ANTONI SOBAŃSKI

W Niemczech po przewrocie (cz. 2)
NARÓD W MUNDURZE

Od specjalnego wysłannika „Wiadomości Literackich”

Pierwszy poranek w Berlinie. Wychodzę z hotelu. Zaraz rozumiem, że wrażenia poprzedniego wieczoru niezupełnie odpowiadają rzeczywistości. Dziś widzę, że wygląd ulicy bardzo się zmienił. W dzielnicy zachodniej mniej to było znać. Lecz tu, gdzie mieszkam, w centrum (doniedawna zwanem z angielska City a wymawianem z niemiecka Ziti), widać dwie główne zmiany: morze mundurów i nieobecność cudzoziemców.

Najpierw powiem o turystach cudzoziemskich, bo z nimi sprawa krótka: po-prostu niema ich. Byłem wszędzie, gdzie się ich dawniej niechybnie spotykało: Cook, Wagons-Lits, inne biura podróży, pierwszorzędne hotele z ich hallami i barami. W ciągu dziesięciodniowego pobytu słyszałem dwa razy mowę francuską i ani razu angielskiej. W „American Express”ie, gdzie codziennie zmieniałem pieniądze, byłem kilkanaście razy, a spotkałem wszystkiego trzech cudzoziemców. Dawniej pomimo kryzysu roiło się tam od nich przez calutki dzień.

Na Unter den Linden, gdzie zawsze stał sznur autocarów, obwożących turystów po „Sehenswürdigkeit” ‚ach Berlina, z tłumaczami wykrzykującymi w różnych językach uroki „Rundfahrt”u, – widać jeden taki wehikuł, z trudnością zapełniający się do połowy Niemcami z prowincji.

Napływ z prowincji jest dość znaczny, bo wogóle Niemiec lubi zwiedzać swoją ojczyznę, a pozatem rewolucja hitlerowska spowodowała tyle zjazdów, obchodów, demonstracyj i t. p., których Berlin jest ośrodkiem, że hotele, głównie tańsze, i ulica nie robią wrażenia zamarłych.

Powracając do cudzoziemców – wyjątek stanowią Włosi, których spotkałem dość wielu, oraz różni młodzi Azjaci, zapewne studenci. Podobno fakt, że od wojny Niemcy nie posiadają koncesji w Chinach, ogromnie podniósł ich popularność, i stąd ten frapujący napływ żółtej młodzieży akademickiej.

Czem wytłumaczyć kompletny zanik napływu turystyków zagranicznych – doprawdy, nie wiem. Niemcy  jak zawsze – pozostały idealnym krajem dla wycieczek. Poza wielkiemi ośrodkami miejskiemi można wszędzie urządzić się bardzo tanio. Dobroduszna życzliwość jednostki w stosunku do cudzoziemców nie straciła nic ze swego dawnego uroku. Trzeba stwierdzić, że turysta zagraniczny jest dziś milej widziany niż kiedykolwiek; „Fremdenverkehr” dorósł do rangi ideału. Nie wahałbym się urządzić całkowicie polskiej wycieczki po Niemczech i wiem, że o żadnych przykrościach nie byłoby mowy. Możebym nie zwiedzał Śląska. Moi znajomi Francuzi przejechali całe Niemcy samochodem i nie natrafili nawet na cień jakiejkolwiek nieżyczliwości. Jedynie może tylko samotnie podróżujący Żydzi mogliby się spotkać z objawami rasowych antagonizmów w jakichś małych prowincjonalnych dziurach. A i to zresztą wydaje mi się wysoce nieprawdopodobne.

Oczywiście, mówiąc o nieobecności cudzoziemców, nie mam na myśli zagranicznych dziennikarzy czy dyplomatów, stale mieszkających w Berlinie. Dziennikarze ci schodzą się w południe w barze hotelu „Adlon” a późnym wieczorem we włoskiej knajpie „Die Taverne”. Nasłuchałem się tam wielu rzeczy ciekawych i pouczających, częściowo w rozmowach jakie prowadziłem, częściowo rzetelną, choć męczącą, metodą podsłuchu. Zrozumiałem zaraz przy pierwszem zetknięciu z dziennikarzami anglosaskimi, którzy do tak niedawna, bo jeszcze do stycznia, byli wyraźnie pod wpływem prestige’u Niemiec, że Trzecia Rzesza, która stworzyła specjalne ministerstwo „wyjaśnienia i propagandy”, – tymi panami jeszcze się nie zajęła. Nastroje wśród nich są dziwnie sceptyczne. Powstało nagle wielkie zainteresowanie Polską. W barze „Adlonu” usłyszałem taki dialog między dwoma dziennikarzami amerykańskimi:

– Widzisz, zawsze mówiłeś, że Polacy pierwsi stworzą zamęt w Europie, a teraz patrz, jacy są spokojni i opanowani.

Odpowiedzią na to było gniewne burknięcie człowieka, który stawiał na faworyta w biegu, gdzie przyszedł fuks.

Ludzie ci są równie zdezorjentowani jak byle jaki laik zagranicą. Wszak przewrót w Niemczech jest rzeczywiście tak „cudowny” (od słowa cud) – nie tłumaczy się ani logiką, ani wogóle żadnemi naturalnemi prawami fizyki dziejowej.

A teraz trochę o mundurach. Choć jakże tu można powiedzieć „trochę”, kiedy temat jest tak obszerny. Odmian mundurów jest bez końca. Wymagałyby one właściwie obszernej, kilkutomowej publikacji z kilkudziesięciu kolorowemi planszami. Dzieło wypadłoby drogo, no i trochę smutno.

Budzi mnie rano pierwszy telefon od pierwszego znajomego, który nawiązuje ze mną kontakt. Zastanawiałem się poprzednio, jakże się też on ustosunkował do przewrotu. Słucham więc ciekawie: „No więc co? Jesteś w Berlinie? A masz jaki mundur? Nie? No to wogóle nie jesteś nikim. Zresztą przez telefon lepiej ostrożnie”. Widzę, że swój człowiek.

Wychodzę wczesnym rankiem z mojego pokoju w hotelu i widzę przed kilkoma drzwiami numerów buty z cholewami. Dopiero po jakimś czasie obraz ten uwypukla się w mojej świadomości. Przecież dawniej, szczególnie w rozbrojonych Niemczech, tego się nie widziało. Ten obrazek nasuwa mi myśl o możliwości bardziej imponującej „nature morte”, gdy iperyt i patrjotyzm nareszcie wypowiedzą się przy pomocy jedynego, właściwego sobie medjum.

Więc przedewszystkiem są SA (Sturmabteilung) – bronzowe koszule. Ten specyficzny kolor bronzowy jest chyba najbrzydszy z rodziny bronzowych odcieni. Ujdzie jeszcze w płótnie, ale sukienne mundury wyższych dygnitarzy, których zresztą widać rzadko, są wprost ohydne.

Pozatem istnieją SS (Schutzstaffel). Jest to jakby gwardja bojówek hitlerowskich. Ludzie specjalnie zaufani oraz lepiej wojskowo wyszkoleni. Noszą bardzo szykowne czarne mundury. Właśnie szykiem różnią się bardzo od SA, gdyż ci bez wyjątku wyglądają jakoś pomięci i niezamaszyści.

Potem idzie organizacja Stahlhelm, o duchu wybitnie konserwatywnym, przeważnie monarchistycznym, grupująca po większej części byłych kombatantów i w ramach swego temperamentu – apolityczna. Istnieją między nią a bojówkami hitlerowskiemi duże i zasadnicze antagonizmy, które po przewrocie kazały nawet przypuszczać, że przez sfuzjonowanie, czy w inny, może nawet drastyczniejszy sposób, – Stahlhelm zostanie zlikwidowany. Jednakże umiarkowane elementy w rządzie zrozumiały, że organizacja ta jest karna i państwowo myśląca i że może być skutecznym hamulcem radykalizmu bojówek. Mundur Stahlhelmu tak mało różni się od munduru wojskowego (Reichswehry), że trudno zauważyć różnicę.

Mówiąc o Stahlhelmie, trudno nie wspomnieć o kobiecym odpowiedniku tej organizacji, a mianowicie „Die Kölubu Damen”. Choć rolę odgrywają wogóle niewspółmiernie mniejszą, ale obserwator zagraniczny nie może pominąć ich milczeniem, tyle mają w sobie „couleur locale” i – po polsku – barwności. Przedewszystkiem panie te, przeważnie starsze, przeważnie tłuste, przeważnie brzydkie, o niesłychanie rumianych, zdrowych, jakby tartą cegłą pielęgnowanych cerach, wyglądające jedna w drugą na zasłużone matki, wzorowe żony, typowe gute „Hausfrauen”, – noszą suknie o nieokreślonym pokrowcowym fasonie z sukna chabrowego, a to z powodu, że chabry były ukochanym kwiatem królowej pruskiej Ludwiki (patrz Napoleon), duchowej patronki organizacji, gdyż „Kölubu” jest skrótem dla Königin – Louise – Bund. Pierś tych pań, często dość pokaźną, zdobi srebrna broszka z literą „L”. Jak na swój wiek i tuszę, bardzo dzielnie kroczą za muzyką wojskową, gdy w południe maszeruje przez Unter den Linden przy zmianie warty. Ceremonjał ten odbywa się od maja według dawnego, przedwojennego protokółu i wywołuje łzę rozrzewnienia w niejednem oku „Kölubu Damen”. Sądząc jednakże z ich stanowczego wyrazu twarzy, żadna z nich nie poszłaby na dyplomatyczny kompromis, gdyby jakiś nowy Napoleon postawił im alternatywę. Większość dam z „Kölubu”, jakie miałem sposobność spotkać, niewątpliwie przybyła z prowincji. Zdradzało to wiele oznak: przez jedno ramię przewieszony aparat fotograficzny, przez drugie woreczek niewiarogodnie staroświecki, zamykany na kluczyk, a co najważniejsze – dowolny kapelusik. Kobieta w Berlinie jest dziś świetnie ubrana, a kapelusze tych naszych konserwatystek nie zdradzają jakiegokolwiek pokrewieństwa z prądami mody paryskiej. Panie te dużo jeżdżą tramwajami i autobusami, licznemi, dość hałaśliwemi grupami, nawołują się serdecznie, są uradowane, że przyjechały do Berlina, że w tym Berlinie duch Niemiec się odradza, wyglądają poczciwie, trochę śmiesznie i bardzo sympatycznie. Chciałoby się każdą z nich zaadoptować na matkę, tylko że niewiadomo, czy w razie wojny to jest właśnie ten typ matki, która pomoże uciec do neutralnego państwa. Tak mi się coś zdaje, że nie.

Teraz przechodzimy do niemiecko-narodowych. Mają oni też swoją umundurowaną organizację, t. zw. Bismarck-Bund. Czarne spodnie, zielona koszula, czapka wojskowa, a na ręku czerwono-biało-czarna opaska z nazwą organizacji. Źle się im powodzi, choć są jeszcze tolerowani. Póki Hugenberg jest w rządzie, – a potrzebny jest, bo ma i rutynę i prestige wśród finansjery zagranicznej, – póty niemiecko-narodowa organizacja będzie tolerowana. Zresztą i tak zdziałać nic nie potrafi. Z powodu tego upośledzenia w stosunku do innych „mundurów”, Bismarck-bundowcy najgwałtowniej karotują. Bo trzeba wiedzieć, że i hitlerowcy i Stahlhelm i niemiecko-narodowi wciąż żebrzą.

Na wszystkich głównych i ruchliwych skrzyżowaniach ulic, nawet w najbiedniejszych dzielnicach, spotyka się przedstawicieli tych trzech ugrupowań, a każdy z nich potrząsa skarbonką. Stahlhelmowiec, który najgodniej i najmniej natarczywie szuka zapomogi, trzyma wojenny hełm stalowy, przerobiony na skarbonkę. Monety wrzucane do hełmu, to chyba nie olej wlewany do głowy przyszłych ofiar przyszłej rzezi. Myślę, że ten co hełm ów nosił pod Verdun czy na polach Flandrji, gdyby dzisiaj żył, takby się już starał głową potrząsać, żeby żadna moneta nie dostała się do środka hełmu.

Hitlerowcy też nie próżnują, jeżeli chodzi o zbieranie funduszów: czy będzie to w nocnym lokalu, czy w restauracji, czy w kawiarni, wszędzie podchodzi do stolika taki ultra-marsowo wyglądający drab i proponuje kupno pocztówki z podobizną Wodza. Z początku pobytu robi to wrażenie i wymaga pewnej odwagi cywilnej aby nie zgodzić się na tranzakcję. Nie widziałem ani śladu przymusu w tej sprawie, ale gdybym miał rysy semickie, wyjechałbym z Berlina, zaopatrzony w kilkadziesiąt wizerunków „Führera”.

Jakież są jeszcze mundury? Nie potrafię ich wyliczyć, bo o wielu nie mogłem wogóle dowiedzieć się, jaką organizację przyodziewają. Zacytuję więc tylko kilka: rosyjscy hitlerowcy, „Hitlerjunge” (organizacja mająca zastąpić bardzo źle widziane, bo międzynarodowe harcerstwo), pensjonarjusze obozów dobrowolnej pracy (ex-bezrobotni), policja i policja pomocnicza – no i wreszcie właściwe wojsko. Wojskowych widać wszędzie. Naturalnie nietylu co u nas, ale o wiele więcej niż pół roku temu.

Poza szeregami obywateli w mundurach, istnieją jeszcze o wiele liczniejsze szeregi cywilnych sympatyków z musu lub przekonania. Poza dość nieznaczną ilością skoszarowanych SA większość ich, jeśli nie pełni służby (prace czysto partyjne oraz ćwiczenia wojskowe), chodzi po cywilnemu i tylko nosi odznakę w klapie od marynarki lub w krawacie. Odznak tych jest tyle, że niesposób się połapać, pomimo że stanowi to ciągły temat ożywionych dyskusyj. Wszystko co jest mundurem lub odznaką ma ogromne znaczenie, i problemat, kto do noszenia czego jest upoważniony, – zabiera wiele czasu w rozmowach i nasuwa wiele podejrzeń lojalnemu puryście od szlif i żetonów.

Więc Stahlhelm nosi minjaturowy hełm stalowy w klapie, a żeton oznaczający przynależność do SA upoważnia do powitania faszystowskiego. Nieopisanie pocieszny widok przedstawia dwóch krępych starszych panów, z tekami pod pachą, którzy krzyżując się na ulicy, z kompletnie obojętnym wyrazem twarzy, wyrzucają nagle naprzód i wgórę rękę, zakończoną krótkiemi artretycznemi palcami. Gest ten przywykliśmy kojarzyć w myśli z najgroźniejszą stroną w kinematografji, mianowicie z filmami o starożytnym Rzymie. „Quo vadis?” i „W cieniu krzyża hitlerowskiego” – cóż za świetne tytuły dla filmów o obecnych Niemczech!

Ale wracam raz jeszcze do mundurów i odznak, a wracać będę z natury tematu – ciągle. Należy zaznaczyć, że niejeden bezrobotny, z którego cywilne ubranie wprost spadało w łachmanach, od chwili kiedy dostał mundur SA, choć nie należy do uprzywilejowanej grupy skoszarowanych, munduru tego już oczywiście nie zdejmuje. A mundur taki wypada niedrogo, bo zdaje się, że kompletny ekwipunek „fasowany” w partji kosztuje 12 m., a spłaca się go dowolnie, byle co miesiąc coś wpłacić. Można podobno nawet mniej jak markę.

Mówię „podobno”, bo dowiedzieć się prawdy i szczegółów o sytuacji i organizacji finansowej partji narodowo-socjalistycznej jest rzeczą niemożliwą. „Miarodajna” opinja mówi, że skarb państwa nie wspiera bezpośrednio partji, że poprostu nie stać go na to. Podobno składka członkowska wynosi 3 mk. miesięcznie z nieco wyższem jednorazowem wpisowem, a znowu też podobno w formie diet wypłaca się szturmowcom na służbie 3 mk. dziennie. Cyfra ta wydaje mi się przesadzona, ale w każdym razie wydatki związane z tak czynną i liczną organizacją muszą sięgać wielu miljonów, a skarbonki i pocztówki chyba tyle nie dają.

Poza odznaką przynależności do SA najczęściej spotykany żeton, to odznaka członkostwa t. zw. „Betriebszelle”, czyli komórki albo jaczejki narodowo-socjalistycznej. W każdej firmie czy instytucji, dającej zatrudnienie chociażby najmniejszej grupie pracowników, musi istnieć taka „Betriebszelle”. Misją takiej jaczejki jest szerzenie ducha rewolucji narodowej w danem zbiorowisku pracowników i reprezentowanie go wobec władz, ale głównie na manifestacjach. To coś jak komitety robotnicze, tylko że ich głównem zadaniem jest przyjmowanie rozkazów a nie wyrażanie żądań. Dziwnie też wyglądają niektórzy moi socjalistyczni czy komunizujący znajomi, ozdobieni tym żetonem. Ale wyboru nie mieli, to inni ich wyznaczyli. Partja połapała się zresztą dość szybko i zrozumiała niebezpieczeństwo wprowadzenia do organizacji tylu ludzi obcych duchowi hitleryzmu i zatrzymała przyjmowanie czy naznaczanie nowych członków do „Betriebszelle”, tak samo zresztą jak do partji wogóle. Kiedy wybory 5 marca wykazały kompletne zwycięstwo Hitlera, wówczas wśród komunistów padł mot d’ordre – wstępować do SA i wogóle partji narodowo-socjalistycznej. Oczywiście, że powyższy fakt nie jest podawany przez czynniki rządowe czy partyjne jako przyczyna ograniczenia w przyjmowaniu nowych członków. Oficjalnie mówi się, że skoro nastąpiła „Gleichschaltung” (koordynacja) całego ruchu robotniczego i zawodowego pod sztandarem narodowego socjalizmu – to ipso facto jaczejki tej partji są zbyteczne. Każdy Niemiec jest w duchu Nazi, choć nie zadokumentował tego oficjalnem przystąpieniem do ruchu. Tak przynajmniej daje się do zrozumienia.

Pewne poczucie niepewności co do elementu, na którym opiera się rząd, obawa przed szaleńczemi poczynaniami młodych, oraz wogóle przed zbytniem zradykalizowaniem ruchu narodowo-socjalistycznego, – podyktowała też wszystkie rozporządzenia, dotyczące „odpolitykowania”, czyli zakazy należenia do partji narodowo-socjalistycznej funkcjonariuszom policji, wojskowym oraz członkom Stahlhelmu. Są to jedne z niewielu wybitnie rozsądnych i niedemagogicznych posunięć rządu, a trzeba być w Niemczech, aby móc doceniać odwagę wydania podobnych zarządzeń.

Idę ulicą. Po jednej stronie wielki napis na szybie wystawowej sklepu z gramofonami głosi: „Tu można nabyć wszystkie płyty narodowego odrodzenia („Erhebung”). Po drugiej, prawie naprzeciwko, nie można się wprost docisnąć aby spojrzeć na wystawę grawera. Na szybie napis: „Znów dekoracje, ordery i odznaki honorowe”, a za szybą skarbiec wszelakich możliwych krzyży, gwiazd i wstęg wielkości naturalnej i w minjaturze. Oczy ludziom wprost z głowy wyłażą, są wprost zaczarowani urokiem tego co oglądają. Bezwątpienia wystawa ta budzi wspomnienia czasów świetności. Żelazne Krzyże, to heroizm i męski czyn męskich lat wojny. (Przymiotnik męski jest wogóle używany jako synonim wszystkiego co jest wybitnie dodatnie). Ale czy ustanowiono już nowy order dla nagradzania czynów odwagi cywilnej? Nic o tem nie słyszałem. A może niema jeszcze kandydatów?

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

2 komentarze

  • używany sprzęt kulturystyczny 8 maja 2014 at 22:30

    Bardzo ciekawa stronka i mega dużo fajnych rzeczy. Serdecznie gratuluję i pozdrawiam autorów.

    Odpowiedz
  • Marcin 4 września 2014 at 06:00

    Tego szukałem:)

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close