W „Republice Zachodnio-Ukraińskiej” (2)

Brak uświadomienia narodowego u włościan ukraińskich silnie się przyczynił do rozpadnięcia republiki. Nie zastąpiły go mowy, podburzające mieszkańców. Na uroczystem zaprzysiężeniu wójtów na rynku miasta powiatowego wygłosił komisarz mowę, pełną takiej nienawiści do obywateli polskich, że nawet wielu chłopów uważało ją za przesadną. Czując brak zapału wśród włościan, starali się urzędnicy podniecać ich przez wzbudzanie nienawiści do właścicieli obszarów dworskich. Niezawsze zdawali sobie sprawę, że niejedno oskarżenie było raczej pochwałą. Żałuję, że nie mogę przytoczyć tu dosłownie artykułów p. Perfeckiego, referenta reformy rolnej w komisyi Rady Narodowej ukraińskiej, drukowanych w czasopiśmie „Naród”. Nikt nie mógł wystawić chlubniejszego świadectwa szlachcie polskiej na kresach. Autor powiada tam wprost, że ci panowie polscy są główną ostoją polskości, że gdy ich się usunie przez ustawę agrarną, to walka z Polakami będzie już łatwa. Dwa długie artykuły były przepełnione wyliczaniem zasług dworu polskiego dla narodowości naszej. Miało to udowodnić konieczność zniszczenia tych „białych dworków”, jak je p. Perfecki nazywa.

Ziemie tych Polaków dał rząd republiki chłopom ukraińskim za darmo do podziału. Mimo to chłop bić się nie chciał. Do wsi przysyłano trzykrotnie kompanie karne, by łapały dezerterów. Stały one we wsi po kilka dni. Włościanie żywili ich za darmo, płacili im żołd wysoki. Kontrybucye bywały częste. Z zagrody, z której dezerter pochodził, zabierano krowy, kożuchy, pieniądze. Po paru dniach, gdy się udało dezerterów częściowo wyłowić, odsyłano ich, po wymierzeniu odpowiedniej porcyi kijów, do pułku. Nic to jednak nie pomagało. Nie minął tydzień: już wszyscy byli z powrotem. Na stu kilkudziesięciu powołanych z naszej wsi, nie wiem, czy trzydziestu służyło stale. Inni kryli się po piwnicach, lub błąkali się po świecie. Pokazywano mi takiego, który całą zimę przesiedział na sośnie, przywiązany do szczytu. Wielu odbywało nieustanne wędrówki między linią bojową, wioską rodzinną i aresztem.

Od najbliższych sąsiadów moich słyszałem nieraz zdania charakterystyczne, malujące wybornie znużenie i zniechęcenie włościanina. Pewnego razu rozeszła się po wsi wieść, że Austrya będzie odbudowana, że cesarz wróci, a z nim wrócą dawne stosunki. Przyszło wtedy do mnie kilku chłopów, a jeden rzekł mi z prawdziwą radością: „Pane didyczu, wże teper bude dobre, wże bude Awstrja, jak buwało, wże skinczyt sia ta Ukraina”.

Inny znów powiedział mi już nieco później, w czasie odwrotu Ukraińców: „Poco my tak mamy bronić się przed Polakami? Albo to nam było tak źle z nimi dawniej, a tak dobrze z tą Ukrainą?”.

Faktów tych naturalnie uogólniać nie można. Rozdanie ziemi bądź co bądź zrobiło swoje. Z drugiej jednak strony i chłop miał dość tych rządów inteligencyi ukraińskiej.

Odwrót wojsk ukraińskich najsrożej dopiekł ludności. Gdy zabrakło mienia polskiego, żołnierze rzucali się na chałupy włościan, a rabowali tak bezwzględnie, jak nikt przedtem. Inna rzecz, że ten sam chłop, gdy się po jakimś czasie ofensywa ukraińska zaczęła, strzelał z ukrycia do żołnierzy polskich, gdyż broni, skrzętnie ukrytej, wszędzie było poddostatkiem.
Nadużycia urzędników, brak poparcia ze strony ludu nie były to jedyne powody niepowodzeń republiki ukraińskiej. Przyczynił się do tego w stopniu niemałym rozstrój, panujący w armii. Ferment ten wnieśli do wojska „zakordońcy”, t. j. Ukraińcy naddnieprzańscy. Zarażeni bolszewizmem, przywieźli z sobą rady żołnierskie i brak subordynacyi. Nie pomogło to, że sztab był złożony przeważnie z Niemców i to z Niemców austryackich, w pewnej części zaś z Rosyan. Nie pomogło, że na froncie walczyło wielu Niemców i Czechów w randze oficerskiej. Wojsko nie chciało się bić i przy lada niepowodzeniu rozchodziło się do domu. Głośne było rozejście się armii na święta Wielkanocne, przez co pode Lwowem wojsko ukraińskie pozbawione zostało rezerw i nie mogło bronić się przeciw ofensywie jenerała Iwaszkiewicza. Podczas odwrotu żołnierze mordowali tu i ówdzie oficerów. Kapitan, który stał u mnie na kwaterze, sam opowiadał mi, że jego kolegę zabito po drodze. Bez rewolweru w ręce nie rozmawiał wogóle z żołnierzem.

Ciekawy był stosunek Ukraińców wschodnich do zachodnich, t. j. rosyjskich do austryackich. Jedni i drudzy czuli się obcy wobec siebie. Jedni uważali się za lepszych od drugich. Żadna strona nie pozwalała drugiej mieszać się do swych spraw. Kapitan, o którym wspomniałem, człowiek bardzo inteligentny, wyznał mi, że w Kijowie było mu, jak na obczyźnie. Choć rada narodowa w Stanisławowie i dyrektoryat Petlury uchwalały nieustannie konieczność jak najprędszego połączenia obu Ukrain, o ścisłem zespoleniu nie było mowy. Opowiadania oficerów ze szkoły austryackiej świadczyły, że na dawnej Ukrainie rosyjskiej świadomość narodowa jest także bardzo mała. Jeden z oficerów, który opisywał mi szczegółowo odwrót Ukraińców, ustępujących przed bolszewikami, twierdził, że przez cały ten czas oddziały jego były ostrzeliwane przez ludność miejscową, a żołnierz czuł się, jak w kraju nieprzyjacielskim. Armia Ukrainy wschodniej rozeszła się prawie całkowicie, nim dotarła do brzegu Zbrucza, bili się zresztą w niej w znacznej części rekruci galicyjscy. Front przeciw bolszewikom nie istniał prawie nad Zbruczem. Siły ukraińskie były tam znikomo małe, a po stronie bolszewickiej stały przeważnie nieregularne bandy chłopskie, walczące z Ukraińcami z inicyatywy własnej. Regularna armia bolszewicka stała w tyle.

II.

W tydzień po ogłoszeniu republiki ukraińskiej znalazłem się w Stanisławowie. Wyruszyłem w podróż piechotą. Każdy pragnął stanąć czemprędzej na posterunku. Ciekawy obraz przedstawiały wówczas drogi i tory kolejowe. Wojska austryackie rozchodziły się. We wszystkich kierunkach szli i żołnierze i jeńcy piechotą, koleje bowiem były w wielu punktach przerwane. Wszędzie widać było grupy ludzi, maszerujących pieszo, nieraz już od kilku dni. Pociągi przestały chodzić regularnie z powodu braku węgla i strajku kolejarzy polskich. W Stanisławowie zawiązał się już był komitet polski, który zrazu wszedł w porozumienie z Ukraińcami w celu ustalenia administracyi gospodarczej w powiecie. Przedstawiciele komitetu polskiego zasiedli w radzie administracyjnej. Wkrótce jednak udział Polaków stał się niemożebny, Ukraińcy wydawali bowiem nieustanne rozporządzenia, krzywdzące ludność polską, zasłaniając się tem, że wymaga tego wojskowość. Komitet polski wydawał dwa razy w tygodniu czasopismo „Znicz”. Wydawnictwo to dotrwało do końca rządów ukraińskich, a było najlepiej redagowane pomiędzy wszystkiemi wydawnictwami tak w języku polskim, jak ukraińskim.

Dzień 1 listopada roku 1918 zastał Polaków nieprzygotowanych. Mimo trudności i przeszkód wytworzyła się atoli wkrótce, choć bez zebrań i wieców, jednolita opinia publiczna. Wszyscy urzędnicy Polacy opuścili służbę, nie chcąc pomagać rządowi, który walczy z Polską. Wszyscy oni uczynili ofiarę wielką. Część strajkujących internowano, wszystkich zaś pozbawiono płacy.

Dla ratowania tych nieszczęśliwych, których liczba szybko zaczęła się pomnażać, powstały we wszystkich prawie miastach powiatowych komitety ratunkowe. Nie miały one, niestety, wspólnej organizacyi, działały każdy na własną rękę, działalność ich jest jednak chlubną kartą w dziejach społeczeństwa polskiego.

Tam, gdzie zainternowano całą prawie inteligencyę polską, ci, którzy pozostali, zaczęli się organizować. Komisaryaty powiatowe czyniły z początku trudności, żądały podpisania deklaracyi, uznając rządy ukraińskie. W końcu jednak zadowoliły się tem, że na posiedzeniach ogólnych delegat rządu przysłuchiwał się rozprawom, mając nadto możność kontrolowania protokułu z posiedzeń wydziału. Komitety rozwijały akcyę w dwóch kierunkach. Roztoczyły opiekę nad internowanymi i jeńcami, oraz zbierały składki na wypłacanie pensyi urzędnikom strajkującym. Na tem polu najwięcej dokazały komitety powiatowe w Stanisławowie i Tarnopolu, oraz komitet czortkowski. Dzięki ofiarności społeczeństwa zebrano sumy znaczne. Taki np. komitet stanisławowski wypłacił prawie wszystkie pensye za czas inwazyi, a nadto pomagał powiatom innym np. buczackiemu, i zebrał ogółem około 9 milionów koron. Organizacya tarnopolska zebrała również miliony. Nawet biedny komitet buczacki zebrał sto kilkadziesiąt tysięcy koron i z pomocą Stanisławowa wypłacił pensye za cztery do pięciu miesięcy. Banki stanisławowskie i tarnopolskie szczodrze wspierały kredytem tę gorliwość obywatelską. Rząd ukraiński zachowywał się przeważnie dosyć obojętnie wobec tej akcyi, choć wiedział o niej niewątpliwie.

Straszny był los internowanych i uwięzionych. Komitety zajmowały się więc gromadzeniem i dostarczaniem żywności, bielizny i odzieży dla tych biedaków, a w pewnych wypadkach i udzielaniem zasiłków pieniężnych. Niekiedy pośredniczyły u władz, by uzyskać poprawę ich bytu i wydobywać ich z obozów, rozmieszczają ich po domach prywatnych. Tu okazała się ogromna ofiarność wszystkich warstw społeczeństwa polskiego. Rząd ukraiński mimo zobowiązań nic na te cele nie dawał, nie wspierał nawet zabiegów o aprowizacyę. Cały ciężar opieki zrzucał na komitety. Wszystkie zasoby komitetów, wszystkie zapasy żywności, buty, bielizna pochodziły ze składek dobrowolnych. Dokładne dane będzie można przedstawić dopiero wtenczas, gdy komitety znowu się zbiorą i zdadzą sprawę z czynności, obecnie bowiem rozproszyły się z powodu ponownej inwazyi.

Wypłata pensyi urzędniczych niezawsze szła gładko, drożyzna była szalona, a jednak iluż to urzędników, cierpiąc niedostatek, przyjmowało bez wynagrodzenia to jednego, to dwu i trzech internowanych, byle tylko oszczędzić im cierpień w piekle obozowem. Dwory miewały u siebie i po kilkunastu. Przeszło stu rozmieszczono w Buczaczu po domach prywatnych; komitet założył nadto własne schronisko dla internowanych, gdzie z datków dobrowolnych w prowiantach i gotowiźnie żywiono 40 osób przez cztery miesiące. Dość było ogłosić w mieście, że internowani nie mają co jeść, lub że nadchodzi nowy transport, dla którego trzeba przyrządzić posiłek, natychmiast znoszono zewsząd, co kto mógł, nieraz choćby po kromce chleba. Szczególnie zasłużyły się kobiety Polki. W czasach najcięższych, gdy już mężczyźni nie mogli nic zdziałać z powodu rozgałęzionego szpiegostwa, one brały na siebie cały trud zbiórki, wystawały godzinami po biurach ukraińskich, aby uzyskać jakąś ulgę dla internowanego. Na szczerą wdzięczność zasłużył sobie w owym czasie komitet pań Czerwonego Krzyża w Stanisławowie.

Praca komitetów polskich odbywała się w warunkach trudnych. Otaczała je nieustanna czujność policyi ukraińskiej. O pomysłowości urzędników policyjnych, o wybiegach, na jakie się zdobywali, świadczy wypadek, o którym opowiadała mi jedna z ofiar prześladowania. W Rudkach panie nasze zajmowały się szpitalem jeńców polskich. Policya ukraińska wysłała tam prowokatora, który wcisnął się do szpitala, udając legionistę, wziętego przez Ukraińców do niewoli. Dzięki sprytowi zyskał zaufanie dwóch Polek, pracujących w szpitalu. Po niejakim czasie zaczął błagać je na wszystko, aby mu ułatwiły ucieczkę. One, uwierzywszy mu nieoględnie, zorganizowały wielkim nakładem pracy i namowy cały plan ucieczki, zaopatrzyły go w ubranie i pieniądze i wykradły go ze szpitala. Policya wiedziała o wszystkiem; w chwili, gdy wsiadał do sanek, otoczyła szpital i schwytała jedną z opiekunek, a pan prowokator, ucieszony swem dziełem, powitał oficera policyi radosnym okrzykiem: „Już wróciłem, panie poruczniku, mam przynajmniej nowe buty i ubranie”.

Każdy komitetowy narażony był nieustannie na aresztowanie i dalsze jego następstwa. Prawie cały komitet stanisławowski spędził trzy tygodnie w więzieniu. Niewielu było Polaków z warstw wykształconych, którzyby nie byli więzieni, choćby przez czas krótki.

Brak słów na oddanie pochwał należytych włościaństwu polskiemu na Rusi. Świadomość narodowa wzrosła wśród ludu w owych dniach ciężkich w sposób widoczny. Po dworach polskich najbardziej z kolei narażeni byli włościanie nasi na ucisk i zniszczenie. Mimo to znosili je mężnie. Rządu ukraińskiego nie chcieli uznać nawet pośrednio przez stawanie do wyborów, które on zarządził. Nie obierali wójtów, komisarzy i rad gminnych i woleli znosić Ukraińców na tych stanowiskach. Wsie polskie były upośledzone pod każdym względem. Nie dostarczano im żywności, nie wspierano ich przy odbudowie. Z uznaniem trzeba zaznaczyć, że we wsiach polskich nie było rad rolnych i leśnych, a jeżeli były, to starały się ile możności oszczędzać właściciela dóbr przy wykonywaniu poleceń władzy, zmierzającej do niszczenia majątków polskich. Nie można było zrobić większej przyjemności chłopu polskiemu, jak opowiadając mu, że sprawa polska stoi dobrze, że Polacy odnieśli zwycięstwo czy to na froncie ukraińskim, czy innym, i że dzielnica nasza odebrana będzie z powrotem. W czasie odwrotu wroga chłopi polscy rozbrajali nieraz sami tylne straże, zaprowadzali po wsiach milicyę i tłukli, co się zmieści, maruderów. Iluż to chłopów polskich rozstrzelano! Ileż chat polskich spalono za to tylko, że włościanie nasi czem mogli, tem pomagali jeńcom, zbiegom i patrolom polskim. Tuż pod Buczaczem zaszły trzy takie, znane mi wypadki. Ale chłop polski na kresach był twardy, zaciskał pieści i wzdychał: „Niechby już tylko przyszli nasi, a damy im radę”.

Największe szkody materyalne spadły na własność większą. W ciągu zimy zajęto prawie wszystkie lasy na rzecz rządu i potworzono chłopskie rady leśne. Rady te ustanawiały cenę drzewa i robocizny. Wytworzyły się wskutek tego stosunki takie, iż, gdy pudełko zapałek kosztowało niekiedy pięć koron, a litr nafty czternaście koron, to za metr drzewa pobierano od 30-40 koron, a za kupę gałęzi na dwie fury dziesięć koron. Pieniądze te odbierały rady leśne od kupujących i oddawały je komisaryatowi, a ten, potrąciwszy sobie na administracyi około dziesięciu proc., wypłacał je właścicielowi, lecz już nie w koronach, lecz oczywiście w hrywnach. To jeszcze nie byłoby najgorsze. Rady leśne zarządzały jednak według , swego widzimisię wyrąb sekcyi i wybierały samowolnie materyał. Rąbano tyle, iż gdyby ta gospodarka trwała dłużej, to do paru lat zniknęłyby lasy nasze. Do pośpiesznego rąbania zachęcała włościan i ta okoliczność, że chłop sprzedawał metry drzewa, które otrzymał jako zapłatę, po 100 i 150 koron. Biada jednak właścicielowi lasu, gdyby się ośmielił sprzedać choć kawałek drzewa po tej cenie. Kultury leśne zniszczono na wiosnę przez wypasanie. Bydło chodziło, gdzie chciało, a krowy panów radców leśnych na czele. Młodziki wycięto; przydały się, jako pożądany łup na grodzenie płotów. Tysiące dębów padły pod siekierami. Rąbano je w czasie niewłaściwym, bez oglądania się na przyszłość lasu. W kilku miesiącach spustoszono drzewostany na długie lat dziesiątki.

To samo działo się w gospodarstwie rolnem. Zabrano obszarom dworskim ziarno, paszę i bydło. Przeważnie nie płacono im wcale, a jeśli płacono, to hrywnami. Na wiosnę wyszło rozporządzenie, że, zanim reforma rolna zostanie zaprowadzona, dwory mają obsiewać pola. Nie pytano, czy kto ma ziarno na zasiew. Pola nieobsiane kazano wydzierżawiać chłopom. Rady rolne miały obowiązek pośredniczenia. Cena dzierżawna miała wynosić około 10 koron z morga. Po różnych targach udawało się gdzieniegdzie cenę tę podwyższyć. Łąki zabierano bezpłatnie.

W dniu 14-ym kwietnia ogłoszono reformę rolną, odbierającą właścicielom większym ziemię i lasy. Plon tegoroczny z pól, które sami obsiali, mogli jeszcze zebrać na własny rachunek. Ziemie i lasy zajęto na razie bez wynagrodzenia. O zapłacie i o pozostawieniu właścicielowi jakiejś części obszaru miał postanowić Sejm, jeszcze nieobrany. Składać się miał ze 160 Rusinów, 33 Polaków, 27 Żydów i 6 Niemców. Wyborów nie miano czasu dokonać.

Wojska ukraińskie, opuszczając kraj, zniszczyły resztki tego, co ocalało po dworach. Zabrano wszystko, co było. Miejscami podpalano. Wielu z tych, którzy wytrwali na stanowisku, przypłaciło to życiem. Zginął Tadeusz Fedorowicz, zginął Artur Russocki, zginęli państwo Starzeńscy. Zamordowano wielu oficyalistów.

Położenie ziemian w stronach naszych jest rozpaczliwe. Przeszli oni cztery inwazye, a osiem przemarszów. Nie mają ani gotowizny na odbudowę, ani materyału. Brak im równie inwentarzy żywych, jak martwych. Niektórzy rozpoczynali gospodarstwo na gruzach po cztery razy. Dzięki opieszałości władz austryackich nie wypłacono im należności za szkody i świadczenia wojenne. Krajowi grozi parcelacya powszechna. Rzeczą społeczeństwa jest dopomódz chłopu polskiemu do nabycia choć części ziem parcelowanych.

Kompetentniejsze pióra opiszą kiedyś dzieje polskich organizacyi wojskowych na Rusi. Organizacya polska zajęła Stanisławów na trzy dni przed przybyciem armii. Nie zawsze sprawa ta udawała się tak dobrze. Wystarczy wspomnieć proces złoczowski, zakończony szeregiem wyroków śmierci, zaostrzonych torturami.

Ciężkie były przejścia społeczeństwa polskiego pod rządami Ukraińców. Nic jednak ono za nie nie żąda, tylko pomocy rodaków, by przy macierzy zostać mogło na zawsze.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close