Wrocław, lipiec, 1935

Kiedy się dochodzi do Marktplatz i zza szaro nudnych murów kamienic widzi się w całej przepysznej urodzie gotyk ratusza, to wówczas nie zważając na hałas ulicy, na wycie klaksonów i rozpłakane dzwonki tramwajowe, niesposób się powstrzymać od chęci popatrzenia się nań przez chwilę.

Ratusz we Wrocławiu (pocztówka) - lata trzydzieste XX wieku

Ratusz we Wrocławiu (pocztówka) – lata trzydzieste XX wieku

Właściwie możnaby się wpatrywać w te mury przez całą godzinę, możnaby do nich powracać wiele razy, a napewno za każdym razem wydawałyby się inne i nigdy nie mogłyby nas znudzić swym widokiem. Ten ratusz, legitymujący się swem pochodzeniem z XIV wieku, na tle dekoracyj ponurych domów i płaskich witryn sklepowych, wydaje się jeszcze bardziej uroczy i piękny. Delikatnie koronkowa attyka, postacie jakichś rycerzy, pisarzy i rajców miejskich przytulone do murów, czy wreszcie niesłychana lekkość i zwiewność tej budowli wzniesionej przez mistrzów kielni średniowiecza – budzi naprawdę głęboki podziw. Zapomina się wówczas o potężnej bombie, reklamie akcji zbierania pieniędzy na fundusz lotniczy, sterczącej tak jakoś w niezgodzie z murami gotyckiej budowli. Lekceważąco odtrąca się również losy loterji przeznaczonej na „Arbeitsbeschafung”, wtykane natrętnie przez sprzedawcę ubranego w brunatną pelerynę i dziwacznych kształtów czapisko.

Drugi moment tego nieoczekiwanego zachwytu czeka na nas w Wrocławiu przed katedrą św. Jana, sięgającą gdzieś czasów XII wieku. Czerwone cegły tumu mocno wrośnięte w ziemię tuż nad brzegami Odry – pełne są dostojeństwa i powagi. Właściwie jest rzeczą naprawdę szczęśliwą, że można choć na chwilę oderwać się od wszystkiego i zapomnieć o atmosferze dnia codziennego, podziwiając to co pozostało z dawnych czasów.

Bo atmosfera jaka panuje w Wrocławiu, stolicy niemieckiego Śląska, podobna zresztą do tej w innych miastach niemieckich, nie należy do specjalnie przyjemnych. Odrazu na pierwsze wejrzenie czuje się, że jest ona ciężka i dusząca. Obserwacje czynione w miastach prowincjonalnych, znacznie szybciej reagujących na wszystkie najdrobniejsze nawet bodźce zewnętrzne, dają możność uzyskania o wiele lepszej i prawdziwszej opinji, aniżeli w stolicy. Dziwne wydają się nam nastroje Wrocławia, kiedy tak bez celu włóczymy się zarówno po szerokich ulicach centrum miasta, jak i po zaułkach przedmieść. Nigdzie nawet w rozlicznych restauracjach, czy kawiarniach nie słyszymy głośno prowadzonych rozmów, ani hałasu śmiechu. Ludzie skoro zaczynają rozmawiać na ulicy, mówią półgłosem, rzucając wokół baczne spojrzenia, jakby badając teren. Jak należałoby to nazwać: obawą, czy lękiem? Stąd pochodzi ta cisza Wrocławia, gdzie nie ludzie wywołują hałas, tylko trąbki i motory samochodów, lub dzwonki tramwajów. Wydaje się, że całe miasto, że sześćset kilkadziesiąt tysięcy ludzi żyją w cieniu obawy przed jakąś niewidzialną, niemniej jednak potężną siłą.

Ulica Wrocławia krzyczy różnemi kolorami mundurów przechodniów. Nie znaczy to, aby mundury różnorodnością swoich barw przyczyniały się do rozjaśnienia, czy rozweselenia atmosfery ulicy. Obok mundurów partyjnych organizacyj młodzieżowych, czy szturmówek wykwitają niewidziane poprzednio w takiej ilości zielone mundury Reichswehry. Ci młodzi chłopcy, dla których dzień 16 marca 1935 roku zdecydował o włożeniu munduru i rozpoczęciu służby wojskowej – stali się obecnie odbiorcami sympatyj tłumu.

Zjawiskiem specyficznie charakterystycznem dla Wrocławia jest olbrzymia ilość nazwisk polskich jakie się widzi na szyldach sklepów, na tabliczkach adwokatów, lub lekarzy. Po otwarciu, na którejkolwiek stronie, wrocławskiej książki telefonicznej ma się wrażenie, że to jest spis abonentów w jednem z miast polskich. Wiele nazwisk uległo zniekształceniu przez pisownię niemiecką, niemniej jednak nie zatraciły one swego brzmienia, wskazującego na polskie pochodzenie. Kolonja polska jest stosunkowo nieliczna, gdyż n. p. w Związku Akademików Polaków jest około 1200 członków, a Dom Polski będący siedzibą polskich organizacyj pędzi spokojny żywot, który określić można mianem letargu.

Wrocław jest niesłychanie ciekawem miastem również jako punkt obserwacyjny wypadków związanych z problemem żydowskim w Trzeciej Rzeszy. Jest to bowiem drugie skolei po Berlinie miasto niemieckie posiadające największą procentowo ilość Żydów. Toteż natychmiast po Berlinie ulice wrocławskie z niebywałą szybkością reagują na wszystkie ekscesy uliczne. Obserwując zajścia na ulicach, czy rozmawiając z rozmaitymi ludźmi rozmaitych przekonań łatwo dochodzimy do wniosku, że powrotna fala antysemityzmu pojawiła się znowu z niebywałą siłą. Wrocław jest nieustannie świadkiem rozmaitych zajść antyżydowskich, przeważnie napadów, na osobników, których aparycja świadczy o niearyjskiem pochodzeniu. Epilog tych zajść nieszczególnie kończy się dla pobitej ofiary. Aresztują ją bowiem za prowokowanie uczuć narodowych, a wzywany celem wydania zaświadczenia o pobiciu lekarz, odmawia wydania podobnego dokumentu. Podczas rozmów na ten tak aktualny temat przypomina się nam biały gmach, w którym jeszcze nie tak dawno sprawował swe rządy w Wrocławiu, wyznawca tych wszystkich idej, jasnowłosy „gauleiter” Ernst. Czerwiec 1934 roku zmiótł go z powierzchni, ale idee jego nabrały znów rumieńców aktualności.

Jest godzina wieczorna. Z 6-piętrowego „warenhausu” Wertheima ryczy jakimś marszem wojskowym cały pęk głośników. Powietrze przecina basowy ryk samolotu. Przyciągając ku sobie spojrzenia wszystkich, idzie łukiem nad miastem, aby wylądować na zielonym materacu wspaniałego lotniska. Ulicą, szeroką i czystą ulicą prowadzącą popod pomnikiem cesarza Wilhelma kroczy oddział „Arbeitsdiensterów” z łopatami na ramionach. Mija ich, malowany dziwacznie w ochronne kolory, polowy samochód z obsługą karabinów maszynowych.

Taki jest wieczór Wrocławia w lipcu 1935 roku. Spokój i ufność wbijają w tę atmosferę uderzenia zegara na ratuszowej wieżycy. Siedem uderzeń. Jak niepasuje ten pełen powagi dźwięk spiżu, do atmosfery ulicy. Ulicy, która niewiadomo w jakim kierunku zdąża ze swym samolotem, głośnikami tryskającemi marszem, „arbeitsdiensterami” i wojskowym samochodem z karabinami maszynowemi…

J. Radzimiński

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close