Problem pruski

„W czasie swej przemowy – pisze znany angielski publicysta Tahoo Hole omawiając ostatnią mowę angielskiego premiera – Churchill przybierał często charakterystyczny dla jego twarzy wyraz „buldoga”, gdy mówił o militaryźmie pruskim – grzmiał słowami pełnymi oburzenia”.

Ten charakterystyczny dla Churchilla wyraz twarzy – twarde zacięcie ust i groźny mars między oczami – w momencie, gdy mówił o zagadnieniu pruskim – zdradza nam wiele. Churchill często w swych mowach przybiera taki właśnie groźny wyraz. Z taką to właśnie twarzą mówi zawsze o „herr Hitlerze”, z taką mówił dawniej o „signor Mussolini”, – taki to grymas towarzyszy zawsze każdemu wspomnieniu o wszystkich większego, lub mniejszego kalibru Quislingach. Groźne słowa padały często z ust Churchilla, gdy mówił o nazistach, a nawet o Niemcach wogóle. Ale o Prusakach powiedział po raz pierwszy w ten sposób: „Gdy Hitler i naziści pójdą sobie precz wraz z nimi iść sobie musi cała pruska militarystyczna banda”.

Możemy uważać te słowa za jeden z wielkich sukcesów, jakie – mimo wszystko – odnosimy w tej wojnie. Sukcesy wojenne dzielą się na ściśle militarne odnoszone z bronią w ręku i polityczne, osiągane na drodze przekonywali świata w słuszność swej sprawy. Sprawę niemiecką na zachodzie niewielu ludzi rozumie. Przy całym naszym uznaniu dla Churchilla sądzimy, że i on problemu niemieckiego nie rozumiał w pełni jeszcze w dniach wrześnie 1939 r. Dla większości Anglików przywykłych do interesowania się Europą pod kątem widzenia dbającego o swoją wygodę turysty, lub szukającego interesu przedsiębiorcy, nie wchodziła nigdy w grę strona moralna stosunków w Europie Środkowej.

Nie możemy uskarżać się na brak współczucia dla sprawy polskiej u premiera W. Brytanii. Jeszcze w swych pamiętnikach, pisanych w dziesięć lat po podpisaniu pokoju wersalskiego, mówił Churchill: „Tak więc… trzy części Polski zostały w jednym momencie uwolnione. Łańcuchy rosyjskie, niemieckie i austriackie spadły z trzaskiem… Największa zbrodnia w historii Europy, uświęcona powodzeniem w ciągu życia sześciu pokoleń mogła być wynagrodzona…” Ale czy temu współczuciu towarzyszyło zrozumienie polskiej rzeczywistości? Powiada dalej Churchill: „mimo najlepszej nawet woli nie sposób było wykreślić granicy między Polską a Niemcami bez anomalij i niesprawiedliwości…” Tak – trudno jest wykreślić granicę między Polską a Niemcami bez niesprawiedliwości. Ale nie chodzi tu o „niesprawiedliwość”, jakiej obawiał się Lloyd George, gdy odrzucił wnioski Komisji Dziesięciu, które żądały dla Polski całego Śląska Górnego oraz Gdańska. Niesprawiedliwość tkwi w niedocenianiu pewnych praw historycznych. I tutaj dotykamy problemu pruskiego.

Państwowość polska tworzyła się na ziemiach między Odrą a Wisłą. Państwowość niemiecka – między Renem a Łabą. Podkreślamy to mocno: państwowość niemiecka. Ludy germańskie, z których się zlepiło państwo niemieckie, nie były to ludy obdarzone zbyt sympatycznymi cechami charakteru. Ale gdy odprysk tych ludów – najbardziej rozbójnicza i awanturnicza grupa osiadła w dzisiejszej Brandenburgii, zaś zakłamany w swym niby to idealiźmie zakon krzyżowy – w Prusach, począł się wytwarzać typ Niemca, który do wrodzonych cech okrucieństwa i zaciętości – dodał jeszcze bezprzykładną twardość, podłość i perfidię. Poczęła się tworzyć państwowość pruska. Wyrastała ona ze zmieszania elementu napływowego niemieckiego z tą częścią mieszkańców tych ziem, którzy bronili się przed przemocą – uleganiem zaborcy. Moralnie najsłabsze jednostki pozbawione siły woli i charakteru – lecz biologicznie silne, bo oparte o element słowiański, stały się podbudową państwa pruskiego. Najgorszy moralnie Słowianin z najnędzniejszym zaborcą niemieckim dali w sumie Prusaka.

Nie znaczy to wcale, aby reszta Niemców stanowiła jakąś antytezę pruskiego ducha. To niemieccy „wybielacze” – jak choćby ów słynny Foerster – głoszą „że sentymentalna dusza niemiecka zbudowała sobie twardy swój dom z owego wydzielonego z siebie żywiołu pruskiego”. – Każdy Niemiec w warunkach życia, jakie znajduje na obszarze dzisiejszych Prus – w Prusaka się szybko przemieni. Nie chodzi tu bowiem o typ, który się raz wytworzył i od reszty narodu oddzielił. Typ pruski tworzy się i narasta stale. Tworzy go – jak powiedzieliśmy – zlepek niemieckiego awanturnika i słowiańskiego słabeusza bez charakteru. I póki Niemcy posiadać będą na swej wschodniej rubieży ziemie, które można sposobem niemieckiej „kolonizacji” prusaczyć, póty duch pruski będzie wzmagał się i potężniał w państwie niemieckim. Jest to proces dziejowy nieukończony.

Niemcy były bite w ciągu dziejów kilkakrotnie. Po pokoju westfalskim zdawać by się mogło, już się nie podniosą jako potęga. Tymczasem odbudowały je Prusy Fryderyka. Pobił Niemcy Napoleon, lecz już zdrada pruskiego generała Yorcka była pierwszą zapowiedzią klęski cesarza Francuzów. Wreszcie uległy Niemcy w 1918 r. A przecież jeszcze przed podpisaniem traktatu wersalskiego utworzona została na pruskim wschodzie przez Maeckerta, a potem przez von Seeckta i Hindenburga 400-tysięczna świeża, karna i wyćwiczona armia…

Ilekroć Niemcy były pobite na zachodzie, odradzały się na wschodzie. W marcu 1919 r. Europa łudziła się, że krwawe walki na ulicach Berlina są ostatnim buntem narodu niemieckiego przeciwko zmuszającej go do wojny kliki. W rzeczywistości żadnego prawdziwego buntu nie było. Wojsko niemieckie, gdy zostało pobite na zachodzie, „wyżywało” się dalej w walkach na Łotwie, w walkach z Polską, w walkach wewnątrz kraju… podjętych w imię prestiżu armii. W 1921 r. ukazuje się książeczka napisana przez F. E. Solfa, oficera artylerii saskiej, pt. „Odwet Niemiec” zapowiadająca nową wojnę już w 1934 r. W książce – cieszącej się wielkim powodzeniem, mimo całkowitego braku walorów literackich i zaszczyconej przedmową pióra płk. Bauera, adiutanta samego Ludendorfa – są twarde zapowiedzi: „urządzimy świat na naszą modłę, jak nam się będzie podobało…” i projekty wysiedlenia niewygodnej na danym obszarze ludności. W parę lat potem – lecz znacznie wsześniej, a więc znacznie bliżej krwawych wojennych jatek, niż słynne „An Westen nichts neues” Remarque’a – ukazała się powieść Hessego „Partenau”. Jest to literacka zapowiedź Hitlera – człowieka, który gotuje wojnę Polsce i Czechom. „Partenau” powiada: „Zmienimy mapę wschodniej Europy, zmienimy ją na czas długi, jeśli tylko bogowie i los dopuszczą nas raz jeszcze do rozgrywki.” A znowu gdzieindziej: „Na zachodzie chcemy zachować spokój, niech więc nam dadzą zaprowadzić pokój na wschodzie trwały pokój. Inaczej stanie znowu w ogniu cała Europa.” I to mówi człowiek, o którym powiada autor powieści: „Partenau stać się może kiedyś – może już wkrótce – hasłem i sztandarem.”

To są Prusy. My znamy śmiertelne niebezpieczeństwo, którym grożą całemu światu. Hitleryzm jest potwornym myślowym i moralnym zboczeniem, ale hitleryzm stał się dopiero tym, czym dzisiaj przeraża świat gdy się zetknął z prusactwem. Zrodzony w Monachium – wprawdzie właśnie wśród uciekinierów z Prus – ale mimo to związany z atmosferą tej najbardziej może europejskiej prowincji Niemiec, nie był początkowo całkowicie sobą: szkołą terroru, rewolucją nihilizmu, ale łudził swymi rzekomo narodowymi i rzekomo antykomunistycznymi zasadami. Dopiero gdy opanował Prusy – „partyjny Mefisto” Goebbels przysłużył się w tym Hitlerowi – zrzucił maskę. Niemcy długo wołali: Ein Volk – ein Führer – ein Wille – że tym jednym narodem ma być – i musi być – naród pruski, jedną wolą jest sprusaczenie Rzeszy. Prawda, że między kliką pruską a hitlerowcami istniały i istnieją zatargi. Są to jednak spory, tyczące się wyłącznie taktyki walki. Hitleryzm jest ruchem proletariacko-brutalnym i akcentuje raczej ducha pruskiego, niż lokalnie pruską przynależność, junkrzy pruscy natomiast uważają i niewątpliwie słusznie – że problem pruski jest związany nierozłącznie z terenami na wschód od Odry. Natomiast chamska brutalność mniej popłaca, niż planowa, uporczywa, wolno niszczycielska praca.

Jeśli Niemcy mają być dobrze pobite w tej wojnie – muszą być nietylko zwyciężone. Sprawa pruska winna wreszcie pozostać załatwiona. Załatwioną zaś ona będzie tylko wówczas, gdy prusactwo przestanie z roku na rok narastać. Niemcy dzisiaj – aby je uratować dla cywilizacji europejskiej – trzeba nietylko pobić, na nowo wychować, ale także pozbawić trucizny, którą się same zatruwają. Tą trucizną są Prusy.

Zbrodnia dziejowa mści się. Naród, który ukradł ziemię i karmiąc się krwią zwyciężonych założy swe państwo, nie może strawić swego łupu. Prusy są ziemią obcą, pełną słowiańskich, a nawet ściśle polskich – soków. Od Odry aż po Niemen te soki fermentują i burzą się. To one – dzięki swej ogromnej sile – utrzymują naród niemiecki przy życiu. Rozpierają zwiotczałe, stare żyły germańskiego barbarzyńcy i pchają go do walki z całym światem. A gdy padnie pobity, one go zmuszają do powstania.

Z zadowoleniem słyszeliśmy oświadczenie Churchilla, że klika pruska musi odejść precz. Pojmujemy zaś to w sposób następujący: nie chodzi o to, aby taki to a taki generał lub polityk był trzymany w oddaleniu od władzy. Nie Prusacy muszą odejść, ale Prusacy muszą wrócić do Niemiec. Musi być zlikwidowana sprawa pruska.

Gdy ziemie na wschód od Odry powrócą do swej macierzy – do Polski -Niemcy będą skutecznie pobite. A jednocześnie – ocalone. Tylko bez Prus mogą się zmieścić w Europie. My o tym wiemy oddawna. Oby to wreszcie zrozumiano i w Londynie!

Podziemne, konspiracyjne czasopismo wydawane w Warszawie przez Centralny Wydział Propagandy Stronnictwa Narodowego. Jego pierwszym redaktorem naczelnym był Stanisław Piasecki. Pismo ukazywało się z przerwami już od grudnia 1939 roku; ostatni znany numer datowany jest na 1 lipca 1945 roku.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close