Warszawa, d. 11 Listopada 1918 r.

11, XI, godz. 11-ta. Te trzy dziwnie, niemal mistycznie jednakowe liczby – to ścisła data, kiedy naczelne dowództwo niemieckie musiało marszałkowi Fochowi oddać zgodę na jego warunki kapitulacyi. Data zakończenia największej w dziejach świata wojen…

Tedy nasz etap przedostatni. Jeszcze trzydzieści dni oczekiwania, te trzydzieści dni, przez które toczyć się mają rokowania pokojowe.

Jesteśmy zwycięzcami! Ten okrzyk nie jest wypływem manii wielkości. Niewielu nas było na polach Francyi, pod dowództwem generalissimusa Focha, – ale ci, co byli, stanęli tam nie z przymusu, lecz oddawali krew swoją, zawołani nieodwołalnem przeczuciem, że Polak walczyć może z własnego wyboru tylko po stronie koalicyi. Niewielu ich tam było, więcej jednakowoż, niż się koalicya spodziewać mogła. Nieliczne tysiące, ale ani jeden z pośród nich inny, jak tylko bohater. Niewielu – ale imię Polski nieśli w huraganach męstwa, potomkowie szwoleżerów i husaryi, podziw budzący w naczelnej komendzie Francyi, Anglii, Stanów Zjednoczonych.

Niewielu ich było na polach Francyi z bronią w ręku, ale cały instynkt narodu, całe pragnienie uciemiężonego kraju stało bez przerwy po tej stronie, której oni przypisali swe życie i zwycięstwo. Wszystko, co było zdrowiem i trzeźwością w politycznej umysłowości polskiej, to już w dniu 1-go sierpnia 1914-go roku – bez namysłu, bez deliberacyi – opowiedziało się za sojuszem moralnych sił naszych z koalicyą, nie zaś za stroną przeciwną. Dla tego sojuszu najpoważniejszy odłam społeczeństwa zdecydował się zamknąć serca twardym kluczem przymusu wewnętrznego – i wbrew wołaniom uczucia, wbrew żywiołowej, odwiecznej niechęci, opowiedzieć się raczej za Rosyą, niż za mocarstwami centralnemi. To była po rozbiorach największa nasza ofiara; uczyniliśmy ją dlatego, że poza Rosyą stała zachodnia koalicya. Duch Europy powinien wiedzieć, ile to kosztowało nas, synów powstańców z 1863 roku i 1831 roku, nas, wychowańców szkoły apuchtinowskiej. Zamykaliśmy oczy ducha, by nie patrzeć na swe postanowienie, a jednak po męsku przeprowadziliśmy do granic faktu to zrozumienie, że raczej to, niż iść ręka w rękę z Centrum Europy.

Bóg wynagrodził nam to zaparcie się – wynagrodził upadkiem Rosyi. Od tej pory droga nasza stała się jasną. Zrozumieli to i ci, czczeni dziś słusznie w narodzie, którzy zrazu, na progu wojny, wychodzili z wręcz przeciwnego negatywu: raczej z mocarstwami centralnemi nawet, byle przeciw Rosyi.

Po upadku Rosyi, chcąc okazać wierność koalicyi, naród polski zdecydował się przenieść drugie z kolei upokorzenie. Oto, mogąc już tworzyć rzekomo własną armię, zrezygnował z tego nęcącego prawa. My, najbardziej rycerski lud w Europie, my, którzy Chocim, Kirchholm, Kłuszyn, Somosierrę nosimy po dziś dzień żywe w sobie, jakbyśmy to my, dziś żyjący, padali tam trupem, a zwyciężali; my, fanatycy szabli i szeregu wojennego – myśmy tęskniącym synom naszym musieli zakazać czynu.

Dlaczego? Oto dlatego, że nie mieliśmy pewności, czy wróg, rezerwujący sobie nad wojskiem polskiem dowództwo, nie zechce użyć naszej siły zbrojnej, bezpośrednio, czy pośrednio – przeciw koalicyi. Nie postawiliśmy armii – bośmy sobie przyrzekli być sojusznikiem koalicyi.

Jakże małoduszne były głosy tych zaślepieńców, którzy wówczas wołali, że rezygnacya ta jest zanikiem zmysłu państwowego i wygaśnięciem tradycyi wojskowej w Polsce! Spojrzyjcie dziś na Polskę, spojrzyjcie dziś, gdy wiemy, że minęły obawy o wrogie użycie armii polskiej przeciw koalicyi! Czy nie widzicie entuzyazmu, większego niż był za czasów Dąbrowskiego? Zamknięte wyższe uczelnie, bo młódź nie chce być gdzieindziej, jak tylko pod sztandarem. Chłopięta z gimnazyów dziś dźwigają karabin. Przyjrzyjcie się biurom werbunkowym. Komisye zapisowe nie mogą nadążyć pracy. Obywatelstwo daje do szeregu synów swoich, ekwipuje ich w konie i rynsztunek. Chłop sam na siebie nakłada podatek wojskowy. Spracowane na roli parobczaki pielgrzymują do koszar. Stolica dźwięczy ukochanym szczękiem pałaszy. Blade grottgerowskie twarze przybierają marsa, by z rutyną starego wiarusa znosić trud warty. Liche wojenne kubraki cywilne i maciejówka, a na niej – duma serc młodzieńczych: orzeł srebrny, znak Rzeczypospolitej, na ramieniu karabin – żołnierz! A tłum, patrzący na nich, tłum wszystkich warstw: ile radości, ile niemego aplauzu serc, jaka masowa chluba: – oto macie wasz zanik rycerskości w Polsce.

Staje w przededniu Pokoju nowy łam armii koalicyjnej. Zapał wojskowy przeleciał już na skrzydłach ducha po całym kraju i armia będzie. Nie ostoją mu się zakusy wroga zewnętrznego. Błogosławiona jest ta godzina powstawania armii. Pokolenie przyszłych budowniczych Ojczyzny przejdzie dobrą szkołę ładu i karności. W koszarach, w okopach, na mustrze, w polu, w niewygodach, a zawsze w entuzyazmie patryotycznym – synowie nasi ujdą najgorszej zarazy: chaosu politykowania, na który nas starszych los już skazał. Nie będą wiedzieć, co to jest partya, stronniczość. Mają jedno tylko stronnictwo: Polska. Tam pod karabinem: hrabicz, młody szlagon, syn inteligencyi, rękodzielnik, chłop, robotnik, nędzarz – zejdą się w jedno koleżeńskie bractwo, w jedną pod płaszczem Ojczyzny solidarność; jedna kroma chleba, jeden humor żołnierski, jedna powinność i jedno ukochanie rzeczy: to może będzie nareszcie szkoła przyszłej demokracyi. Tej prawdziwej demokracyi, gdzie każdy każdemu ufa, każdy równy w prawach, każdy sługa wspólnego obowiązku, a tylko zdolności osobiste zadecydują o jednym szewronie więcej na rękawie. Nikt nie przepada dlatego, że jest proletaryuszem, jak chciały dawne normy; nikt nie przepada też dlatego, że jest „dziedzicznie obciążony tytułem magnackim”, jak głosi psychoza demagogii.

Pod sztandary! Bodajbyśmy nietylko mieli armię, ale bodajbyśmy jak najprędzej stali się uzbrojonym narodem!

Staniemy pod bronią. Pod przewagą tego momentu patryotycznego przycichnie też i wszelaki bolszewizm. Dzień niedzielny 10-go listopada był wielkim dniem w historyi naszego kraju, bo pokazał, udowodnił, jak elementarnie nienawistnym jest bolszewizm całemu społeczeństwu.

To nie my, „burżuje”, nie my, „szlachta”, lecz tłum, lud stawił czoło semickim agitatorom Lenina i Trockiego. Trzeba było widzieć ognie w oczach tego ludu, gdy próbowano go prowokować okrzykami takimi, jak: „precz z Polską!” „precz z wojskiem polskiem!”

Ten lud jest demokratyczny, jakim być powinien, ale demokratyzm jego jest z bieli i amarantu. Do tłumów stolicy bolszewizm nie dotarł. I tu znowu, nie wiedząc z góry o tem, instynkt naszych mas pozostaje w zgodzie z koalicyą. Bo oto weźmy do ręki sprawozdanie z pertraktacyi rozejmowej posłów węgierskich z generałem francuskim Franchet d’Esperay’em; przedstawiają mu delegata „rad robotniczo-żołnierskich” budapeszteńskich, kapitana Czernyaka. Bolszewik węgierski przygotowany jest na konwencyonalne: „bardzo mi miło” ze strony generała-republikanina; niestety, zamiast tych słów, z ust Francuza pada krótkie a ostre, jak szczęk karabina:

– Jakże nizko pan upadłeś!

A teraz druga wieść:

Berlin, 11, XI. Poseł niemiecki w Hadze donosi, że, według wiarogodnych informacyi z kół koalicyjnych, koalicya nie zawrze pokoju z bolszewickiemi Niemcami, w państwie bowiem takiem nie znalazłaby się władza rządowa z powagą i dłuższem trwaniem, z którą liczyćby się można było.

Cóż to jest bolszewizm? Jest to wczorajszy niewolnik, który dziś chce być autokratą. Bolszewizm powstać może w społeczeństwach, gdzie byli ciemięzcy i ciemiężeni – i gdzie oba te pojęcia stały się ideałem dla władzy. Bolszewizm jest więc możliwy w Rosyi, w Niemczech lub na Węgrzech. Nie może natomiast zrodzić się w szczerych demokracyach, we Francyi, Anglii, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych. Nie może powstać i w Polsce, bo Polska była organizmem demokracyi podówczas, kiedy absolutyzm trwał jeszcze we Francyi lub we Włoszech. Wolność obywatelska tak jest przyrodzona Polakowi, jak wzrok i słuch. Nikogo nie dziwiło w zaraniu XIX stulecia, że mieszczanin Staszic doszedł do pierwszych w kraju dostojeństw, nikogo dziś nie dziwi, że odwieczny szlachcic Piłsudski wyszedł ze służby ludowi na miejsce, które przed nim miał tylko Kościuszko i Chłopicki.

Pokażcie mi jedno prawe serce Polaka, które dziś nie bije dumą, entuzyazmem na myśl, że Piłsudski, redaktor „Robotnika”, a z drugiej strony Witos, chłop wiejski, stoją na czele narodu obok Dmowskiego i Paderewskiego? Im więcej nazwisk, ukochanych przez lud, im więcej nazwisk, które rzetelną, mądrą pracą, zasługą dochodzą do przodownictwa, tem większy dowód dojrzałości społeczeństwa. My się boimy tylko tych nazwisk, które dlatego są u steru, że obok nich, w ich stronnictwach, wszyscy są jeszcze mniej zdolni.

Naczelny wódz Piłsudski! Oto wyraz chwili dzisiejszej.

Komendancie! Stanowisko Twoje w Polsce obecnej to coś więcej, niż władza nad szeregami. Przychodzisz w chwili, kiedy każdy z nas czuje się żołnierzem – i przez to Tobie jest podwładnym. Nie znajdziesz nikogo, ktoby za Tobą nie powtórzył Twych słów: „Chcę ostatnią kroplę krwi oddać Ojczyźnie i ludowi!” Nie chcemy tylko, by nas, warstwy posiadające czy majątek, czy kulturę, czy patryotyzm, eliminowano z pojęcia ludu. W duchu naszego języka lud a naród – to jedno. „I pokazałem wam lud, co się zwał ludem Polaków” – mówi Słowacki w „Złotej Czaszce”, gdy pokazał całą Polskę od magnata po chłopa. Takim ludem chcemy być – takiego ludu naczelnym wodzem jesteś – Ty. Nie zmarnuj tego.

JAN Z MARNOWA.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close