował się” i nie chciał oddać urzędowania, twierdząc, że jest obrany z woli ludu i że minister nie ma prawa go usuwać. Pertraktacye trwały czas jakiś, zanim raczył ustąpić.

W salinach kałuskich nie można było wyżywić robotników z powodu braku aprowizacyi; zarząd postanowił więc, że ci tylko mają prawo nabywania soli, którzy wzamian za to dostawią zboże. Zboża tego wymagano stosunkowo wiele. Zamiast jednak rozdawać je robotnikom i miastu, zarząd puszczał je na pasek. Po dwóch czy trzech miesiącach wykryto tę spekulacyę i zamknięto tych panów. Sprawa ta wywołała wielki skandal i była ogłoszona w gazecie urzędowej. Jeszcze gorsze rzeczy działy się z naftą w Borysławiu i Drohobyczu. Każde pozwolenie wywozu trzeba było opłacać tak znacznymi datkami oprócz wielkich opłat rządowych, że w dalszych powiatach Ukrainy naddnieprzańskiej litr nafty zamiast kilku koron kosztował czterdzieści kilka. To samo było na kolejach; wagon ze Stanisławowa do Buczacza kosztował tysiąc kilkaset koron; z tego tylko sto kilkadziesiąt szło do kasy kolejowej.

W Buczaczu aprowizacyę miasta i powiatu oraz pośredniczenie w zakupie zboża i paszy objęła ukraińska spółka rolniczo-handlowa. Nawet rządowi w Stanisławowie nadużycia tej spółki wydały się zbyt wielkie; przysłał delegata, który kazał uwięzić dyrektorów. Pokazało się bowiem, że ci „opiekunowie ludu roboczego, wyzyskiwanego przez rządy szlacheckie”, sami lud ten wyzyskiwali, zabawiając się paskarstwem. Kupowali np. naftę po parę koron za litr, a sprzedawali ją po kilkadziesiąt za kordon, na Ukrainę Wschodnią.

W powiecie buczackim komisarz powiatowy, adwokat z zawodu, prowadził w dalszym ciągu kancelaryę. W mieście powiadano, że miał „własny szyb naftowy”. W kancelaryi można było, wynagrodziwszy dependenta, oczywiście Żydka, za trudy, zapewnić sobie protekcyę pana mecenasa u pana komisarza. Nie wszyscy atoli urzędnicy, przyjmując upominki, wywiązywali się z obietnic, czem różnili się bardzo niekorzystnie od urzędników Rosyan, których poznaliśmy doskonale podczas inwazyi rosyjskiej.

Polityka wewnętrzna rządu ukraińskiego była bardzo niezręczna. Z przesadnej obawy bolszewizmu pozwalał na różne wybryki rad rolnych i leśnych, sam poniekąd do nich zachęcał, o ile zwracały się przeciw Polakom. Skoro atoli w naturalnem rzeczy następstwie rady owe przechodziły granice rozsądku, odbierał im te prerogatywy, których sam lekkomyślnie udzielał; to zrażało chłopów do rządu, obniżało jego powagę, wywoływało niezadowolenie po wsiach. Włościanie mówili natychmiast: „O! już się urzędnicy zwąchali z panami”.

Obawa bolszewizmu nie była uzasadniona. Chłop nad Strypą, Seretem i Zbruczem nie był przed wojną zorganizowany politycznie i miał, a nawet ma dotąd, niesłychane poszanowanie wszelkiej władzy rządowej, o ile przekonał się o jej sile. O ile bolszewizm zaczął się rozprzestrzeniać w tych stronach, winne były temu władze ukraińskie. Nie we wsi rodziły się pomysły przewrotów społecznych, lecz narzucane były chłopu ukraińskiemu z góry; dopiero, gdy chłop przyjechał do miasta, urzędnik w komisaryacie uczył go, jak ma postępować i jak ma mówić z właścicielem dóbr, aby mu uniemożebnić gospodarowanie. Pomścił się ten system rządzenia na Ukraińcach, gdyż właśnie ta anarchia wiejska wstrzymała wszelkie życie gospodarskie i była jednym z powodów klęski.

Niebawem zawiodły wszystkie źródła dochodu. Ruch na kolejach ustał niemal zupełnie dla braku węgla i wyćwiczonej służby. Pocztą nikt nic nie posyłał. Podatków nie chciano płacić. Rząd musiał drukować pieniądze i zaprowadził zrazu karbowańce, potem zaś hrywny równe koronom austryackim. Kurs ich był odrazu niższy od nominalnego. Ponieważ zaś nie wydawano biletów drobniejszych jak na sto hrywien, nikt nie chciał ich przyjmować, żeby przy zmianie na drobne nie narażać się na straty. Władze zaczęły wtenczas odbierać korony pod przymusem i wydawać za nie hrywny. Co dni kilkanaście przychodziły do gmin żydowskich po miastach rozkazy wymienienia kilkudziesięciu tysięcy hrywien na korony. Co pewien czas chodzili żandarmi po chałupach i poszukiwali koron. W mieście wojsko otaczało place i ulice i przeszukiwało przechodniom kieszenie. Raz zrobiono taki eksperyment na targu. Wywołało to ogromną bójkę żołnierzy z chłopami. Mimo iż ranni byli po obu stronach, chłopi wyszli zwycięsko. Środek ten poskutkował. Najzagorzalsi patryoci zaczęli przeklinać, na czem świat stoi, swoją własną Ukrainę. Od tego czasu targi ustały, bo nikt nie śmiał z pieniędzmi pokazać się w mieście. Najciekawsze było to, że równocześnie ani urzędy, ani poczty nie przyjmowały hrywien. Wszystkie należytości musiały wpływać do komisaryatu w koronach, wypłacane zaś były stronom w hrywnach. Nieprzyjmowanie hrywien było surowo karane.

W całej okolicy zapanowała orgia kradzieży i rozbojów. Nie było rzeczy, którejby nie zdołano ukraść, nie było zamka, któregoby nie zdołano otworzyć. Rady chłopskie, opiekujące się gospodarstwem i lasami, wydające cenniki płac, ogłaszające wysokość czynszów dzierżawnych i cen drzewa, zatrzymały bieg większych gospodarstw. W jednym z powiatów na wiosnę roku 1919-go dwa tylko były majątki, mające po dwieście morgów obsianego obszaru. Były to latyfundya, posiadające po kilka tysięcy morgów, pozostałe gospodarstwa miewały od 10 do 50 morgów obsiewu, t. j. od 1% do 5 % obszaru.

(D. c. n)

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close