ALEKSANDER ŚWIĘTOCHOWSKI

Pisarze polscy o kwestji żydowskiej
Antysemityzm.

Dyskusja na łamach „Wiadomości Literackich”

Historja Żydów jest jedyna, bezprzykładna. Żaden inny naród pozbawiony ziemi, rozegnany po całym świecie, znienawidzony, pogardzany, prześladowany, nie rozrósł się w wielką masę i potęgę. Tkwi w nich jakaś niezniszczalna siła żywotna, która nie tylko opiera się najcięższym pognębieniom, ale zużywa je na swą korzyść, zachowując wśród najwyższych kultur własne, stare, barbarzyńskie formy życia. Pomimo bezwzględnych równouprawnień, pomimo szczerej tolerancji religijnej i rasowej w społeczeństwach europejskich, pomimo wiekopomnej roli historycznej, jaką Żydzi odegrali w wytworzeniu i rozwinięciu chrześcijaństwa, pomimo licznych objawów ich genjuszu w nauce, literaturze i organizowaniu społeczeństw, pomimo czcigodnych jednostek niepokalanej czystości moralnej, pomimo że obecnie zajmują w państwach cywilizowanych wszelkie stanowiska aż do najwyższych włącznie – wszędzie z większą lub mniejszą wyrazistością są wyosabniani i nielubiani. Bez przesady rzec można, że antysemityzm jest jawnym lub utajonym prądem w całej Europie. Naturalnie jest on nurtem najszerszym i najgłębszym w społeczeństwach o największem zgęszczeniu Żydów, szczególnie w Polsce, w której są miasta posiadające ich więcej niż całe kraje, a ogół ich dosięga trzech miljonów. Tu walka już nie jest drobną potyczką, ale poważną i zaciętą wojną dwóch narodów, z których jeden przeważa liczbą a drugi strategją i uzbrojeniem ekonomicznem. Już obecnie widzimy w codziennych starciach bojówek tyle fanatyzmu, rozjątrzenia i okrucieństwa, że o dobrowolnem lub przymusowem zawieszeniu broni a tem mniej o trwałej zgodzie nie może być mowy. Większość społeczeństwa patrzy na tę wojnę bądź obojętnie, bądź z głośną lub cichą sympatją i uznaniem dla antysemitów, nikt jednak nie wskazał jak skutecznie zażegnać szalejącą burzę.

Bo też sprawiedliwe rozstrzygnięcie tego zatargu jest rzeczywiście bardzo trudne a nawet bez popełnienia gwałtu niemożliwe. Zestawmy fakty. Że Żydzi, wygnani ze swej ojczyzny i rozproszeni po świecie, wcisnęli się wszędzie gdzie mogli; że wtargnęli liczniej tam gdzie znaleźli drzwi otwarte niż tam gdzie były dla nich przymknięte lub zamknięte; że rozmnożyli się w społeczeństwach, które im nie tylko zapewniały tolerancję, ale także warunki przyjazne dla zachowania swej odrębności i wyzysku; że największą masą wtłoczyli się do słabej kulturalnie i państwowo Polski szlacheckiej; że dzięki dawności swego pobytu uważają się za ludność rodzimą; że zamożni nie chcą a ubodzy nie mogą wysiedlić się do innego kraju, zwłaszcza że gotowego ich przyjąć na kuli ziemskiej niema – to jest naturalne i zrozumiałe. Jeżeli chcemy pozbyć się Żydów w sposób ludzki i wykonalny, musimy wskazać im drogi i miejsca odpływu, a nie żądać ażeby w braku przytułku wytopili się lub wywieszali, chociażby dlatego że oni dla naszej przyjemności, korzyści czy wygody, samobójstwa nie popełnią. Trzeba przecież odpowiedzieć nie tylko bogatemu przemysłowcowi lub bankierowi, który posiada środki i kosmopolityczną gotowość do zmiany miejsca, ale nędzarzowi mającemu do wyżywienia siebie i swojej rodziny kawałek chleba i kilka cebul: dokąd i za co on ma wyjechać albo wyjść?

Z drugiej strony naturalny i zrozumiały jest antysemityzm. Chociaż Żydzi przebywają w Polsce od kilkuset lat, pozostali w stosunku do ludności miejscowej fizycznie i duchowo żywiołem odmiennym – rasą, religją, językiem, obyczajami – całą swoją naturą. Ta odmienność objawia się nie tylko jako obcość, ale bardzo często jako wrogość, która łagodzi się lub kryje w jednym punkcie porozumienia – w interesie. Poza tym jedynym punktem zgodnego zetknięcia, na wszystkich innych trwa stały rozbrat. Czy podobna żądać i spodziewać się, że dwa społeczeństwa tak różne całą swoją istotą, tak ustawicznie odrywające się od siebie wzajemną odrazą i wzgardą, wreszcie – co może jest najważniejszą przyczyną rozdziału – tak bezapelacyjnie skazane na obustronną nienawiść przez religijny sąd historji, będą współżyły ze sobą przyjaźnie a chociażby tylko tolerancyjnie? Czy wobec liczebnej i kulturalnej przewagi Polaków, nie posiadających jednak trawiącej zdolności asymilacyjnej, i wobec ekonomicznej przewagi Żydów, posiadających zdolność twardego oporu, można przypuścić, że jedna strona pochłonie lub zmieni drugą i wytworzy warunki trwałej harmonji? Czy można nakłonić lub zniewolić trzydziestomiljonowy naród, od wieków ze swoją ziemią zrosły, historycznie w formach życia społecznego swoiście ukształtowany, posiadający własną, w niektórych dziedzinach wysoko rozwiniętą kulturę i umiłowane tradycje, po półtorawiekowej ciężkiej niewoli wskrzeszony do niepodległości i upojony swobodą kierowania swym losem, ażeby on zgodził się na przechowywanie w swem wnętrzu wielkiej zorganizowanej i rozrastającej się masy napływowej, u której zaledwie wyjątki upodabniają się do otoczenia, która żąda nie tylko równych z niem praw, ale przywilejów dla swoich przeżytkowych barbaryzmów, która nie tylko nie chce ulegać, ale pragnie w pewnych stosunkach panować, która nie tylko opiera swoją działalność na sile miejscowej, ale na pokrewnej wszechświatowej? To jest niemożliwe, i tego nie osiągnie ani najwymowniejsza zachęta, ani najostrzejsza nagana.

Gwałtowny wybuch antysemityzmu u nas wiązany bywa przyczynowo z hitleryzmem. Niewątpliwie, ten przykład oddziałał, ale tylko jako pobudka i zachęta. Antysemityzm nastrojowy istniał od początku wejścia Żydów do Polski, ale ponieważ byli oni dla szlachty „kurami niosącemi złote jajka”, stanowili domieszkę niewielką, zachowywali się kornie, nie wspinali się na wyższe stopnie i poziomy społeczne, przeto pozostawiono ich w spokoju a nawet pod życzliwą opieką. Za czasów niewoli wzmogli się w ilości, mocy, ambicji i uprawnieniach, ale naród pozbawiony samodzielności państwowej nie mógł podejmować z nimi otwartej walki. Zapaliła się ona i musiała zapalić się bujnym płomieniem w niepodległości, która ruchowi antysemickiemu nadała szeroką swobodę i rozmach. Kolumny bojowe w atakach tworzy głównie konserwatywna młodzież akademicka, nazywająca się narodową, do której przyczepiają się rozmaite żywioły rozkładowe i awanturnicze. Od żądań przeznaczenia osobnych ławek w audytorjach dla studentów żydowskich, poprzez bijatyki w gmachach i na ulicach, wybijanie szyb w sklepach, wypędzanie handlarzów z targów i wywoływanie gorszących starć we wszystkich miejscach publicznych, ciągnie się łańcuch brutalnych rozpraw, których nie uśmierzają najostrzejsze środki rządowe, usiłujące stłumić wrzenie i udaremnić gwałty. Pomimo przeciwdziałań administracyjnych i karno-sądowych, antysemityzm rozwija się coraz mocniej. Żąda on już nie tylko zredukowania Żydów w ilości i ograniczenia w prawach, ale doszczętnego wypędzenia ich z Polski.

Jest to program barbarzyński, całkowicie niewykonalny, ale jest to program. Antysemici używają środków brutalnych, obrażających elementarne zasady prawa i moralności, ale wiedzą i mówią jasno czego chcą. Tymczasem obrońcy Żydów poprzestają jedynie na słownem piętnowaniu hańbą napastników, na obrzucaniu ich obelgami, nie wspominając wcale o tem, jak należy ustosunkować współżycie walczących, czy Żydzi mają tu pozostać nadal w niezmienionem położeniu polityczno-społecznem i z nieograniczoną swobodą rozwoju w liczbie i znaczeniu, czy też powinna dokonać się jakaś pokojowa ich redukcja przez dobrowolny odpływ. Samo lżenie nie wystarcza, bo sprawy nie rozstrzyga. Antysemici mogą bardzo łatwo swoje napaści, rabunki, gwałty usprawiedliwić argumentem, że oni robią rewolucję, która nigdy i nigdzie nie była walką ludzi wytwornych, grzecznych i dobrotliwych a zawsze i wszędzie posługiwała się środkami brutalnemi, że obecny antysemityzm polski jest sielanką już nie tylko wobec wielkich wojen, ale nawet wobec małych wybuchów zbiorowej nienawiści, i z pewnością dziesiątki lat jego gwałtów nie wyrównają swem zdziczeniem jednej nocy św. Bartłomieja we Francji, nie mówiąc o wypędzeniu Maurów z Hiszpanji.

Sumarycznie sprawa wygląda tak.

Naród polski, chociażby go skrępowano najmocniejszemi zakazami i karami, chociażby mu zastrzykiwano najidealniejsze szczepionki miłości bliźniego, nie wytrzyma cierpliwie ogromnej, szybko pęczniejącej i zorganizowanej masy zupełnie obcego, kulturalnie skamieniałego żywiołu, nie podda się jego wpływom i panowaniu, będzie ciągle wybuchał nienawiścią w brutalnych atakach, będzie w nich znieprawiał swoje najczystsze i najwrażliwsze pierwiastki, młodzież, a wyrzuci z kraju zaledwie drobne odłamki żydostwa. Bo tyle będzie możliwe.

Żydzi i ich obrońcy wyleją na antysemityzm rzeki złorzeczeń, zniewag i klątew, roztoczą w jaskrawych obrazach ohydę ich działań, przypomną społeczeństwu polskiemu cały katechizm przykazań religijnych i cały kodeks obywatelskich obowiązków, ale ten huragan nabłyska i nagrzmi piorunami słów a walki nie powstrzyma. Bo to będzie niemożliwe.

Więc niema rozwiązania męczącej zagadki?

Jeżeli odpowiedź na to pytanie nie ma być hitlerowska, podyktowana przez jakikolwiek fanatyzm, rasowy lub religijny, wogóle zły i głupi, lecz przez rozum i uczciwość, muszą być z niej wyłączeni wszyscy Semici, którzy są kulturalnymi ludźmi i prawdziwymi Polakami, jakich znaliśmy i znamy wielu. Ci nie należą do sprawy, która obejmuje tylko prawdziwych Żydów. Otóż dla tych, chociaż ich przodkowie przybyli przed setkami lat, Polska nie jest ojczyzną ani jako ziemia, ani jako społeczeństwo, jest tylko miejscem dłuższego lub krótszego pobytu i zarobku w odwiecznej i nieskończonej wędrówce z zachowaniem całkowitej odrębności i niezgody ze społeczeństwami nawiedzonemi. Ojczyzną Żydów jest właściwie cała kula ziemska, a ich narodem wszyscy w niej rozmieszczeni i pomimo największych oddaleń zjednoczeni współplemieńcy i współwyznawcy. Wobec tego, chociaż najliczniej zwarli się w Polsce, ich los powinien być przedmiotem troski całego obszaru ich zamieszkania, wszystkich zainteresowanych narodów i rządów, a zwłaszcza wszystkich Izraelitów w świecie, którzy przecież wywierają potężny wpływ na rozwiązanie najważniejszych zagadnień politycznych. Sprawa żydowska nie jest wyłącznie polska, lecz międzynarodowa, i na tej rozszerzonej podstawie powinna być uregulowana. Jeżeli to nie nastąpi, będzie ona, w miejscach większego zgęszczenia Żydów ciągle dymiącym i często wybuchającym wulkanem nienawiści, którego nie zaleją i nie zgaszą najobfitsze potoki oskarżającej lub broniącej frazeologji. Tylko wielka naiwność może się łudzić tą nadzieją.

Podjęte dotychczas w rządzie i w prasie sposoby stłumienia lub złagodzenia zażartej walki „narodowców” z Żydami okazały się bezsilne i skuteczne być nie mogły. Bez zamiaru dodania do nich jeszcze jednej chybionej próby, chcę zwrócić uwagę na osobliwą taktykę i pojmowanie honoru Żydów. Rdzeń tajfunu antysemickiego przesuwa się głównie przez sklepy i audytorja wyższych zakładów naukowych. Studenci „narodowi” żądają aby ich koledzy żydowscy zajmowali osobne ławki po lewej stronie sali, ci zaś nie chcą się na to zgodzić i uparcie zasiadają po prawej między swymi wrogami, narażając się na bójki. Ten upór jest europejskiemu poczuciu godności zupełnie obcy. Któryś z filozofów angielskich powiedział, że nie chciałby przebywać w towarzystwie, w któremby jedna osoba nim gardziła. Tymczasem studenci żydowscy pragną koniecznie siedzieć między kolegami, którzy nimi gardzą. Ponieważ pogarda ma bardzo wiele znaczeń, mieszczących się między obelgą a zaszczytem, i ponieważ dotknięty nią nie uważa się za obrażonego, jeżeli w swojem przekonaniu na nią nie zasługuje, przeto zdawałoby się że studenci żydowscy nie tylko powinni zająć osobne ławki, ale ich stanowczo zażądać. Przecież takie odosobnienie jest naturalne i przyjęte we wszystkich ciałach zbiorowych, w których członkowie grupują się według różnic politycznych, społecznych i religijnych. Socjalistom, katolikom lub Polakom w dawnym parlamencie niemieckim albo Polakom w dumie rosyjskiej nie przyszłoby na myśl żądać siedzeń pomiędzy narodowo-liberałami, hakatystami lub zwolennikami Pobiedonoscewa i Katkowa. Czy student Żyd wyobraża sobie możliwość zajmowania ławki między „endekami”? Doprawdy okazałby nadzwyczajną bezwrażliwość nerwów i brak poczucia godności.

Aleksander Świętochowski.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close