Chicago

Chicago, szczur pod światłem łun,
Podpełza pić z jeziora pianę…

Obraz miasta Chicago żyje w mojem wspomnieniu jak w wierszu Wierzyńskiego, niby szczur, ogromny, szary i brudny. Szczur: symbol bezbarwnej codzienności, strasznego małomieszczaństwa. Chicago: przeraźliwa stolica amerykańskiego standardu, kryjąca pod maską nie wiem jakich rekordów bezlitosną i beznadziejną przeciętność.

*

Dzień się już zmierzcha. Nie mam żadnych planów na wieczór, żadnych widoków, poza widokiem z okna. Dzwoni telefon. Centrala hotelu zapytuje, czy jestem w domu.

– Bardzo zależy dla kogo?

– Czeka na pana w hallu komendant 22-go okręgu policji.

Zdziwiłem się, z nieprzyjemnym odcieniem niepokoju. Jakieś resztki mieszczańskiego sumienia wzdrygnęły się we mnie. Bogobojna i „na wszelki wypadek” utrzymywana niechęć do takich znajomości, dokonywających się w imię prawa, oficjalnie i służbowo. A już nieopatrznie powiedziałem przez telefon, że schodzę. Winda zabiera mnie nadół.

W hallu czekało na mnie trzech panów po cywilnemu. Gdy tylko wszedłem, pokazano mnie palcem: to ten. Takim samym ruchem, jakim, upewniając się na chwilę przed aresztowaniem, detektywi na filmach demaskują poszukiwanego oddawna bandytę.

Zdobyłem się, podchodząc bliżej, na najbardziej niewinny uśmiech, pa jaki mnie stać. Próbowałem bez drżenia w głosie zapytać poprostu:

– Czem mogę panom służyć?

Było ich trzech, jak wspomniałem. Pierwszy, najpokaźniejszy, ale już stary, ogromny, zażywny jegomość, miał ruchy żywsze i bystrzejsze oko, niżby się tego, sądząc go zdaleka, można było spodziewać. Dwaj drudzy, co się zowie w sile wieku, przyczem siłę reprezentują obaj całą postacią, krótcy, krępi, szerocy, możnaby prawie przypuścić – zapaśnicy albo atleci.

– Więc to pan – powiedział najstarszy, tonem, w którym nie mogłem doszukać się żadnego uprzedzenia. Grunt pod mojemi nogami odzyskał w tym momencie dawną, niczem niezmąconą pewność. – Dowiedzieliśmy się o pobycie pan z gazet – dodał po polsku. Wyciągnął do mnie rękę szeroko, bardzo mi miło. – Pozwoli pan, że się przedstawię. – Jestem kapitan Palczyński. Dwaj gentlemeni, których na pierwszy rzut oka wziąłem za straż przyboczną, zostali mi przedstawieni jako jego synowie.

Przyszliśmy tu, – ciągnął dalej stary, – żeby stwierdzić, czy nie jesteśmy przypadkiem spokrewnieni z panem. Ja także z Poznańskiego pochodzę. Dawniej nazywałem się tak jak pan: Połczyński.

Próżno było zasłaniać się Jantą. Propozycja, z którą przyszedł do mnie kapitan, była krótka i treściwa: „Mów mi wuju”. Synowie niebardzo rozumieli po polsku. Służyli obaj za przykładem ojca w policji. Ojciec ich, a mój niczem niezasłużony i nowy wuj, reprezentował osobą swoją niebyle rekord: 49 lat służby w policji amerykańskiej. Za rok miał obchodzić złoty jubileusz. *).

A teraz synów i samochód postawił do dyspozycji drogiego kuzyna i gościa. Trzeba mu pokazać miasto, jego szczyty i jego podziemia. Tak się zaczęła moja znajomość i stosunki z policją w Chicago.

*

Na każdych czterdziestu dwóch obywateli w Stanach Zjednoczonych przypada jeden, który albo siedzi w więzieniu, albo był karany, a conajmniej aresztowany przez policję. Kartoteki sekcji śledczej zawierają 4 800 000 przestępczych odcisków palca. Ponieważ ustawodawstwo daje oskarżonemu prawo wycofania swojego odcisku, jeżeli śledztwo wykaże jego niewinność, należy wnosić, że te miljony odcisków są dowodami tożsamości autentycznych przestępców. Między temi czterema miljonami powtarzają się odciski 1 800 000 osób, aresztowanych częściej, niż tylko jeden raz. Zostaje okrągłe 3 000 000 ludzi mających stałą rubrykę w archiwach policyjnych. Z zespołu tych trzech miljonów, 10 000 można ująć jedynie przy pomocy uzbrojonej i gotowej na wszystko policji. „Die unteren Zehntausend”. Wiadomo o nich, że w wypadku aresztowania będą stawiali zbrojny opór. Są to ludzie z gatunku „desperados”, więc np. ukrywający się mordercy, dalej bandyci rabujący banki pod osłoną karabinów maszynowych, notoryczni zbóje, gangsterzy, szefowie szajek, którzy nie mają już nic do stracenia.

W przecięciu 11 000 osób rocznie pada w Ameryce ofiarą morderstwa. Oznacza to w statystycznym rachunku cyfrę, jeżeli wziąć pod uwagę różnicę ilości mieszkańców w porównywanych krajach, osiemnaście razy większą niż w Wielkiej Brytanji i trzy razy większą niż we Włoszech, reprezentujących pod tym względem największą ilość wypadków w Europie.

Tych parę szczegółów i danych jako ogólne tło pod obraz miasta Chicago, słynnej na cały świat stolicy Al Capone i teatru ostatnich wystąpień największego publicznego wroga społeczności amerykańskiej, Dillingera. Chicago jest pozatem miastem, jedynem dotąd na świecie, którego uniwersytet posiada osobny wydział kryminologiczny, kształcący kilkudziesięciu studentów na fachowych detektywów i specjalistów w walce z wyjętymi spod prawa. Jest pewna logika i sens w fakcie, że właśnie w Chicago, które jest samo jedną wielką doświadczalnią, znajduje się tego rodzaju instytucja. Widziałem w muzeum kryminologicznem przy rzeczonym wydziale całą kolekcja narzędzi napadów i mordów, widziałem zbiór fotografij, mogących zmrozić krew w żyłach nawet bardzo zahartowanego człowieka, widziałem niby w muzeum lalek woskowych ciała podziurawione kulami z karabinu maszynowego jako rezultat wyrównania rachunków między konkurencyjnemi bandami, jako akt gangsterskiej vendetty, w której rekord bije słynna na całą Amerykę masakra z lutego 1929 r., kiedy to w jednym z garażów chicagowskich siedmiu gangsterów padło pod kulami karabinu maszynowego.

Pokazywano mi w głównym urzędzie policji salę, gdzie dwa razy na tydzień odbywa się publiczne przedstawianie podejrzanych elementów, owocu ostatnich obław o niestwierdzonej tożsamości. Sala jest prawie jak kino. Przed ekranem, na którym wyrysowana jest podziałka, pozwalająca odrazu odczytać wzrost delikwenta i wszystkie szczegóły dotyczące jego cielesnych wymiarów, stają w rzędzie domniemani przestępcy. Przesłuchiwanie odbywa się publicznie. Każdy może na nie przyjść, każdy pytać, każdy rozpoznawać. Wyrzutki defilują na podjum pod piętnującem i rozpoznawczem spojrzeniem społeczeństwa.

Przyłapane w czasie obław nocnych podejrzane żywioły zamyka się w klatki z prętów żelaznych, po kilkunastu do badań na drugi dzień. Jak dzikie zwierzęta w menażerji. Jak małpy. Jest między nimi sporo murzynów. Niema napisu „uprasza się więźniów nie drażnić”. Mimo bardzo wyszukanej asysty, w której towarzystwie zapuszczam się w podziemia Chicago, są jakieś formalne komplikacje z udzieleniem mi pozwolenia wejścia do oddziału przetrzymywanych tutaj aresztantów. Towarzysze wystawiają mi dokument aresztowania. Odciskiem palca wzbogacam kartoteki amerykańskich urzędów śledczych. Wchodzę bez dalszych przeszkód do więzienia, jak do siebie. Pokotem leżą za kratami jacyś ludzie. Jedynym meblem w tym szeregu cel, których ściany tworzą pionowe szczeble stalowych rur, jest rozdziawiony pośrodku i wystający z cementowej posadzki ogromny otwór kloaki. Właśnie przyprowadzili jeszcze jednego murzyna. Legitymują go.

– Jakie masz papiery?

Z głupawym uśmiechem, błyskając oczami, wyciąga z kieszeni bilet tramwajowy.

– Z przesiadką – zwraca uwagę.

Przeszukują mu kieszenie. Nie znaleźli nic więcej.

– Do klatki!

*

Chicago słynie z napadów rabunkowych. Dopiero co w dzielnicy polskiej obrabowano kasę Związku Narodowego, w biały dzień, jak zwykle terroryzując wszystkich obecnych lufami ręcznych karabinów maszynowych, t. zw. „shoo shoo gun”. Tupet i wprawa inicjatorów tego sposobu zarobkowania przechodzi w Chicago granice wyobrażenia. Grunt mają świetnie przygotowany o tyle, że nikt tu skierowanej w swoją stronę lufy nie bierze za żart i nie naraża się na zniecierpliwienie bandyty, bo to znacznie drożej kosztuje niż strata portfelu czy nawet zawartości kasy pancernej. Kosztuje życie. Widziałem scenę takiego napadu w ostatniej fazie jej przebiegu przed jednem z kin w południowej dzielnicy Chicago. Kasa kina, w którem szedł podówczas film mający wielkie powodzenie, dostępna była wprost z ulicy, mieściła się bowiem w ozdobnym kiosku przed wejściem. Przy kasie czekali ludzie w ogonku. Z uwagi na zdarzające się napady na kasy, istniał zwyczaj, że skoro tylko zebrało się w kasie więcej niż sto dolarów, kasjerka dzwoniła na posłańca, który zabierał te pieniądze i odnosił do biura, wewnątrz budynku kina. I właśnie miała znowu zadzwonić na boya, kiedy w ręku kupującego bilet pojawił się nagle rewolwer i spojrzał jej prosto w oczy okrągłym wylotem lufy. Bardzo spokojnym głosem poproszono, aby wydała pieniądze, przygotowane już w ilości stu dolarów do odniesienia w głąb budynku.

Zahipnotyzowana strachem, wykonała ten rozkaz automatycznie i tak była przejęta i przerażona, że jeszcze następnemu w ogonku gościowi, który nic nie zauważył, sprzedała bilet – i dopiero podniosła alarm. Było już oczywiście za późno. Na bandytę, który z podniesionym kołnierzem poszedł dalej ulicą, czekał tuż obok kryty samochód. Pojechał – i nawet numeru nie zdążono zapisać, byłem przy kasie, kiedy zjawiła się policja. Zarzucono kasjerkę pytaniami: „Jak wyglądał? Młody czy stary? Jaki kapelusz? Jakie palto? Może był w masce?”.

Nie umiała odpowiedzieć na nic.

– Jedyna rzecz którą pamiętam, którą widziałam naprawdę, od której oczu nie mogłam oderwać, to była lufa, czarny, połyskujący otworek lufy w czyjemś ręku i palec na cynglu…

*

W on czas żyliśmy w Ameryce pod znakiem, a nieledwie w erze Dillingera. Trwała krótkich, ale intensywnych kilka miesięcy. Był bezkonkurencyjnym bohaterem dnia w ciągu ich trwania. Dla sporego odłamu amerykańskiej społeczności był wogóle bohaterem. Jego spryt i odwaga zdobyły sobie obywatelstwo na pierwszych stronach amerykańskiej prasy.

Kiedy urządzono na niego obławę, w której brało udział pięć tysięcy ludzi policji, nie obławę, ale całą wojnę z pięciotysięczną armją przeciw jednemu człowiekowi – a ten jeden wymknął i uciekł, Ameryka nie chciała wierzyć, a ludzie czytając prasowe sprawozdania z wypadków, przeżywali największą od wielu lat emocję i wzruszenia. Szarą codzienność przeciętnego obywatela Stanów Zjednoczonych wypełniła po brzegi treść tych wypadków, zainteresowanie i co tu ukrywać – podziw, właśnie podziw dla tego jednego w swoim rodzaju romantycznego bandyty, którego uznano za pierwszego wroga społeczeństwa, którego wyjęto spod prawa, który całej Ameryce stawił czoło, wystrychnął jej policję na dudka, żyje, trzyma wszystkie władze w napięciu, zjada jej nerwy, – sam jeden bez strachu, bez niepokoju ważąc się na coraz to śmielsze i bezczelniejsze wystąpienia tam gdzie się go wszyscy najmniej spodziewali. Na oczach całej Ameryki, dzięki świetnie zorganizowanej obsłudze informacyjnej prasy, rozgrywa się ta podbijająca wyobraźnię każdego obywatela walka bohaterów spod ciemnej gwiazdy z autorytetem władz, przyczem sympatja, młodzieży zwłaszcza, jest najczęściej po stronie bandytów, a nie policji. Nigdy dobitniej i wyraźniej nie czuło się tej sympatji, jak właśnie w okresie, kiedy wysoko stała gwiazda Dillingera, toczącego desperacką i brawurową wojnę na śmierć i życie z całą służbą bezpieczeństwa w Stanach – z niemałem przez długi czas powodzeniem, ku nieprzyznawanej, ale niewątpliwej radości dużego odłamu społeczeństwa, które niemal że dumne było z takiego wroga.

Jednocześnie odzywały się głosy, że należy Dillingera ułaskawić i mianować go szefem policji, a tem samem na usługi i pożytek państwa oddać jego niewątpliwe zdolności, wybitną odwagę i te wszystkie zalety, których mu jako gangsterowi nawet policja nie potrafiła odmówić. Inemi słowy, chciano z wroga społeczeństwa uczynić jej sprzymierzeńca. Państwo

nie przewiduje jednak takich obrotów sprawy i niestety nie zna wyjątków.

*

Skasowanie prohibicji nie podcięło istnienia rozmaitych band gangsterów, choć zmniejszyło dla nich szanse i zmusiło do zmiany sposobu i źródeł zarobkowania.

To co dawniej, przy jako tako zorganizowanej dostawie czy fabrykacji alkoholu, można było zarobić na czysto – szło w krocie. Dziś sam proceder szmuglowania alkoholu albo nawet tajnej fabrykacji ledwo się opłaca. Różnicę w dochodach trzeba sobie pokryć napadami z bronią w ręku, szantażami i porywaniem na okup dzieci. Nic się w zasadzie nie zmieniło, chociaż rząd rooseveltowski energiczniej, niż rządy poprzednie, walczy z tą plagą społeczeństwa Ameryki. Mimo to terror gangsterów, chociaż przyczaił się, -trwa. Mimo to Chicago, jak przedtem, tak i nadal jest centralą aktywności tych żywiołów, którym Ameryka zawdzięcza miano kraju nietyle wolności ile bezprawia.

Wycieczek i wypraw, zapuszczania sond, i w rezultacie potem ogłaszanych sądów na temat świata podziemnego Chicago było wiele – zejście w jego podziemia nie jest tak trudne jakby się to mogło na odległość zdawać, Chicago przypomina pod tym względem Szanghaj. Jedna jest tylko różnica. Rolę, którą w Ameryce gra alkohol, w Chinach z niemniejszem powodzeniem, a o tradycjach o wiele starszych, opjum. W Szanghaju na najwytworniejszych przyjęciach można się natknąć na niekoronowanego króla podziemi, jegomościa o potędze z którą wszystkie władze Szanghaju i rządy Chin muszą się liczyć, – byle tylko wiedzieć, że to ten, kiedy przedstawiają niepozornego Chińczyka w okularach, o przymrużonych oczach, o rękach założonych w rękawy, kiedy stoi zboku, nie narzucając się nikomu, nie zwracając niczyjej uwagi, sam strzeżony dyskretnie przez swoją straż przyboczną – bogacz i potentat, znakomitość, szara eminencja. Mister Du – pozwoli pan – do usług…

*

Któregoś z ostatnich dni pobytu mego w Chicago zostałem zaproszony przez policję, dzięki wpływom i znajomościom p. Edwarda Kulikowskiego, na wzięcie udziału w raidzie przeciw gangsterom.

Samochód detektywów, z którymi wyjeżdżam na nocne łowy w głąb Chicago, różni się od dziesiątków tysięcy maszyn, kursujących w tej chwili po ulicach miasta, napisem na drzwiczkach: „Police”. Nosi pozatem numer patrolu 41.

Co się tyczy naszych detektywów, interesuje ich tylko najgrubsza zwierzyna. Tylko morderstwa i napady z bronią, t. zw. „hold up’s” co znaczy: „ręce dogóry”. Jest ich troje, jeden ubrany po cywilnemu, dwóch w kapeluszach, jeden w meloniku. Wszyscy trzej o twarzach dobrodusznych, zażywnych, gładko wygolonych, wyglądają z pewnością na młodszych niż są naprawdę, jak przystało na prawdziwych Amerykanów. Ale nie są młodzi. Nie wzbudzają żadnego podejrzenia, nie nasuwają nawet refleksji, że się pod pozorami tych twarzy kryć może coś więcej niżeli żywot poczciwego yankesa, zajętego robieniem dolarów i powiększaniem rodziny.

Zmieniają się przy kierownicy. Coraz to inny będzie szoferował.

Samochody w Chicago, tak jak i w całej Ameryce, zaopatrzone są w radjowe aparaty odbiorcze. Taksówki zwłaszcza. Każde wnętrze taksówki rozbrzmiewa taneczną muzyką albo komunikatami speakerów. Stacyj nadawczych w każdem mieście bywa kilka. Programy są bogate i urozmaicone. Jest w czem wybierać.

Nasz samochód różni się od innych nietylko napisem. Posiada także odbiornik radjowy, ale muzyki nie łapie. Krótkofalowa stacja nadawcza, obsługująca nasz aparat i aparaty wszystkich samochodów policyjnych w Chicago, mieści się w głównym urzędzie policyjnym. Nadaje nieustannie komunikaty: kradzież, wypadek, napad, awantura.

Tymczasem nic nas nie obchodzi, że przy ulicy 43-ej pod domem nr. 111 stoi podejrzana postać, którą należy inwigilować. Że na wschodniem przedmieściu w okolicy dworca toczy się bójka. Przy takim to placu dom nr. 23, drugie wejście z podwórza, mieści się główna kwatera przemytu narkotyków. Uwaga dla wywiadowców: wszyscy mieszkańcy tej kwatery posiadają broń palną. Jeszcze kradzież z włamaniem, jeszcze pościg za złodziejami po dachach powtarza cierpliwy głośnik, poprzedzając każdy komunikat przeciągłem buczeniem. Nic nas to wszystko nie obchodzi. Jedziemy, nie śpiesząc się, ruchliwemi ulicami tej części Chicago, która podpada pod kompetencje naszego patrolu. Jedziemy zgubieni w ogromie jednego z większych na tej ziemi miast, o najbardziej na świecie rozległym labiryncie podziemi (chociaż pojęcie katakumb jest mu zupełnie obce).

Interesują nas tymczasem wypadki, które się mogą zdarzyć i rozegrać w obrębie „the black belt”, czarnego pasa, innemi słowy, dzielnicy murzyńskiej, i „the red light district”, dzielnicy czerwonych świateł, t. j. poprostu domów publicznych. Doświadczenie uczy, że jest to rejon szczególnie urodzajny w tym względzie. Matecznik występku i zbrodni. Ale tymczasem nic się jeszcze nie stało. Wieczór jest jałowy, bez treści. W krytem wnętrzu samochodu, umocowane pod dachem karetki po obu stronach ponad drzwiczkami, wiszą dwa półautomatyczne winchestery t. zw. „pump gun”, z lufami na śrut, nabite loftkami. To na wypadek pościgu w ciemnościach, gdzie kulą trudno szukać przestępcy. W kieszeniach od płaszczy śpią lufy bębenkowych pistoletów Smith Wesson, których wyższość i niezawodność w porównaniu z magazynowemi stwierdził niejeden bandyta i wielu policjantów. W drugiej kieszeni śpią ostre źrenice latarek. Ręczne granaty gazowe grzecznie leżą na swojem miejscu.

Jedziemy coraz to nowemi ulicami, bez planu, wkółko, na chybił trafił. Nic się nie dzieje. Detektywi opowiadają sobie o wypadkach minionych dni, o jednym z kolegów, który padł pod kulami bandytów. A bandyci jeszcze na wolności. Mówią o tem co wiedzą. Wiedzą więcej, niż im wiedzieć wolno. – Policja – proszę pana – jest w tym kraju niestety, na wyłącznych usługach polityki. Przestępcy są ludźmi bogatymi. Łożą na wybory – płacą za swoją bezkarność. Zato my musimy milczeć. Gdyby policji w Chicago dano wolną rękę i możność nieskrępowanej wyższemi względami akcji, potrafilibyśmy stolicę przestępstwa w ciągu krótkiego czasu pozbawić wielu mrożących krew w żyłach zdarzeń i wypadków, których ofiarą padają niewinni obywatele miasta…

Przyjaciele-policjanci pokazują mi Chicago od strony obyczajowej. Oto hotel, który był kiedyś własnością Al Capone. Teraz odwiedzają go panie z towarzystwa spragnione murzyna. Przepaść, jaka w Ameryce dzieli białych od kolorowych, uniemożliwia oczywiście ludziom z t. zw. sfery jakiekolwiek kontakty towarzyskie z murzynami. Co jednak zrobić, jeżeli wśród białych znajdą się amatorzy czarnego mięsa? Pośrednictwem, wynajdywaniem odpowiedniego towaru zajmują się specjaliści. Miejscem spotkania jest ten oto hotel – i kilka innych.

W stanach południowych pożądliwe spojrzenie na białą kobietę grozi czarnemu lynczem. Tu inaczej! Same przychodzą, same szukają, parkując luksusowe maszyny w bocznej, ciemnej ulicy, aby dyskretnie zniknąć w gościnnym i dobrze w czarnych zaopatrzonym hotelu.

Pokazują mi towarzysze, kiedy przejeżdżamy jedną z ulic w pobliżu jeziora, czarne piękności, które zajmują się niedozwolonym procederem „robienia trotuarów”. Opowiadają przytem historyjki, które niefortunnych, a niepoprawnych białych Don Juanów, łasych na wdzięki murzynek, miałyby prawo odstraszyć: regularnie się zdarza, że przed stację policji zajeżdża wytworny samochód, z którego wysiada nieśmiało jakiś młody albo nawet starszy pan, próbujący paltem albo marynarką zatuszować poważne braki garderoby, zwłaszcza w dolnych rejonach swego ciała. Opowiada niezmiennie tę samą historję, że się dał nabrać na murzynkę i że w czasie wymieniania z nią dowodów wzajemnej namiętności, zniknął mu bardzo potrzebny element garderoby, a mianowicie spodnie. Jest to świetny sposób wymuszania na wstydliwym i zaambarasowanym mieszczaninie poważnego okupu za zwrot. Ale jest wielu, dla których kilkadziesiąt dolarów większą przedstawia wartość, niż elegancja i pełne ubranie. I ci właśnie przyjeżdżają opowiedzieć policji o swojem nieszczęściu.

W dzielnicy fabrycznej, w głuchych ulicach, na pustym placu, wciśniętym między mury ogrodzeń, stoi samochód, piękny wóz, o zgaszonych światłach. Przejeżdżamy wolno.

Niedyskretny błysk policyjnej latarki zajrzał do wnętrza limuzyny i zaraz zgasł zawstydzony. Zobaczył białą czapkę marynarza. Aha! i to jest także zjawisko z dziedziny obyczajowej. Tylko cóż to może obchodzić policję?

Wracamy ku centrum miasta. Przez ulice płonące światłami, ruchliwe i gwarne, przelewa się pełnia nocnego życia. Jego tajemnice zakulisowe znamy my jedni: przenikają ku nam nieustannemi komunikatami via główna komenda policji.

A oto nagle, wśród wielu innych, wiadomość, elektryzująca załogę naszej maszyny.

– Hallo, Hallo – przy ulicy 34-ej numer 114 mieszkanie 3-cie popełniono morderstwo. Sprawca ukrywa się w domu. Te same słowa odzywają się w głośniku raz jeszcze i jeszcze raz.

Samochód budzi się. Syrena rozdzierającem wyciem zaczyna przemiatać drogę przed nami. Ulica nieruchomieje, zastyga. Życie zatrzymało na chwilę oddech, zmrożone wyciem sygnału.

Gazu, gazu – nie zważając na nic cenna jest każda sekunda. Byliśmy oddaleni tylko o kilka bloków od miejsca zbrodni. Dojeżdżamy: przytłumione światła, bez syreny. Wywiadowcy wyskakują jeszcze w biegu, każdy z latarką w ręku i każdy z rewolwerem. Jeden zabiega z frontu od ulicy, dwaj drudzy, ja z nimi, od podwórza. Od silnego pchnięcia otwarły się drzwiczki w płocie, który podwórze odgranicza od ulicy. Ostre światła przebiegły nerwowym strumieniem po ciemnym dziedzińcu i po ścianach kamienicy. Połączyły żółtą linją światła czarne czeluście piwnicznych okien, jakby próbując wtargnąć w głąb fundamentów budynku, prześlizgnęły się po schodach, prowadzących ku drzwiom, na tych drzwiach zatrzymały się i czekają. Równolegle do słupa światła, za reflektorem latarki, schowana w zupełnym mroku, patrzy czarnym wylotem lufy pistoletowej śmierć.

Drzwi są zamknięte. Nie można czekać. Spieszny tupot kroków przez podwórze, jeszcze jeden rzut światła, wciskający się we wszystkie kąty i załomy, – już jesteśmy u drzwi.

Chwila zupełnej ciszy, jakby przedsmak łoskotu strzałów. Znam to ciśnienie ciszy na bębenki i dławiący brak śliny w ustach, szum i prawie zawrót głowy od nadmiernego skupienia uwagi i nerwów na te ułamki sekund, które zdają się poprzedzać katastrofę. Jedynem rozwiązaniem jest teraz chyba strzał -piorun wybuchu każdej następnej chwili.

Nie przychodzi. Zamiast niego wstrząsem nerwów przenika głuchy łoskot drzwi szarpniętych ręką wywiadowcy. Stoimy pod ścianą domu. Latarki zgaszone. Przez drzwi sączy się w podwórze przyćmione światło sieni. Ostrożne wychylenie głowy i luf, trzymanych przed sobą kurczowem napięciem ręki, niby talizman przeciwko złym duchom. Sień pusta. Drzwi od mieszkania na lewo wpół przymknięte. Wbiegamy. W pierwszym z brzegu pokoju nikogo. W drugim szerokie łóżko, ogromne w maleńkiem wnętrzu. Kołdra miękka, puchowa, napół zrzucona. Na białem prześcieradle duża czerwona plama. Rozpryśnięta cienkiemi sznurkami krew – plama o brzegach bladych, ku środkowi głębiej nasycona czerwienią, świeżą, mokrą, bijącą do oczu.

Za łóżkiem skulone, niepozorne ciało murzynki. Na plecach i piersiach drobne krople krwi, – trup. Słyszano dwa strzały. Oto co zostało. Broni nie można znaleźć. Wziął ją ze sobą sprawca. Będą jeszcze strzały, nim się podda.

Jest już także mundurowa policja. Są fotoreporterzy. Przed domem tłum. Nikogo nie puszczają do środka. Jeszcze jedno przeszukanie wszystkich pięter, pod grozą, że każdej chwili posypią się kule, gdyby najść zbrodniarza, gdyby go nakryć, nagle, jak tropionego zwierza, który – gotów jest do skoku. Niema mordercy. Uciekł. Wracamy na miejsce zbrodni. Ktokolwiek wchodzi do tego zacisznego pokoiku, który pachnie taniemi perfumkami, ciepłą bielizną sypialni, jak wryty staje wobec rozpanoszonej w nim nagle czerwieni, położonej brutalnie raną jeszcze gorącą pośrodku łóżka, niby nagły wstrząs śmierci pośrodku spokojnej i zwykłej codzienności życia.

Ta przygoda jest bez epilogu. Mordercy nie ujęto. Powiedziano mi, że sam wypłynie jak oliwa nawierzch po kilku dniach. Konfidenci wskażą tylko miejsce, gdzie go szukać. Murzyni są podobno bardzo gadatliwi i bardzo lubią plotki. Są również niedyskretni. Prędzej czy później każdy się wygada, choćby mu powierzono największą tajemnicę.

To naturalnie ułatwia robotę policji. Ale przestępstwa nie są monopolem dzielnicy tylko murzyńskiej. Biali, jak dotąd, trzymają przecież w Ameryce i nadal biją wszystkie możliwe rekordy.

Aleksander Janta-Połczyński.

——–
*) W kilka miesięcy potem ukazała się w prasie polskiej depesza „Pata” z Chicago treści następującej:
„Ofiarą walk wewnętrznych między murzynami wyznania mahometańskiego padł kapitan policji chicagowskiej Józef Pałczyński. Między dwiema murzynkami w tramwaju wywiązała się bójka. Uczestników zatargu sprowadzono do posterunku policyjnego, gdzie kłótnia przybrała ostre rozmiary. Kpt. Pałczyński, który chciał walczących rozdzielić, przewrócony został przez murzynów i tak ciężko pobity, że wkrótce potem zmarł. Kpt. Pałczyński, liczący 73 lata, od 50 lat służył w policji”.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close