Zwycięstwo pod Warszawą

W dniu 18-ym b. m. udałem się wraz z posłami: Wacławem Tomaszewskim, Krajną, Wróblewskim i Ignacym Thomasem na pobojowisko pod Warszawą. Wyprawę naszą poprzedziła godzinna audyencya u jenerała Latinika, pod którego łaskawem przewodnictwem odbyliśmy na mapie podróż przygotowawczą po obszarach, wsławionych zwycięstwem oręża polskiego.

Te nadwiślańskie i nadbużańskie okolice w dziejach nowoczesnych zwane będą napewno terenem „polskiej Marny”, gdyż rozstrzygały się tutaj losy Europy.

„Zapytujecie panowie, jak wielkie były rozmiary niebezpieczeństwa w kulminacyjnych dniach bitwy? – mówi jenerał Latinik. – Mogę wam na to rzec tylko to samo, co powiedziałem kilka dni temu, przed bitwą, delegacyom pań warszawskich: Wynik bitwy spoczywa w rękach armii polskiej i społeczeństwa polskiego, a zatem w rękach mocnych i pewnych. Zwyciężymy niewątpliwie, jeżeli wszyscy zdecydowani będziemy walczyć choćby na przedmieściach i w śródmieściu, orężem jaki się nadarzy, nawet łopatami i ukropem. Wróżę zwycięstwo pewne”.

Zawieramy znajomość z pułkownikiem Bobickim, szefem sztabu jenerała Latinika, który zgadza się uprzejmie zabrać nas z sobą na front.

Samochód mija rogatki praskie. Posterunkowi żołnierze w pełnym rynsztunku, lecz bosi, sprawdzają legitymacye. Do miasta wkracza właśnie gromada jeńców pod konwojem. Niedoszli zdobywcy Warszawy są bladzi, wynędzniali, apatyczni. Z łachmanów odzieży prześwituje nagie, brudne ciało.

W pewnem oddaleniu od miasta prowadzone są jeszcze roboty fortyfikacyjne.

Kilkudziesięciu mężczyzn różnego wieku, lecz o jednakich rysach semickich pogłębia rowy strzelnicze i toczy ogromne szpule kolczastego drutu. Dziwną igraszką przeznaczenia znowu odrutowują Warszawę, ale nie na swój dawny sposób rytualnego „ejruwu” i nie z własnej inicyatywy.

Co kilka wiorst mijamy obozowiska piechoty, namioty lazaretów polowych, rozpostarte na ścierniskach. Szosą ciągną oddziały wojsk ze śpiewem na ustach i szeregami jadą wozy naładowane wszelakim sprzętem domowym. To uchodźcy okoliczni wracają do swych siedzib w ślad za zwycięzcami.

W kwaterze sztabu X-ej dywizyi podpułkownik Bobicki przedstawia nas jej dowódcy, jenerałowi Żeligowskiemu. Jenerał łaskawie objaśnia nam przebieg bitwy o Warszawę, własnoręcznie rysując plan sytuacyi wojskowej w chwili, gdy duże siły bolszewickie (w tej liczbie doborowe pułki komunistów) przedarły się w okolice Jabłonny, dążąc ku mostom warszawskim.

– W nocy z dnia 15 na 16 b. m. – mówi jenerał Żeligowski – bolszewicy, skoncentrowawszy główne siły w Radzyminie, pomaszerowali przez Wólkę Radzymińską, Izabelin, Kąty Węgierskie, Demkowszczyznę ku Jabłonnie. Szosę Radzymińską ominęli. Ich plan, bardzo przebiegły, zmierzał do tego, aby wtłoczyć się pomiędzy dywizye, pilnujące dróg na stolicę, a więc pomiędzy dywizyę białorusko-litewską i moją X-tą. Dążyli na Pragę drogą, wygiętą w łuk, mając zamiar zniweczyć komunikacye wojsk naszych na prawym brzegu Wisły i odciąć je od podstawy operacyjnej.

Ale niebezpieczeństwu zapobieżono w porę. Niezrównane zasługi położył przy tem porucznik Stefan Pogonowski, którego mianowałem dowódcą batalionu, mającego utrzymać łączność między dywizyami.

Czujny i baczny porucznik Pogonowski pierwszy zaalarmował nasze armie i doniósł o kierunku nieprzyjacielskiego pochodu. Ze swym szczupłym oddziałem rzucił się na przeważające siły nieprzyjacielskie w chwili najniebezpieczniejszej i w miejscu zaledwie o 15 wiorst odległem od stolicy.

– Poległ w tej walce śmiercią bohaterską. Warszawa winna mu wznieść pomnik za niepożytą zasługę! – rzekł jenerał Żeligowski, kończąc rozmowę z nami.

W walce, którą rozpoczął świętej i świetlanej pamięci porucznik Pogonowski, wzięły niebawem udział inne pułki (w tem łódzki i kaliski). Jenerał Żeligowski rzucił na bolszewików wszystkie rozporządzalne siły swej dywizyi i pognał ich z powrotem ku Radzyminowi, przyczem zdobyto bagnetem wieś Mokre. Tu otrzymał ciężkie rany waleczny major Walter.

Równocześnie dywizya białorusko-litewska, wsparta kilkoma batalionami dywizyi X-ej, zdobyła Radzymin, zadając ofensywie bolszewickiej stanowczą klęskę. Od tej chwili niebezpieczeństwo bezpośrednie przestało zagrażać Warszawie.

Całokształtem obrony Warszawy kierował świetnie, jak wiadomo, jenerał Józef Haller, rozsyłający rozkazy wszystkim dywizyom obrony. Z polecenia jenerała Hallera otrzymała dywizya X-ta wszystkie miejskie autobusy, co ułatwiło szybkość jej poruszeń.

Po odejściu jenerała Żeligowskiego, otrzymałem kilka cennych wiadomości o dawniejszych dziejach jego dywizyi, wsławionej dzisiaj obroną stolicy. Sformowano ją w roku 1918 w Odessie z Polaków, rozproszonych w Rosyi, przyczem duże zasługi położyli podpułkownik Bobicki i jenerał Berthelot. Popularnie zwano ją „dziką dywizyą”. Walczyła na Kubani i w Besarabii. Do Polski przybyła przez Rumunię i natychmiast wzięła udział w bojach z Ukraińcami, nad którymi odniosła zwycięstwo pod Jazłowcem. Przyczyniła się przez to do obrony naszej wschodniej stolicy -Lwowa. Teraz przypadła jej w zaszczytnym udziale obrona stolicy centralnej – Warszawy.

W jakiś czas po opuszczeniu sztabu X-ej dywizyi, mieliśmy zaszczyt spotkać jenerała Rządkowskiego, dowódcę dywizyi białorusko-litewskiej, który rzekł do nas z twarzą promieniejącą:

– Dziś właśnie mija 46-ty rok od chwili, gdy wstępowałem do wojska, tu w Warszawie. Nie przypuszczałem wówczas, że prawie półwiekową rocznicę służby święcić będę tak uroczyście, pędząc bolszewików-Moskali precz za Bug!

Wjeżdżamy do Radzymina, pełnego dymiących jeszcze zgliszcz. Kolumny naszych wojsk w dziarskiej postawie przeciągają przez to miasto, będące tak niedawno centralnym punktem bitew, a dziś znajdujące się już na tyłach naszej zwycięskiej armii.

Na rynku czerni się wyrwa od ciężkiego pocisku, co najmniej dwumetrowa w obwodzie. Wybuch nie zwalił jednak pomnika Kościuszki, który wśród śladów niszczycielskiej wojny wygląda jak symbol zwycięstwa. Na wielu domach znać piętna szturmów.

Przestrzelone na wylot ściany drewniane, powyrywane z zawiasami okna, drzwi, rozbite na drzazgi, świadczą, iż tu walczono zbliska na kolby, bagnety i pięści.

Kościół w rynku prawie nie tknięty, ucierpiały tylko czerwone dachówki od kul artyleryi polowej.

Przed lazaretem, zaimprowizowanym w jakiemś opuszczonem domostwie, stoi gromadka kleryków w sutannach, z odznakami Czerwonego Krzyża na rękawach. Oddajemy w ich pracowite ręce żołnierza, którego wydobyliśmy z pod wywróconego furgonu.

Furgon ten stoczył się w rów przydrożny, zawadziwszy kołem o słup telegraficzny, obalony na szosę.

Wogóle drogi pod Warszawą były w dniach bitwy w opłakanym stanie, gdyż w wielu miejscach zorały je pociski, a szczątki uwożonych mebli, powywracanych słupów, kłęby splątanych drutów telegraficznych, przypominających kłębowiska węży lub gniazda bocianie, wreszcie rozpuchłe trupy końskie, z wyprężonemi w linię ukośną nogami, utworzyły gdzieniegdzie istne barykady.

Zgliszcza domów w miasteczkach zajmują nieraz przestrzeń całej dzielnicy. Z murowańców zostały osmalone ściany bez dachu, a z drewniaków tylko sterczące ponure kominy. W polu widać liczne mogiły żołnierskie. Bolszewickie groby łatwo odróżnić od polskich po pięcioramiennych gwiazdach darniowych. Są i na nich krzyże przeważnie, jeżeli nie wyłącznie, jednoramienne; na wielu z nich przybito kartkę z napisem: „Zdieś pokoitsia boriec za swobodu”. Czytającemu te słowa Polakowi wydają się one pełnemi krwawej ironii, brzmią, jak bezczelne naigrawanie się z chłopa rosyjskiego. Knut tyranii bolszewickiej gnał go do nas postrachem i terorem, wobec którego najsroższa dyscyplina carska wydaje się dziecinną igraszką. Dopiero w tej mogiłce, wyrytej na polskim zagonie, znalazł schron przed ciemięstwem swoich czerwonych carów i stupajek ciemny, wyzuty z wszelkich praw, nie tylko człowieka, lecz i zwierzęcia domowego, biedny, spodlony tyranią „boriec” za bolszewicką „swobodę”. Lud nasz w zdumieniu ogląda potworną mieszaninę symbolów krzyża św. z gwiazdą pięcioramienną, jaką bolszewicy znaczą mogiły swych poległych, i mówi, że to są groby „żydowsko-chrześcijańskie”.

Żołnierze i chłopi zarówno odnoszą się do miejsc wiecznego spoczynku wrogów z szacunkiem i współczuciem. Ale hersztowie bolszewiccy bardzo często plugawią i profanują groby Polaków.

Ks. Olesiński, kapelan pułku piechoty, z którym spotkałem się w okolicach nadbużańskich, opowiadał mi o takiem właśnie zdarzeniu:

– Niedawno poległ w Żukowszczyźnie dzielny oficer, podporucznik Witold Więckowski, dowódca naszej 8-ej kompanii. Bolszewicy zajęli tę miejscowość, a odczytawszy na krzyżu mogilnym nazwisko i stopień wojskowy poległego, rozkopali mogiłę, zwłoki rozszarpali i splugawili w sposób okropny, nie nadający się do powtórzenia. Stwierdziliśmy to sami, po wypędzeniu tych dzikich zwierząt ze wsi.

Ks. kapelan prowadzi dyaryusz pułkowy. W jego zapiskach znajduje się wiele cennego materyału dla przyszłego historyka wojny polsko-bolszewickiej.

Udzielił mi łaskawie kilku szczegółów, świadczących o bohaterstwie poszczególnych żołnierzy, przedewszystkiem zaś przytoczył rozkaz komisarzy, przejęty przez nas, a wysoce chwalebny dla całego pułku. Oto dosłowny jego tekst:

„Wszystkimi sposobami i za każdą cenę wyciąć w pień N. N. pułk piechoty, ponieważ składa się z otumanionych i ogłupionych robotników”.

– Oto rekomendacya nad rekomendacyami! To równa się, – mojem zdaniem, odznaczeniu was wszystkich krzyżem Virtuti militari – wykrzyknąłem, ściskając z entuzyazmem i czcią prawicę dowódcy tego bohaterskiego pułku, majora Sobieszczaka, porucznika Rawickiego i innych oficerów, sierżantów i szeregowców.

Pułk ten odznaczył się zaszczytnie podczas walk pod Warszawą. Piąta i siódma kompanie zdobyły w boju zajadłym wieś Mokre, klucz pozycyi radzyminskiej.

Dowiedziałem się następnie o osobliwych zwyczajach militarnych kompanii IX-ej, która nie strzela prawie nigdy, a za to z furyą idzie na bagnety. Zamiłowania do tego rodzaju walki nabrali żołnierze zaraz po wystąpieniu w pole. W pierwszej swej bitwie zbyt prędko wystrzelali ładunki (pociąg do gorączkowych salw cechuje młodych żołnierzy). Gdy zażądali nowych, dowódca kompanii odrzekł:

– Nic z tego, radźcie sobie kozikiem!

I przyuczyli się do tego „kozika”; wkrótce stali się mistrzami w atakach na bagnety.

Warkot trąbki samochodowej daje hasło pożegnania. Z żalem odwracam oczy od tych twarzy młodzieńczych, od tych postaci dziarskich, przybranych w wyszarzane mundury lub zakurzone koszule. Chciałbym długo jeszcze słuchać o ich czynach heroicznych, które bywały ich najczęstszym chlebem powszednim w dniach głodu i trudu.

Jeszcze dowiaduję się na odchodnem, jak to kapitan Władysław Kudał w gorączce 41-stopniowej uciekł z białostockiego szpitala, aby dowodzić pułkiem. Jak na piechotę „odwalano” po 70 wiorst na dzień. W jakim piekielnym ogniu przychodziło się prażyć żołnierstwu nad Autą. Jakie zwycięstwa odnoszono nawet w przesmutnych czasach odwrotu.

Podziwiam tych żołnierzy, co przeszli niedawno setki wiorst, mając gryzący kurz ziemny nie tylko pod nogami, ale i w uszach, nozdrzach, pod powiekami, niemal we wnętrzu czaszki całej.

Ledwie stoczyli bój zwycięski nad Wisłą, a znów się rwą w porywie młodzieńczym, bohaterskim w tę samą drogę z powrotem przez kurz ziemi i krwi na nowe zwycięstwa. Cześć wam, cześć!

Pędzimy w stronę Warszawy. Spiekota, spływająca z nieba, nie jest w stanie wypalić na naszej krwi wzniosłego wzruszenia, ani kurzawa przyćmić świetnych obrazów zwycięstwa i zwycięzców.

Po południu wyprawa w dalsze okolice: nad Bug, część drogi kolejką, część automobilem ciężarowym, a sporo wiorst na piechotę.

Oto kilka fragmentów z tej wycieczki, w której uczestniczyli posłowie: Wacław Tomaszewski i Wróblewski.

Przy poostrzelanej gęsto budce dróżniczej z daszkiem na bakier stoi kapitan artyleryi i, wskazując na wielką wyrwę w samym środku szosy, mówi:

– Armaty 155 mm rozstrzygnęły bitwę!

Patrzcie, panowie, jaki strzał precyzyjny, w sam środek szosy! Działanie ciężkiej artyleryi jest nieodparte, a przytem świetnie podnosi na duchu atakującą piechotę, przerażając i demoralizując przeciwnika. Tak było i pod Warszawą. Ale nie wolno dać ani jednego strzału na oślep. Na takie zbytki i efekty mogą sobie pozwalać tylko „polówki”. Dziesięć strzałów z dział ciężkich kosztuje tyle samo, co utrzymanie szkoły ludowej. Trzeba mierzyć na pewno, cel ruchomy, uciekający, ot taki, jak dziś, nie nadaje się dla nas.

– Proszę łaski pana – odzywa się krzepka i czerstwa babina, przysłuchująca się od kilku minut wywodom kapitana – po mojemu to najlepsze w tej wojnie „eroplany” z kulomiotem. Ot, choćby na tej drodze: jak nasi zaczęli z góry „groch sypać”, to bolszewiki zaraz uciekły. Ostało ich tylko pięciu i z zasadzki strzelali. A jak ich nasi otoczyli, to poklękali i poskładali ręce całkiem „po naszemu”, jak do pacierza. Dlategośmy ich, młodziaków, wyprosiły od śmierci, my, kobiety wiejskie. Bo nasi strasznie się na nich rozjątrzyli za tę „zasadzkę”.

– A wy, gosposiu, nie macie czasem syna w wojsku?

– A mam.

– No to pamiętajcie, że gdyby jego bolszewicy w Rosyi złapali, toby go nikt od śmierci nie wypraszał – kończy kapitan z głębokiem przeświadczeniem w głosie.

W nocy wojska nasze zdobywały Wyszków. Kulomioty gęstym ogniem zieją z miasta. Most kolejowy zerwany. Woda pieni się i kłębi, bijąc w zwalone przęsła.

Race świetlne co chwila wzbijają się wysoko i odbijają się jak złote węże w ciemnej smudze rzeki. Oddział naszej piechoty podchodzi do brzegu i, nie przerywając marszu, rozwija linię tyralierską.

Po chwili tyralierą idą przez rzekę wbród. Wystrzały wzmagają się, huk rośnie, dolata z innych miejsc, potem przycicha, ustaje.

Wśród wojsk, atakujących na wybrzeżu, rozchodzi się wieść: nasi w mieście!

Sprawdziły się słowa jenerała Rządkowskiego, wyrzeczone do mnie rankiem tego samego dnia: „Cały front w ruchu. Gnamy bolszewików za Bug!”

St. Miłaszewski.

Czasopismo kulturalno-społeczne wydawane w Warszawie w latach 1859 – 1939. Nie związane z żadną opcją polityczną; publikowano w nim wiele utworów literackich i materiałów historycznych a także zamieszczano liczne reprodukcje dzieł plastycznych w technice drzeworytniczej (dzięki własnej pracowni drzeworytniczej). Z tygodnikiem współpracowało wielu pisarzy, między innymi E. Orzeszkowa i H. Sienkiewicz. W okresie pozytywizmu był to najpopularniejszy tygodnik ilustrowany w Polsce. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pismo straciło na znaczeniu i pozostało jednym z wielu pismo literackich. Mimo tego znaczenie istnienia tygodnika (zwłaszcza w okresie zaborów) dla kultury polskiej jest ogromne.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close