Cham w więzieniu

Powiedzmy odrazu, że chodzi tu nie o chama uwięzionego, lecz o chama więżącego, t. zn. o chamstwo jako metodę traktowania więźniów.

Gdy Ann Vickers, bohaterka powieści Sinclair Lewisa, pełna wiedzy książkowej o przestępcach i pełna dobrych chęci, przybywa do jednego z więzień amerykańskich, aby grać tam rolę opiekunki moralnej, – taką otrzymuje wstępną lekcję od naczelnika służby więziennej:

„Muszę panią przestrzec na początek. Jest kupa warjatów i sentymentalnych teoretyków, którzy wyobrażają sobie, że można poradzić sobie z masą łajdaków, prosząc ich aby zachowywali się jak grzeczne dzieci… Ja, który od 32 lat pracuję w tem rzemiośle, mówię pani, że jedynym sposobem traktowania zbrodniarzy, – nie mają oni w sobie nic ludzkiego, nie są niczem podobnem do tego co nazywamy ludźmi, – jedynym sposobem poskramiania ich jest napędzanie im strachu… To jest prawdziwa „kryminologia naukowa”. Przyczyna i skutek. Kto wiatr sieje, zbiera burzę… Dlaczego zbrodniarze są zbrodniarzami? Bo uważają, że są ponad prawem. Cóż więc ma czynić ten kto ich strzeże? Bardzo proste: łamać ich. Pokazywać im, że nie są więcej warci niż większość ludzi, a nawet że nic nie są warci, i że jedynym ratunkiem dla nich jest przestrzeganie wszelkich przepisów, jakiekolwiekby były, i szanowanie ich – żywo i bez gadania. To dobre nawet, gdy nakłada się im przepisy absurdalne, bez żadnego sensu, jedynie dlatego, aby ich nauczyć robić co im się każe, mniejsza o to, co. A jeśli się opierają – łamać. Taka jest moja metoda. Ja tam nie boję się łoić im skóry, – prawo na to nie pozwala, ale mówimy tu między sobą, – nie boję się trzymać ich w karcerze przez dwa miesiące, jeśli trzeba, bez odzienia, bez łóżka, bez światła, mało chleba i w sam raz tyle wody, aby wciąż mieli pragnienie… Ach, żeby tak móc stosować dawne poczciwe środki, wypalać piętno niepoprawnym, żeby cały świat wiedział, co to za gałgany; żeby móc ich chłostać, nie wewnątrz więzienia, ale publicznie, tak by to było ostrzeżeniem dla wszystkich i wszystkich przerażało, dać im pięćset uczciwych batów, zatrzymując się, gdy zemdleją, i zaczynając z powrotem, sypnąć im potem dobrą garść soli na rany – ech, gdybym tak mógł, wmig byłoby po przestępstwach. To wstyd doprawdy, że dzienniki i ci t. zw. reformatorzy spod ciemnej gwiazdy nie pozwalają człowiekowi robić tego coby to całe tałałajstwo przemieniło w dzielnych i uczciwych ludzi, bojących się Boga”.

Mam wrażenie, że nietylko w więzieniu amerykańskiem możnaby usłyszeć podobne wyznanie wiary. Bądźmy zresztą szczerzy: ile razy przyłapywaliśmy sami siebie na tego rodzaju „filozofji” karnej?

Jest to dość zrozumiałe. Przedewszystkiem dlatego że nie odbiegliśmy jeszcze tak daleko od stadjum zoologicznego, aby lekki sadyzm nie sprawiał od czasu do czasu satysfakcji najbardziej nawet ucywilizowanemu pośród nas. Następnie dlatego że większość publiczności więziennej (mowa tu, oczywiście, o przestępcach pospolitych, nie o politycznych), to i nie typy dramatyczne, nęcące wyobraźnię zawiłością swego oplątania przez los; to poprostu zawodowcy i degeneraci, którzy potrafią wstrętem i wzburzeniem przejąć najbardziej nawet „uspołecznionych” obserwatorów.

To jest, powtarzam, zrozumiałe. Tylko że to nie jest polityka penitencjarna. Ze stanowiska tej polityki chodzi przecież nie o moją reakcję osobistą na budzącego we mnie wstręt człowieka, ale o wpływ, jaki brutalizowanie więźniów wywiera na szerzenie się przestępczości.

Niech odrazu odejdą nabok ci co uważają, że ludzkość, to stado bydląt, z któremi wówczas tylko można dojść do ładu, gdy ustanowi się nad nimi „elitę” w roli cowboyów i puści im się pod boki ujadające owczary. Dla tych socjologów istnieją takie tylko pojęcia wychowawcze, jak twarda szkoła, świst bata nad głową, „trzymanie za pysk” – wogóle ulubione metody dawnych hord germańskich, o których sposobach kolonizacyjnych twierdził Tacyt, że „czynią pustkowie i nazywają to pokojem”. Z tymi się nie dogadamy.

Mówi się tu zatem do tych, co nie zamierzając rozrzewniać się naiwnie, uważają jednak, że najlepszym środkiem zwalczania przestępczości jest nie upodlający strach ale podnoszenie ambicji. Do tych co rozumieją, że wychowanie człowieka polega na sugerowaniu mu zalet i budzeniu w nim poczucia honoru, że kto chce mnożyć zasoby dobroci w społeczeństwie, musi unikać wprowadzenia w to społeczeństwo przykładów katowania człowieka i poniewierania jego godnością.

Chciałbym w tej chwili odsunąć wszelkie takie względy, jak możliwość nadużyć czy fakt, że zwyrodnienie moralne jednostek bywa winą samego społeczeństwa.

Chodzi o samą metodę „łamania”. Zróbmy w tej mierze proste obliczenie. Cóż z tego że człowiek skatowany skuli się i zacichnie – na jakiś czas? Czy mu to wykrochmali kręgosłup moralny? Conajwyżej utwierdzi go w pragnieniu, aby społeczeństwu, które traktuje go jak zwierzę, odgryźć się zwierzęco przy najbliższej sposobności. I cóż z tego że -wedle nauk owego sympatycznego Amerykanina – wymusi się na więźniu przestrzeganie najidjotyczniejszych nawet reguł postępowania, byle tylko nauczyć go ślepego posłuszeństwa? Czy wyrobi to w nim umiejętność samodzielnego kierowania swemi krokami gdy wyjdzie na wolność? Wyrobi w nim otępienie i obłudę – właściwości, których hodowanie w obywatelu niekoniecznie jest zadaniem instytucyj państwowych.

Nie wszystkim może wiadomo, że w Anglji istnieje jeszcze oficjalnie kara kijów (za rabunek, stręczycielstwo, alfonsostwo i łamanie dyscypliny więziennej). Odbywa się to bardzo ceremonjalnie. Naprzód lekarz bada gardło, serce i płuca przestępcy, którego następnie przywiązuje się do solidnego trójkąta z desek, tak że ręce wyciągnięte wgórę przymocowane są do wierzchołka trójkąta a rozstawione stopy, przywiązane do podstawy, w sam raz dotykają podłogi.

Czytałem niedawno opis tak wyreżyserowanej sceny w książce angielskiego publicysty Stanleya Scotta, opis beznamiętny a przez to tem bardziej wstrząsający, zakończony następującą uwagą: „Kara cielesna zabiera więźniowi szacunek dla samego siebie, to jest jedyną rzecz, jaką posiada w więzieniu; niszczy więc swój własny cel”.

Szacunek dla samego siebie! Ten słynny self-respect, którego dźwięk i pojęcie są dla rasowego Anglosasa tem czem swastyka dla rasistowskiego Niemca: symbolem godności narodowej. Cóż z tego szacunku pozostaje w człowieku przez chama po chamsku maltretowanym? I jak chcieć człowiekowi odartemu z tego szacunku przemawiać do ambicji, na jaką iskrę szlachetności w nim dmuchać, skopawszy go naprzód?

Efekt nazewnątrz jest równie fatalny. Nie wypuszcza się bezkarnie w atmosferę społeczną miazmatów chamstwa. Brutalizowanie człowieka, to nawóz pod przestępstwo: gnoi glebę, z której wyrasta nieludzkość. Uczmy się więc opanowywania odruchów. Strach bieli twarze ale nie dusze. Jeśli zaś chodzi o przyjemną świadomość dopieczenia dopiekającemu, to satysfakcja z tego jest krótka, podczas gdy szkoda z przesycenia brutalnością powietrza, którem oddychamy, trwać będzie znacznie dłużej.

Mieczysław Szerer.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Close