EMIL BREITER

Ciechocinek

(Z cyklu: Pisarze polscy o Polsce)

Nazwa Ciechocinek wiązała się w moich wspomnieniach ze znakomitym aktorem-monologistą Fiszerem. Przed trzydziestu laty, kiedy jeszcze, jako uczeń, bawiłem w czasie wakacyj w Krynicy, słyszałem świetny monolog Fiszera, poświęcony „pani Piperment na wodach w Ciechocinku”.

Ówczesny Wyrwicz tak świetnie i z takim humorem oddawał perypetje kuracyjne p. Piperment, jej wizyty u lekarza, jej bóle „i tu i tam”, a przytem tak barwnie i plastycznie opisywał wszystkie śmiesznostki i niedomagania popularnego uzdrowiska – że z owych czasów pozostał w mej pamięci jakiś uraz groteski, satyry i absurdu.

Przypadek zrządził, że dopiero w lipcu b. r. przyjechałem po raz pierwszy na kilka dni do Ciechocinka. Bez żadnych zamiarów krajoznawczych lub kuracyjnych. Ot, zwyczajna sposobność i sprawa rodzinna.

To co zobaczyłem przeszło najśmielsze moje oczekiwania. A ponieważ tak często szukamy rozmaitych rzeczy za granicami kraju i kręcimy nosem na rodzime tematy balneologiczne, postanowiłem zrzucić z serca pychę zawodowego krytyka literackiego i podzielić się z czytelnikami „Wiadomości” garścią wrażeń.

Nie znam się ani na geografji ani na topografji, nie jestem chemikiem ani lekarzem, chociaż uważam się za znakomitego diagnostę. Gdybym nie poświęcił się adwokaturze, zostałbym napewno znachorem. Ale chociaż nie odróżniam żadnych znaków chemicznych i nie wiem czem różni się kąpiel solankowa od gazowej, – to jednak wiem napewno, że tężnie ciechocińskie zarówno pod względem ich urządzenia technicznego jak również ich rozmiarów nie mają sobie równych w Europie.

Tężnie! Wygląda to zdaleka jak jakaś fantastyczna budowla staromeksykańska lub starosłowiańska, cała w konstrukcji drewnianej, ciągnąca się na przestrzeni niemal kilometrowej. Takich tężni jest w Ciechocinku aż trzy. Doprowadzana do nich autentyczna woda solankowa przedostaje się pod odpowiedniem ciśnieniem na szczyt budowli do specjalnie skonstruowanego łożyska. Z łożyska opada kroplistym deszczem po cudownie w soli zakonserwowanych świerkach lub wiklinach z wysokości pięciu do sześciu pięter – do łożyska dolnego. Po drodze -jak to tłumaczył wymowny i energiczny dyr. Wiśniewski – część wody się ulatnia, tak iż do łożyska dolnego dostaje się solanka o podwójnym procencie soli. Analogiczny proces powtarza się na dwóch następnych tężniach, aż wreszcie solanka w zwielokrotnionym składzie soli, dostaje się do warzelni, gdzie odbywa się masowa produkcja soli ciechocińskiej.

Ale proces chemiczny czy naturalny, dokonywający się na wspaniałych tężniach, jest mniej interesujący od demonicznego obrazu, jaki roztacza się przed oczom widza na samym terenie tężniowym. Proszę wyobrazić sobie wielką płaszczyznę – równinę, pełną zieleni i ogrodów, otoczoną drewnianemi smokami tężni. Z trzech stron wspinają się ku niebu trzy cielska przedpotopowych lewjatanów, parujące ciągle i nieustannie perlistym sokiem jodu i soli. W bezpośredniem sąsiedztwie drewnianych kolosów (na specjalnie skonstruowanych chodnikach, wzniesionych na wysokości jednego piętra) bije od tężni zapach żywicy jodłowej i słodki miód oparów jodowych, podobno tak bardzo leczniczych i kojących. A od strony słonecznej idzie od tężni potęga suchego, morskiego powietrza, podanego w formie najbardziej skrystalizowanej i – że użyję tego określenia – klasycznej.

Nic też dziwnego, że w tym pierścieniu fantastycznych budowli, pamiętających czasy niemal Księstwa Warszawskiego, koncentruje się najistotniejsze życie miejscowości: sporty, zawody, ogrody jordanowskie, trawniki i zieleńce.

A co najciekawsze w Ciechocinku, (najpiękniejsze, europejskie i więcej niż europejskie, bo przypominające jakieś amerykańskie feerje sportowe, – to pływalnia, nowe arcydzieło architektonicznej pomysłowości naszych uzdrowisk, urządzone z przepychem większym aniżeli wszystkie pływalnie jakie widziałem w Baden pod Wiedniem, w szwajcarskiem Interlaken, lub „Lido” na Champs Elysées.

Pływalnia ciechocińska jest również ujęta w ramy tajemniczych starosłowiańskich gontyn tężniowych. Czeka ona jeszcze na najwytworniejszą publiczność Polski, która w Aix les Bains, w Reichenhallach i innych Kissingenach szuka za drogie pieniądze tego wszystkiego co ma pod bokiem, o pięć godzin od Warszawy.

Kiedy siedziałem na wspaniałym, w białym kamieniu kutym tarasie pływalni i obserwowałem zwysoka barwny tłum gości, z których znaczną część stanowili przygodni turyści z Pomorza i pobliskiego Torunia, poczciwe mieszczki znad Wisły i rybacy kaszubscy, – snułem smutne refleksje na temat naszej nieudolności w reklamowaniu się. Przecież basen ciechociński powinien stanowić stałą ozdobę naszych dodatków kinowych. Na nim powinny odbywać się rewje mód i konkursy piękności. Dlaczegóż nasze wytwórnie filmowe nie wyzyskują wszystkich piękności tego miejsca?

Tak zwana przyroda poskąpiła Ciechocinkowi wszystkich piękności naturalnych. Niema tam ani gór, ani lasów, ani tego co nazywamy pejzażem. Do Wisły jest wprawdzie niedaleko, ale któżby szukał kąpieli wiślanej, mając pod ręką pływalnię lub mniejszy basen cieplicowy, do którego napływa woda jodowo-solankowa z termy, wierconej z głębokości 1400 m, o ciepłocie 35°.

Te wszystkie cuda, o których wspominam tu właściwie tylko z obowiązku publicystycznego, mają swój równoważnik we wzorowo urządzonych zakładach kąpieliskowych, wobec których łaźnie marienbadzkie lub karlsbadzkie są anachronizmem pod względem techniki i urządzeń.

Wprowadzono mnie do jakiejś aromatycznej wziewalni, w której człowiek siedzi jak w obłoku na szczycie Jungfrau i nie wiedząc kiedy, nasiąka wszystkiemi porami swego nędznego ciała jakimś tajemnym odwarem, rozpryskiwanym w milionowe cząstki przez niewidoczne exhalatory. Pokazywano jakieś urządzenia wodolecznicze, jakieś skomplikowane wanny, które dobierają się do wnętrzności ludzkich niczem moljerowscy lekarze do „Chorego z urojenia”.

A jeżeli dodać do tego olbrzymie parki, wspaniałe kwietniki, ruchome kalendarze z gazonów, zagajniki świerkowe i orkiestrę symfoniczną – to istotnie „pani Piperment”, gdyby dzisiaj przyjechała „na wody do Ciechocinka”, nie poznałaby tej miejscowości.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close