Łapanka na Volksdeutschów

Coraz natarczywiej Rzesza Niemiecka domaga się „wszelkiej ceny” za zwycięstwo od swego narodu. Dotychczas ze względów ostrożnościowych, a potrosze i reklamowych dawano spokój najpodlejszemu gatunkowi ludzi, neofitom niemieckim – volksdeutschom. Do niedawna mieli same przywileje i minimum obowiązków. Dostawali zagrabione przedsiębiorstwa, leźli na ciepłe posady treuhenderów, byle smarkacz otrzymywał szerokie uprawnienia, auto do dyspozycji itd. Słowem – żyć nie umierać. Nic dziwnego, że szumowiny moralne, zwabione takim rajskim życiem wynajdywały w swoich przodkach jakąś prababkę i robiły się t. zw. voksami. Niejeden dowodził, że „musiał” , że wypadało, czuł się zagrożony. Ale większość szła, bo wspaniałomyślna, „zwycięska” Rzesza niczego nie żądała, a dawała dużo.

A tymczasem na wszystkich frontach topnieją miljony w beznadziejnych walkach o jakiś efektowny sukces, który opóźni dzień kary.

Tu i tam zaczęto mówić, że właściwie volksdeutsche mają takie same obowiązki, ale zawsze jakoś sprytni mieszańcy potrafili się wymigać z nastawianych, patrjotycznych sieci. Zawsze potrafili udowodnić, że tutaj są niezbędni, że wprowadzają nowy ład na „barbarzyńskich ziemiach polskich”.

I tak się udawało przez parę lat.

Niedawno wezwano wszystkich volksdeutschów na zebranie do sali „Roma”. Nie przeczuwając nic złego, a nawet oczekując jakichś nowych oświadczeń o poszerzonym portyku posad, czy o nowych przydziałach, polecieli tłumnie i hałaśliwie. Tymczasem w „Romie” oświadczono, że wielka ojczyzna niemiecka potrzebuje krwi i że krew volksdeutschów – owszem – także może się przydać. Powstał gwałt i rwetes nie gorszy niż w ghecie. „Jakto – wieso?” A któż będzie tutaj cywilizował Polaków? Ostatecznie mamy przecież całe pliki zaświadczeń pracy, każdy jest niezbędny, niezastąpiony – trzeba umieć. A któż umie tak jak oni, którzy poznali całą przebiegłość podstępnych Polaków”?!

Nic nie pomogło. Drzwi wszystkie zamknięto na cztery spusty. Obeszło się nawet bez komisji lekarskiej. Poprostu wszystkich zatrzymano, a zwolniono w całym ogromnym zebraniu jedynie 12 osób. Reszta poszła „zwyciężać um jedem Preis”. Wzięto nawet jakiegoś biednego voksa ze szklanym okiem (na szczęście drugie było prawdziwe…).

Tak się odbyła pierwsza łapanka na volksdeutschów. W tym wypadku niemcy zaczerpnęli wzoru z Włoch, gdzie podobno stale urządza się obławy na własnych obywateli (compatriotów) w wyniku czego milicja faszystowska, podczas jednej obławy na dworcu w Veronie, jak podaje „Giornale d’Italia” wykryła kilkaset osób z fałszywymi dokumentami, dowodami pracy itd.

Gdzie uleciały te wspaniałe lata, kiedy można było szaleć z zachwytu nad rozwalonymi miastami polskimi, francuskimi, angielskimi?

Tego lata coraz częściej przychodzą od rodzin, krewnych depesze „Wszystko w porządku”, co znaczy „zostaliśmy zbombardowani”. Ostatnio cała fala takich depesz przypłynęło z polskiego wybrzeża, z Gdańska i Sopot. „Wszystko w porządku” i ta ostatnia awantura w „Romie” podcięła zupełnie nastroje niemieckie, a wykończyło je bombardowanie Warszawy. To jest jedyny poważny skutek bezładnych sowieckich bomb – nastrój pospólstwa chodzącego ze swastyką w klapach. „Nicht gut” – oj, niedobrze. Nigdzie niema już spokojnego kąta.

A, wracając do tej łapanki, to możemy voksom powiedzieć, że nam pod tym względem lepiej się dzieje. Nas przeważnie uprzedzają. Właśnie sami niemcy. Za łapówkę, ale uprzedzają.

Podziemne, konspiracyjne czasopismo wydawane w Warszawie przez Centralny Wydział Propagandy Stronnictwa Narodowego. Jego pierwszym redaktorem naczelnym był Stanisław Piasecki. Pismo ukazywało się z przerwami już od grudnia 1939 roku; ostatni znany numer datowany jest na 1 lipca 1945 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close