BOY-ŻELEŃSKI

Antki i Felki na Saharze

Zwykle pisze się o książkach, które wyszły z druku; naruszając ten obyczaj, pozwolę sobie mówić tutaj o książce, która nie wyszła, bo właśnie chciałbym jej pomóc do tego – żeby wyszła. Dostała się do moich rąk przypadkiem. Od czasu jak siliłem się spopularyzować – jakże zasłużenie – imię Jakóba Wojciechowskiego, otrzymywałem moc pękatych rękopisów, pisanych bez kropek, przecinków i dużych liter; mimo iż nie wątpię, że niejeden z nich jest cennym dokumentem życia a może i talentu, nie jest, niestety, w mojej mocy poświęcić im tyle czasu ile trzeba, aby się przedzierać przez dziewicze gąszcze fantazyjnej ortografji i kaligrafji. Tu miałem pierwsze poznanie nieco ułatwione. Na autora, którego pragnę przedstawić, zwrócił moją uwagę kpt. Leon Ordyniec, przesyłając mi skopiowany fragmencik rękopisu. Był to pamiętnik „prostego człowieka”, który spędził dziesięć lat we francuskiej Legji Cudzoziemskiej.

Przeczytałem ten fragment, zaświadczyłem z ochotą że jest bardzo interesujący – i na tem się skończyło. Ale, pewnego dnia, wtargnął do mnie sam autor. Przybył wprost z Gdyni: przedstawił mi się: Joseph Białoskórski, sierżant-dezerter Legji Cudzoziemskiej. Blondyn średniego wzrostu, raczej niewielki, szczupły, lat 32. Opowiedział mi pokrótce dzieje swego życia. Urodził się w Piotrkowie (ojciec robotnik, ale – jak pisze – ze „staroświeckiej” rodziny); miał lat dwanaście kiedy przyszła wojna i okupacja, równocześnie umarła mu matka. Chłopiec pojechał z gromadą starszych za robotą do Czech; jakiś dostatni Czech się nim zajął, – Józef miał zawsze trochę szczęścia do ludzi, – przygarnął go, ale rychło go odumarł; przedsiębiorczy malec wsiadł na pociąg, pojechał do Wiednia, powałęsał się po mieście, znów wsiadł na pociąg i pojechał do Budapesztu. Policja skierowała go do Sijofok Balaton, gdzie trafił na Polaków i znalazł zajęcie jako kuchcik (od tego czasu zachował kult dla sztuki kuchennej); po wybuchu Polski wrócił do kraju, gdzie zastał w domu macochę; mając lat niespełna siedemnaście, wstąpił jako ochotnik do wojska, bił się w wojnie z bolszewikami, po zawarciu pokoju został dalej w wojsku, posłano go na Górny Śląsk, gdzie brał udział w powstaniu; ranny, dostał się do niewoli, siedział w Cottbus i w Dachau, gdzie go głodzono i bito, aż gdy ktoś podpalił barak, korzystając z zamętu, uciekł. Szedł nocami, chciał do Polski, trafił do Belgii, potem do Francji, zatrzymał go żandarm, spytał o papiery: nie rozumiejącego po francusku odprowadzono do więzienia w Lille, tam wytłumaczono mu (po niemiecku) że jako Polak dostanie pracę, ale ma podpisać papier. Skoro podpisał, klapnęli go po plecach, mówiąc: „Bon legion”. Białoskórski nie wiedział, że podpisał piętnastoletnie zobowiązanie służby w Legji Cudzoziemskiej.

Dalej z nim na kolej i w drogę. Pyta na migi dokąd go wiozą; odpowiadają: „Marok”. Nie wie co to jest. Dojechał do Paryża, przewieźli go z Gare du Nord na Gare de Lyon kolejką podziemną; tyle widział Paryża. Potem Marsylja, koszary w Fort-Saint-Jean, gdzie dowiaduje się wreszcie, że pojedzie do Afryki bić Arabów, że mu tam będzie dobrze i że może zostać oficerem. Przeprawa do Oranu, pierwsze zetknięcie z klimatem i z ludnością, pierwsze zdziwienia. Czas przysposobienia, znajomość ze srogą dyscypliną Legji, i – dziesięć lat służby, w której czasie Białoskórski, tęgi i obrotny żołnierz, doszedł do stopnia sierżanta. Walczył na Saharze, pełnił służbę w Indochinach, w Syrji, zwiedził Palestynę, odstawiał więźniów na Madagaskar, jeździł do Konstantynopola po ochotników z rozbitej armji Wrangla, którzy wstąpili masowo do Legji, potem był w Senegambji, i znów okrutne walki na Saharze, był ranny w nogę, w głowę, pierś ma zniekształconą…

I zdawało się, że już pogodził się z tym żołnierskim losem i że, im bliżej do końca, tem łatwiej będzie mu już wytrwać. Aż raz…

Jak się stało, że Białoskórski drapnął z Legji? Myśl o ucieczce nawiedzała go okresowo. Raz – było to w pierwszych latach – próbował z drugim kolegą uciekać naiwnie łódką motorową; nie udało się, ale się jakoś wytłumaczyli, wycyganili. Uszło na sucho. Potem mu to przeszło; był jako sierżant parę razy w Paryżu, po transport, i nie uciekł. Aż raz…

Kazano mu odstawić dwóch więźniów na Madagaskar, na ciężkie roboty. Ile lat tych robót, to wszystko jedno, bo stamtąd się nie wraca, klimat zabija. Obaj więźniowie byli Polacy, jeden ze Lwowa, drugi z Jabłonny. Jakoś sierżanta Białoskórskiego rozebrało; zdjął im kajdanki i powiedział: idźcie do djabła. I sam uciekł. Było to w Casablanca. Kupił sobie ubranie cywilne, ukrył się za pięćdziesiąt franków na statku wśród węgla, dojechał do Marsylji; stamtąd do Paryża pociągiem towarowym schowany w deskach; z Paryża do Belgji, stamtąd przy pomocy konsula polskiego do Gdańska, gdzie przesiedział dzień w areszcie, wszedłszy w zatarg z policją w przekonaniu że Gdańsk jest polski. Wypuszczony, udał się do Gdyni, i tam mieszka od roku, dotąd. Co robi? Niestety, nic. Pamiętnik jego pomnaża archiwum słynnych pamiętników bezrobotnych. Żyje jak i czem się da. Znają go tam, ma trochę „stosunków”. Mieszka z łaski na scenie Teatru Letniego, gdzie w czasie deszczu woda kapie. Czasem zapraszają go, aby wygłosił odczyt ze swoich wspomnień. Był na takim odczycie jakiś kurator z Poznania; poradził mu aby napisał pamiętniki. I pisze je.

Sierżant Białoskórski przydźwigał mi swój pamiętnik, tyle ile dotąd napisał. Jest tego wielka kupa kartek – pisane szeroko, ołówkiem, bez poprawek, na odwrocie starych urzędowych druków, których mu widać jakiś woźny z przyjaźni użyczył, – pisane kulasami, bez jednego znaku przestankowego. I mimo tych przeszkód technicznych, wyznaję, że czytałem to bez przerwy kilka dni; niemal zły na siebie, ale nie mogąc się oderwać. Cóż za dokument! Prostota ewangeliczna, ortografia fonetyczna, narracja rzeczowa. Dbałość o szczegół realny, potrzeba ścisłości. W dniu np. najkrwawszych walk z Arabami, walk bezpardonowych, w których śmierć jest niczem, a liczy się dopiero rodzaj śmierci, Białoskórski notuje fachowo: „Ugotował nam jeden kucharz dobry groszek polny konserwowy”

Te walki z Arabami! Zaledwie można uwierzyć, że to wszystko dzieje się dziś, że to nie jakieś fantastyczne opowiadanie z zamierzchłej przeszłości. Uwspółcześnia je poniekąd technika wojenna, karabiny maszynowe, samoloty, które unoszą się nad pustynią, rzucając informacje o pozycjach Arabów, zabierając – zbyt rzadko – rannych do szpitala. O ile zdołają zabrać. Bo częściej ranny ginie okrutną śmiercią, dostawszy się w ręce wroga, albo – z litości – dobijają go koledzy. Jeńców się tam nie chowa, ani z jednej ani z drugiej strony. Półżywych – bywa – zakopuje się z żywymi, tak że widać jak piasek się rusza…

„Tak idziemy dalej po górach, spotykamy szkielety ludzkie, ale niewiadomo po kim są, czy po Arabach czy po legionach. Tak o jeden kilometr zauważyliśmy rozbite mury, no i dalej do nich, a to był jeden post, czyli mała forteczka legionów. Zachodzimy, a tam rozmaite zapachy. Weszliśmy do środka, i tam leżą szkielety i rozmaite zwirze ich obgryzały. To nam się przedstawiło w oczach, a to 26 legionów zamordowanych przez Arabów. Już leżeli od paru tygodni i tak się nad nimi znęcali szczury i szakale, no co żal nam było, ale co robić”…

Co robić, w istocie. „To się nazywa trudno” – oto zwrot często powtarzający się pod piórem Białoskórskiego. Z tym samym spokojem opowiada nam rzeczy jeszcze o wiele okrutniejsze.

Razporaz zjawia się drobny rys, gwarantujący szczerość opowiadania. Oto, naprzykład, sytuacja. Dowódca forteczki wysyła silny patrol; później, słysząc strzały, zbiera resztę załogi i śpieszy patrolowi z odsieczą. Jedynie kucharz Białoskórski (był wówczas za kucharza) ma zostać na posterunku. Tak mu się głupio zrobiło iż ma zostać sam, że, jak stał, chwycił za karabin i pognał za tamtymi. Aż, kiedy go ujrzeli, mimo śmiertelnych opałów, wszyscy w śmiech: kucharz zapomniał odpiąć fartuch i zdjąć czapę, i taki biały poleciał. Za tę gorliwość Białoskórski, już przedtem dobrze notowany, awansował na starszego żołnierza; przyczem wciąż się zastanawiał, czy on poleciał za nimi z odwagi czy ze strachu? Potem podano go za to do „medalu Sahary”; a on wciąż myśli, czy to było z odwagi, czy ze strachu?

Czasem żal mu było tych Arabów, „bo oni podobno walczom o wolność”, – pisze Białoskórski, – ale gdzie tu ulokować współczucie, kiedy wciąż trzeba bronić swojej głowy i brać odwet za swoich kolegów. Upiorne sceny! Raz – Białoskórski jest już sierżantem – prowadzi patrol: widzi przeważające siły i zamierza się cofnąć pocichu.

„Pomiędzy nami był jeden legion, on był trochę porażony słońcem czyli kopnięty w mózg. I my się pilnujemy, naraz ten warjat wstał i zaczął się drzeć: „O, O, O”, i „le le le Arabe”, i strzelił w ich stronę. No kiedy Arabi zobaczyli jego, sto djabłów jak się do nas odezwali z karabinów i do nas zaczęli posuwać. Tak co ja tego wariata w łeb, on dalej strzela. No i co, ja dalej uciekam ze swojemi legionami, i ten głupi też. Już widzę, jeden leży, drugi raniony, tak żeśmy zaczęli się czołgać i widzę że niema wszystkich, a ten głupkowaty leci i krzyczy… Tak kapitan mnie się pyta co i jak to zaszło. Ja tego warjata za głowę, i się go pytam, dlaczego on tak zrobił; on się śmieje. No ja dalej idę do majora i opowiadam jak to zaszło i mu mówię że trzynastu zgubiłem z tej patroli. Major nie był zadowolony i mnie się pyta, czy są ranne pomiędzy niemi. Ja mówię: tak.

– „No to dalej, idziemy atakować”. Tak tego głupiego już nie bierzemy, ale kapitan mówi: „Przez niego zginęło trzynastu, to niech i on pokaże, jak się bije”… I naraz zauważyliśmy jednego zabitego, leżał. I major się rozdenerwował i dalej dalej „anawan mon legion”, i tak Arabi się zbliżyli na to miejsce. To my dalej się za nich bierzemy i karabiny maszynowe zaczęliśmy grać i Arabi nawzajem. To ten głupi jak się wyrwał, i dalej do Arabów; i jego nie mogli zabić; to była uciecha, kiedy ten warjat przyskoczył do jednego Araba i go nadział na bagnet, ale już momentalnie go Arabi zgładzili. Tak i my się bili przez 1,5 godziny i Arabi się zaczęli cofać i my za nimi… Zaczęliśmy zbierać rannych, ale już tym, co były wprzód ranne, Arabi głowy pourzynali, a i nawet tym zabitym głowy odcięli, żeby nazad nie wstali”…

I pomyśleć, że w tych warunkach, razporaz pamiętnikarzowi tryska spod pióra humor, nie robiony ani trochę, naturalny. Zwłaszcza gdy nasz Joseph zetknie się z innymi Polakami, których w Legji niebrak. Wówczas anegdoty jego, wspominki, kawały żołnierskie, trącą stylem naszych „legunów”, zwłaszcza że i tu ciągle mowa jest o „legionach”. Charakterystyczne sylwety rzuca mimochodem swoim naiwnym stylem Białoskórski, jak np. ów Felek Lewandowski, „stary gołębiarz” z Łodzi, olbrzym wysoki blisko na dwa metry, który nie został sierżantem bo ma nieprzeparty nałóg do kieliszka, zawsze gotów w marszu nieść karabiny za kolegów wzamian za odstąpienie racji wina i dźwiga tych karabinów lekko po pięć i sześć. Rozmowy Josepha z tym Felkiem mają swój smak:

„I znowuż zaczyna się walka krwawa, już nas palce bolą od pociągania za kurek i piersi od kolby, no ale na wieczór przestali, i my też. I ja podszedłem do Felka i go się pytam: „Jak tam Felek, tu nie wyjdziemy zdrowe, tu nas zabiją”. On się rozśmiał i mówi, że nie; że on wie kiedy go zabiją. „Wina daj się napić”. To ja mu dałem, i napił się i mówi, że „mnie zabiją wtenczas, kiedy będę leżał, a jak będę stać, to nigdy mnie nie zabiją, bo jestem Polak Felek z miasta Łodzi, to się nie boję”. Tak mówił i się śmieje, nic sobie z tego nie robi, że Arabi atakują”…

Są tam, oprócz Polaków, wszystkie bezmała narodowości. A najwięcej Niemców. Tych jest, powiada Białoskórski, w Legji 75%. I nie lubią Polaków i dają im szkołę gdzie mogą; ale trafili w naszym Josephie na morowca, co jako kapral potrafił w Indochinach własnego sierżanta zaaresztować, kiedy ów mu się wydał podejrzany o zmowę z przemytnikami. A drugiego jego kolegę Niemca, co się chciał mścić za tamtego, wykiwał tak, że dotąd pewno legenda tego kawału przetrwała w pułku. Szkoda, że za długo byłoby opowiadać.

Wśród owych straszliwych walk w górach Atlasu, wśród nieustannie zahaczających się wzajemnych odwetów i represyj, nagle wykwita coś nakształt idylli. Plądrując „kasbę” arabską, którą mieli polecone wyrżnąć i wyrżnęli w istocie do nogi, – co Białoskórski referuje z niezmąconym spokojem, – znaleźli w domu kaifa (naczelnik wsi, rodzaj wójta) sześć kobiet: cztery Arabki i dwie białe, Włoszkę i Hiszpankę. Te dwie, to były tancerki kabaretowe, które w przejeździe z miasta do miasta dostały się w ręce Arabów i podzieliły los niewolnic. Wynikła stąd miłość Włoszki, panny Galiano, do biednego żołnierza-Polaka, który ją znalazł i wybawił, romansik, który budził zazdrość Hiszpana-porucznika i który naszemu Josephowi dał wiele słodyczy, kiedy później, ranny w nogę, znalazł się w szpitalu w Casablanca. Cóż za leguńskie kawały, aby się wydostać ze szpitala bez pozwolenia lekarza i pomknąć do baru, gdzie tańczy panna Galiano! To prawie film z Marleną Dietrich. Ale Joseph nie ma w sobie krzty romantyzmu. „Karabin jest moją kochanką”, – odpowiada na małżeńsko-sentymentalne aluzje tancerki. A w gruncie te wszystkie egzotyczne przeżycia nie mają dla niego realności: duszą, myślą jest ciągle w Polsce, co mu tam Włoszka! Miłość pojmuje zresztą niezmiernie prosto. Oto jak przedtem notuje swoją pierwszą bytność w jakiemś afrykańskiem „Mulęruż”:

„No i każdy sobie bierze i wybiera, ale mnie zaciekawiło, co ja białe kobiety już przechodziłem, ale czarnej nie. A ja sobie wezmę murzynkę i biorę: co za piękna panienka, czarna jak djabeł, nos płaski, oczy białe, usta czyli wargi wywrócone, czerwone i duże że można kawał kiełbasy włożyć, zęby białe, w nosie kółko, tak że można było ją prowadzić jak woła czyli byka złego. Co za piękna, i ona zaczyna mnie całować, ale ja się bronię: no ale co miłość wymaga, biorę kółko, podnoszę głowę i całuję. To tak sobie wyobrażałem, jakbym byka całował lub djabła: usta takie duże, że cała twarzby mogła mi wejść. I dalej się z nią bawię, bo chciałem poznać, jak czarne kobiety kochają: rzeczywiście lepiej jak Europejki”…

Ale naszego Josepha w tym „Mulęruż” co innego bardziej interesowało. Ten „podróżnik mimowoli”, który Paryż poznał z kolejki podziemnej, tu, w Calam-Besser, pierwszy raz zetknął się z cudami cywilizacji. „Co za cuda: Arabki na nago tańczą, potem strzelanie do tarczy o nagrody, to się zakłada łyżwy na kółkach i się celuje kto trafi, to 50 franków nagrody… No ja sobie pomyślałem: jak żyję nie widziałem takie coś, co można spotkać w niekulturalnej Afryce”…

Nareszcie opuszczamy duszną i krwawą Afrykę; przydzielono Josepha i jego pułk do Indochin. Przebywa równik, opływa cały czarny ląd, płynie około dwóch miesięcy; zapłynął na miejsce, dostawiają go na placówkę. Ma pilnować granicy od przemytników. Po walkach na Saharze, cóż za idyliczna służba! I ludność jakże inna, ci łagodni potulni Anamici, stręczący „szarżom” swoje córki za żony, mocą obyczajowego trzymiesięcznego małżeństwa. Rząd francuski popiera te związki, z których dzieci, wychowane na koszt rządu, nie znające ojca ani matki, dają republice francuskiej najwierniejszych żołnierzy i najlepszą policję.

Paradny jest opis, jak nasz Józef, ożeniwszy się legalnie na trzy miesiące, przebiera swoją Anamitkę w europejską konfekcję i, wywracającą się na wysokich korkach, prowadzi pod rękę z wizytą poślubną do wsi anamickiej. Jakież upojenie dla niej, która była w tej wiosce niewolnicą, a teraz odwiedza ją jako pani kapralowa, witana uniżenie przez samego naczelnika wsi.

Niebawem koniec małżeństwa wraz ze zmianą posterunku. „Zawiadamiam moją Anamitkę, że jutro jadę do Honai, a ją zostawię. Na to ona się zasmuciła, ale ja sierżantowi powiedziałem, że mam kobietę i czy chce się z nią żenić. On: „Tak”. I ja już za nią dostałem 10 piastrów, no i jej mówię, że sierżant się z nią będzie żenił. A ona zaraz do niego i go przywitała. Tak mnie się lepiej zrobiło, że się tego chomąta pozbędę”…

Białoskórski odznacza się inteligentną ciekawością. Wszędzie gdzie jest, mimowoli obserwuje sposób życia, urządzenie chat, obyczaje, które go dziwią a czasem i gorszą, jak np. najdalej posunięta wspólność erotyczna w chatach Riffenów. Opisuje szczegółowo domy anamickie, na których szczycie wyobrażone są jakieś figury: „To mają być jeich najmądrzejsze ludzie, jak u nas Adam Mickiewicz i Kopernik”.

I tutaj znajduje się w jego pamiętniku karta, która również daje miarę szczerości tych wspomnień. Kreśli nędzę Anamitów, którzy, żyjąc w kraju bogatym w ziemiopłody („kawa, herbata, wełna, wata, ryż, rodzynki, figi, no i kokaina, opjum”), nie mają z tego nic. Opisuje martyrologję krajowca, który przychodzi do miasta sprzedawać kawę: szykany jakiemi go dręczą, grymasząc umyślnie, każąc mu przez trzy dni na głodno sortować tę kawę, ziarnko po ziarnku; wkońcu płacą go kwitkiem, z którym idzie z portu do kasy odległej o parę kilometrów; ale kasa właśnie zamknięta; i aby, nasycić głód i nakarmić wygłodzone osły, sprzedaje swój kwitek z lichwiarską stratą, aby z niczem prawie wrócić do domu. I tutaj jedyny bodaj raz w pamiętniku Białoskórskiego ujawnia się wzruszenie, litość: czego nie sprawiła ani śmierć ani miłość, to sprawiła niedola anamickiego chłopa w obliczu chytrego i zorganizowanego wyzysku. „No i ja to zobaczyłem swojemi oczami: jestem legionem, serce mam twarde, biłem Arabów i zabijałem, nigdy nie wzruszyło mnie, ale jak widziałem tych biednych gospodarzy z tą kawą, co oni robią z nimi, to niech jasny piorun weźmie tego kupca, jabym go zasztyletował na miejscu, i te francuskie prawa tak gnębić naród, jak te Anamity są gnębione. Samemu mnie łzy poszli z oczu, jak ja jednego Anamita prowadziłem do kasy, bo mnie się pytał po drodze gdzie jest Plas de la Republik”…

Po dwudziestu paru miesiącach pobytu i siedmiu kolejnych małżeństwach anamickich, żegna Białoskórski Indochiny i wraca do Casablanca, gdzie odnajduje na chwilę swoją kochającą i pobłażliwą na zdrady tancerkę Galiano. I znów inne krajobrazy: Senegal, gdzie czyha na człowieka śmierć od wężów, i z powrotem góry Atlasu, koszmar pustyni, i ci straszliwi Arabi, niezliczeni, niewytępieni, nieprzejednani…

Charakterystyczna jest nuta polskości, która razporaz odzywa się pod piórem Białoskórskiego. To gdzieś w Honai obchodzą z kilkoma Polakami święto 3-go maja, oblewając je morderczą miejscową wódką (kapral Białoskórski jej nie pił, tylko wino), której użycie – surowo wzbronione – pachnie degradacją i pięcioma latami więzienia. To nieoczekiwanie odzywa się serwitut swojactwa, który każe mu ustąpić – na jedną noc – czułej Galiano kapitanowi Wiśniewskiemu, bo Polak. Z satysfakcją notuje Białoskórski wszystkie pochwały oddawane Polakom; ba, kielich szampana, który raz wzniósł sam pułkownik, wołając „Vive de Polonais”. Właściwie, cały czas prawie obracamy się tu między Polakami. Gdzie ich niema! W jakiemś miasteczku marokańskiem wszedł wśród marszu do domu i zażądał wina. Wynędzniała kobiecina zeszła do piwnicy. Czekając, Białoskórski zauważył na ręczniku polski napis: „Bez pracy niema kołaczy”. Kiedy kobieta wróciła z piwnicy, „ja jej mówię po polsku: Co pani, Polka?”. Ona aż upuściła bidon i zaczęła płakać i się pyta: „Co panowie, Polacy?”. Ja: „Tak”. Ona zaraz poszła swojego męża zawołać, i ja z małemi dziećmi rozmawiam i patrzę się na tę biedę: ubrani po arabsku, to na nago, tylko takie białe habity na siebie ponakładane mieli… No i przyszedł ojciec, matka, i dalej nas winem częstują. To ja Niemcowi kazałem iść do kompanji i zawołać jednego kaprala Polaka. Tak przyszedł Czerwiński, nawet z jeich stron, z Przemyśla, i zaczęli my sobie opowiadać, i tak nam się żaliły i nas serce wzruszyło, chociaż legion ma serce po prawej stronie” …

Tak więc nasz Józef przez Śląsk i śląskie powstanie do Afryki się dostał, przez więźniów Polaków wreszcie z Afryki uciekł; był sierżantem, teraz jest niczem, ale może zostanie – autorem. Życzę mu tego, bodaj za przyjemność, jakiej mi dostarczył jego pamiętnik. Ludzie zawodowo przesyceni wszelkiemi smakami literatury najlepiej wiedzą, co to za odświeżenie dostać czasem do rąk taki razowy chleb szczerej, nieuczonej mowy. Nieuczonej, ale zgoła nie niezdarnej: pamiętnik Białoskórskiego jest na swój sposób pisany wybornie; zwięźle, treściwie, z uderzającą pamięcią wizualną, właściwą widać owym świeżym niezużytym inteligencjom. Cóż napozór monotonniejszego, niż wieczne marsze i bijatyki w piaskach Sahary: otóż nie, każda potyczka, każdy epizod mają pod jego piórem swoją inność. Wśród mnóstwa typów, które znał, kolegów, dowódców, oficerów wszystkich narodowości, każda fizjognomja odcina się bodaj kilkoma, naiwnie napozór a w gruncie bardzo trafnie rozmieszczonemi kreskami. Jest czasem w paru słowach i obraz, i nawet – niesłychanie rzadko -jakaś samorodna metafora. Jest zwłaszcza w tem opowiadaniu oddech epicki, w którym roztapia się okrucieństwo i brutalność materjału. Jakież wreszcie bogactwo ludzi, przeżyć, krajów! Bez przesady, sądzę, że w pamiętniku tym – jeżeli znajdzie wydawcę – zyskamy nietylko pierwszorzędny, jedyny bodaj w swoim rodzaju dokument, ale i tęgi utwór literacki.

A sam autor? Ten ma jedno marzenie – zostać kucharzem! Możeby kto ziścił tę jego godziwą chęć do pracy i dał mu kontynuować karjerę rozpoczętą jeszcze na Węgrzech, a na tak długo przerwaną? Ale nawet niezupełnie przerwaną: wspomniałem już, że ten tęgi żołnierz miał w całym pułku sławę „bon cuisinier”. Spytajcie dobrego, poczciwego kapitana Lafon. O ile kapitan Lafon nie ma głowy uciętej… Przez tych Arabów, które „podobno walczom o wolność”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close