Z cyklu „Podróż po Polsce”
ŚLUBOWANIE

Częstochowa, w maju 1936.

Znacie taki obrazek, tani, pocztówkowy a miły, Wojciecha Kossaka, dzieci lwowskich z obrony Lwowa? Jest chłopiec w za dużym szarym szynelu, nachylony cały nad karabinem, stoi nad nim młodziutka dziewczyna ładująca inny karabin, są groby i brzozy cmentarza łyczakowskiego, śnieg poplamiony rudą krwią i błotem, a oni wypatrują coś przed sobą szerokiemi, dziecinnemi, zdziwionemi tą śmiercią, która w ich rękach i w ich karabinach skurczyła się w mały kawałek ołowiu, oczami? Więc teraz tacy sami chłopcy i akurat takie same dziewczęta wysypują się z wagonów ustawionych szerokiemi rzędami po wszystkich torach za małej na nie stacji. Wysypują się jak to się widzi z żołnierzami na manewrach, niekiedy nawet formują się w szeregi i wtedy dopiero ruszają dalej. Jest może zaledwie trzecia rano na tej stacji, którą o tej porze mijają tylko zaspane dalekobieżne pociągi. Teraz takich pociągów nadzwyczajnych, jak ten co właśnie nadszedł, przybyło lub przybędzie jeszcze dwadzieścia jeden. Na dworze już zupełnie jasno, tylko niema słońca i niema ludzi na ulicach. W to śpiące miasto, grupami, kupkami, gromadami, wchodzą teraz ci młodzi, jeszcze raz jak jakieś wojsko obce, wkraczające do opustoszałego miasta. Jakieś sztandary zwinięte i okryte pokrowcem przewozi dorożka. Spod dworca wypływa coraz więcej ludzi. Z mostu przerzuconego nad torem widać nowe zajeżdżające pociągi.

Ten tłum, który mnie ogarnia i mija, składa się z twarzy szarych ze zmęczenia i bladych. Ale to nietylko noc spędzona w wagonowym tłoku. Pod ubraniami odgaduje się piersi wklęsłe, niezdrowe, ramiona nieobrosłe mięśniami, plecy wcześnie zgięte. Odgaduje się złe odżywianie i biedę, życie nietylko biedne ale wadliwe. A to co dziś jest w Częstochowie, to naprawdę największe, jak Polska Polską jeszcze nie spotykane, skupisko młodzieży akademickiej. Tylu razem nie było ich jeszcze nigdy i nigdzie. Można więc dokonać przeglądu młodego inteligenckiego pokolenia, ale ten przegląd nie wypada wesoło. Nie trzeba być lekarzem, nie trzeba być oficerem z komisji uzupełnień, nie trzeba było być w Niemczech, Czechach, Austrji, wszędzie na Zachodzie, widywać tam takiemi samemi wczesnemi niedzielnemi rankami wysiadające tłumy młodych ludzi idących na wycieczkę. Tamte rumiane, młode twarze, tamte postacie smukłe, wystrzelające wgórę, wyprostowane w strunę, markowana krokiem sprężystość kolan, harmonijny, sportem urobiony ruch silnych ramion, znaczą przerażającą fizyczną różnicę, jaka dzieli naszą młodzież od młodzieży całej niemal Europy. Wszystko co widywało się zagranicą, mówiło o trzeciem dziesięcioleciu powszechności sportu, o rannej gimnastyce, o coniedzielnych wycieczkach, o nartach, górach, morzu, słońcu i skautingu, o bieżniach i boiskach, o wielkich elipsach stadjonów. Wszystko co się widzi tutaj, mówi nietylko o biedzie, mówi o życiu złem, źle zorganizowanem, nieumiejętnem, mówi o braku wszystkiego tego co szeroko było danem tamtym. Przypomina się wtedy że chłopcu na obrazku Kossaka i dziewczynie co ładuje karabin nie zbywało na bladości i zapadłości policzków, że to co się tak jasno paliło w ich oczach, to może była nietylko heroiczna gorączka walki ale smutniejsza gorączka suchot. Tylko że wtedy w 1918 r. staliśmy dopiero na progu nowego, własnego życia. Teraz odeszliśmy już od tego progu daleko. Lwowski listopad zamienił się w legendę. Blade, mizerne dziewczyny, niezdrowi, cherlawi chłopcy nie przeszli, niestety, do legendy.

Do legendy, książki z obrazkami i filmu, nie przeszli także, jak się okazuje, inni jeszcze chłopcy. Oto wśród tego tłumu, spływającego od dworca, migocą nagle szamerowania złote i srebrne, pętlice i naszywki, mundury czerwone jak maki, niebieskie, ciemnozielone, białe, z szarfami i wstęgami przez pierś. Wygląda to jakby w jakiemś kinie na przedmieściu weszli nagle w tłum widowni bohaterzy ekranu, bohaterzy jakiegoś amerykańskiego filmu o gwardzistach wielkiej księżny Gerolstein, huzarach króla Panonji, kirasjerach Monaca. Pawie pióra i pawie barwy zgubione na chłopskiem podwórzu. Porównanie z królestwami imagicacyjnemi nie jest takie nieścisłe. Arkadja, Demetrja czy Akwilonja z korporanckiego spisu, to nazwy któremi reżyserja filmowa mogłaby śmiało zastąpić swoje również nieistniejące i Panonje i Astorje. Kilkadziesiąt polskich burszenszaftów wystąpiło w Częstochowie z niebywałym przepychem już nie dekli ale mundurów. Ci ludzie opięci jak prawdziwi huzarzy, wcięci w pasie jak osy, noszą jakieś ogromne rapierzyska z gardami z aksamitu. Sztandary korporacyjne ze wspaniale wyhaftowanemi herbami, herbami dzielonemi na szereg pól i poletek, jak w heraldyce niemieckiej, lśnią jeszcze wspanialej niż mundury. Zastanawiam się czy pod temi szamerunkami i złocistościami, szarfami i pętlicami kryją się przynajmniej lepiej zbudowane klatki piersiowe. Niestety, mam wrażenie że niejeden mundur sztukuje grubą warstwą krawieckiej waty niedostatek rycerskich mięsni smętne ubóstwo bicepsów.

– Obóz idzie!

Przechodzeń ustępuje automatycznie na te słowa, wypowiedziane nie krzykiem zresztą, ale głośnym rozkazem. Istotnie ulicą wali ósemkami kilkudziesięciu ludzi. Mieczyki Chrobrego błyszczą w klapach.

– Niech żyje Obóz Narodowy!

– Niech żyje. Niech żyje.

To jeszcze nie jest entuzjazm tłumów. Jest zresztą piąta rano. To ci z tej młodzieży którzy jedni przybyli tu zorganizowani i karni. Odpowiadają im tylko inni zorganizowani. Oddział kroczących przecina niegęsty tłum krótkim mieczem swego przejścia. Nieco rąk podnosi się po faszystowsku. Kilkanaście kroków dalej znowu to samo. Za tymi co przeszli idzie nowa kolumna mieczyków.

– Niech żyje Obóz Narodowy!

Znowu to samo. I znowu taksamo i to samo:

– Niech żyje. Niech żyje.

Trzy, cztery, pięć razy to samo. Aż naraz z jakiegoś boku wydziera się niezareżyserowany jeszcze, krzykliwy, suchotniczy głos:

– Niech żyje Polska narodowa, precz z Żydami!

Ale taraz masy są już rozgrzane, rozhuśtane. Wznosi się z wielu, ze wszystkich stron, spływające w jedno:

– Preeeecz!!!…

*

Jasnagóra, to otoczony szerokiemi wałami dawnej twierdzy klasztor-zamek, barokowy kościół, przy nim duża osobna kaplica, ciemna i mroczna, w której w ołtarzu pośród srebrnych wot wisi Cudowny Obraz. Kościół jest w tej chwili pełen akademików, klęczących w ławkach, wystających przy konfesjonałach, przy ołtarzach, jedna za drugą odprawiają się msze, przez sam środek kościoła zmienia się ustawicznie dwuszereg klęczących, pomiędzy którymi przechodzi dwóch księży w białych paulińskich habitach, rozdając Komunję Świętą. Trzeba wiedzieć że ten obrzęd nie ma odpowiednika w żadnej religji świata, że to nie mistyczne, ale prawdziwe Ciało Chrystusa pod postacią chleba przyjmuje katolik. Teraz ten tłum z dworca klęczy tutaj, z rąk księży otrzymuje sakrament.

Ci ludzie klęczą teraz, podnoszą głowę na zbliżenie się księdza, odchodzą po Komunji, kryjąc twarz w dłoniach. Barwnych korporantów niema prawie wcale. Blade twarze tych ludzi są teraz skupione, przeżywające. Ci ludzie naprawdę pielgrzymowali tu, i ci ludzie, przyszli doktorzy, architekci, sędziowie, nauczyciele, najoświeceńsza część młodego pokolenia, przyszła inteligencja narodu, wierzy i daje wyraz swej wierze tak jak ci chłopi, baby wiejskie i zwiędłe dewotki wmieszane w tłum młodzieży. Ta masa, olbrzymia, przez ten kościół jak przez wielki cembrowany kanał przepływająca masa. każdy ludzki atom tej masy wierzy w to że właśnie w tym momencie opłatek, to mączne, pszenne ciasto, mąka zmieszana z wodą, tak jak dziś jeszcze w Palestynie i na całym Wschodzie przyrządza się chleb, jest Bogiem i jako ten Bóg przychodzi do nich. Ta wiara, trudna, niepojętna i dziwaczna dla każdego spoza kręgu tej religji, jest dla nich w tym momencie czemś zupełnie zrozumiałem, oczywistem i prostem.

Myślę o tem i myślę że trzydzieści lat temu trzeba było przystępowanie do Komunji Świętej w kościele katolickim szczególnie ożywić, że z tego sakramentu, który w swej niezwykłości uczyniono rzeczą wyjątkową i rzadką, starano się uczynić nanowo panem cotidianum jak za czasu mrocznych agap niewolniczych w kryptach katakumb. Temu lat dwadzieścia była to forma religijności niemal ginąca, zacieśniająca się do chłopów z odległych od miast stron, takich samych jak owi wiejscy pagani schyłkowych wieków cesarstwa rzymskiego, którzy byli ostatnią ostoją ginących bogów latyńskich, do kobiet, znowuż tych kobiet które najdłużej w średniowiecznej Polsce wynosiły cichaczem za próg domów wieczorne ofiary egzorcyzmowanym przez nową wiarę bożętom. Teraz niepodobna nie wiedzieć że ci wszyscy młodzi i wykształceni wierzą taksamo jak chłopi i kobiety, że spełniają ten obrządek, dziwny dla obcych kręgowi chrześcijanizmu. Przez kościół przesuwają tłumy.

Kilka lat temu, w „Przeglądzie Powszechnym”, młoda panna pisała o postępującym wzroście religijności młodego pokolenia. Cytowała cyfry. Religijność trudno jest wymierzyć cyfrowo. Młoda panna cytowała rosnące istotnie z roku na rok cyfry odprawiających doroczne rekolekcje, mniej ściśle już wyliczone cyfry rekolektantów przystępujących po zakończeniu rozmyślań do Komunji Świętej. Cyfry były imponujące jako cyfry. Powiedziałem jej wtedy, że jednak istnieją jeszcze inne cyfry które odmierzają postępy religijnienia młodzieży akademickiej, ale w odwrotnym kierunku. Statystyka policyjna dorocznych rozruchów antysemickich mówi, że stają się one coraz częstsze, coraz dłuższe w swym przebiegu, coraz więcej zostawiają ofiar i więcej ogarniają uczestników.

Niewątpliwie najciemniejszą epoką Polski była ta kiedy najwięcej przeklepano różańców, i znowuż niewątpliwie w tej epoce Częstochowa należy do miejsc gdzie czyniono tego najwięcej. Ale trudno zapomnieć, że nietylko czad złej religijności padał stąd na dusze ludzkie. Niedole, dla których nie znajdywano na świecie innego wyjścia, smutki bez innego pocieszenia, najgłębsze boleści ludzkie całych wieków i całych pokoleń kładły się i ścieliły u stóp tego Obrazu. Niewątpliwie nigdzie tak silnie jak tu nie paliła się w tym kraju ustawiczną lampą wiara w istnienie absolutu, czegoś ponad światem, wyższego porządku rzeczy, ostatecznej sprawiedliwości. Na przestrzeni dziesięciu wieków zorganizowanego jakotako życia w tym kraju, wiara ta była jedyną myślą, ideą, która dotarła powszechnie i głęboko, i w tym kraju gdzie wszystko z obcęg myśli się wymyka, potrafiła stosunkowo powszechnie to wszystko w nie objąć. Jedno tylko pozostało dla niej, jak dla wszystkich innych idej, nieprzenikalne, – działania ludzkie.

Częstochowa stała się kiedyś kamieniem, na którym oparła swe stopy padająca w przepaść Rzeczpospolita. Polska szwedzkiego „potopu”, który przypomina tu o sobie kulami działowemi wmurowanemi w ściany klasztoru, nie chciała walczyć za króla, nie stanęła jak w r. 1920 w obronie stolicy, oddała wszystko. Mała twierdza i nie najpierwsze wówczas jeszcze miejsce pielgrzymek w Polsce, stawiło czoło i zorganizowało opór szerokich mas ludowych. Jest faktem, że ksiądz Kordecki za swoim krzyżem powiódł do boju większe masy chłopskie niż to uczynił Kościuszko swą sukmaną, Traugutt – manifestem. W sto lat wszystko ułożyło się inaczej. Kult Częstochowy był wtedy w Polsce niezawodnie silniejszy, a jednak wojska Kreczetnikowa łatwo zdobyły twierdzę na konfederatach barskich. Niewątpliwie czarna karbowana peruka Jana Kazimierza, z której natrząsali się rokoszanie Lubomirskiego, była obca światu podgolonych łbów szlacheckich, ale niewątpliwie pudrowany Stanisław August był im jeszcze bardziej obcy, i dlatego szabla rosyjska zdołała tak bezboleśnie przeciąć łączność sił religijnych z ginącem państwem polskiem. W sto i kilkadziesiąt lat potem rekruci z tych stron mieli nieść na pole walki obrazki z Jasnogórską, zaszytą w sukno szkaplerzy. Byli to żołnierze Mikołaja II idący pod Mukden, a ich szkaplerze spotykały się na polach mandżurskich z ikonami innych żołnierzy tej samej armji.

Jest już dziewiąta rano, i wśród bicia dzwonów wysuwa się z kościoła procesja sztandarów akademickich, księży, delegatów młodzieży, rektorów uczelni. Procesja przechodzi szerokim wałem okalającym dawną twierdzę. Akademicy niosą Cudowny Obraz, ten sam którym kiedyś zażegnywano wojska Karola Gustawa. Na murach ustawiony jest wielki ołtarz, a tuż pod murami szeroki plac podszczytowy zalało morze głów. Do akademików dołączyły się olbrzymie procesje chłopskie. Te masy chłopów i masy młodych inteligentów przyjmują klęcząc obraz, ściemniały od wieków, posuwający się na wałach, niesiony na ramionach młodych. Przed ołtarzem, na którym spocznie, odprawiona będzie msza święta przez Kardynała Prymasa Polski. Będzie to chwila uroczystego ślubowania olbrzymich mas młodzieży akademickiej na wierność. Ślubowania czego?

Msza prymasowska i kardynalska śpiewa swoje, te same co msza w wiejskim mówiona kościele, odwieczne łacińskie słowa. Pierwszy raz powiadał je tu na złomach uroczyskowych dębów św. Wojciech – i jej słowa są to jedyne słowa które brzmiały w tym kraju taksamo przed tysiącem lat, co dzisiaj. Olbrzymi tłum młodzieży słucha kazania, które mówi o szczególnej uroczystości tej chwili. Słucha pisma delegata papieskiego, które mówi o tej samej uroczystości. A potem przez wielkie głośniki płyną czytane przez biskupa słowa przysięgi na wierność Matce Boskiej, Patronce Młodzieży Akademickiej, że:

zawsze i wszędzie stać będziemy przy świętej wierze Kościoła Katolickiego w synowskiej uległości dla Stolicy Apostolskiej; że wiary naszej bronić i według niej rządzić się będziemy w życiu naszem osobistem, rodzinnem, społecznem, narodowem, państwowem; że z wszelką usilnością szerzyć będziemy cześć i nabożeństwo dla Ciebie; że każdego roku w uroczystej przelgrzymce przychodzić będziemy na Jasną Górę, jako wybrani synowie Twoi do stóp Matki naszej umiłowanej.

Bardzo dużo. Albo bardzo mało.

*

Teraz następuje wielka minuta ciszy. Radjo ogłasza, że prymas udzieli papieskiego błogosławieństwa. Olbrzymi tłum na placu klęka. Stoi tylko kardynał Hlond w otoczeniu asysty. Tuż przed nim, plecami do tłumów u stóp twierdzy – kilku młodych ludzi. Są to czołowi przywódcy wycieczki, ale ich nazwiska masom studenckim są mniej znane z sodalicyj marjańskich niż z wielkich ruchów politycznych.

Przez chwilę, przez mgnienie oka, wydaje się że jasne, spokojne oczy prymasa patrzą w oczy tych ludzi. I ci ludzie także patrzą w oczy najwyższego autorytetu kościelnego w Polsce. Trwa to ułamek chwili, bo oto ręka kardynała podnosi się i pocznie błogosławić – ale ten ułamek sekundy ma swoją wymowę.

– Widzisz – mówiły oczy tych ludzi.

– Jesteś dziedzicem św. Wojciecha który ten kraj chrzcił, twoi poprzednicy byli interrexami, oni rzucali klątwy lub wkładali korony na głowy jego królów. Ty jesteś najwyższym autorytetem kościelnym w Polsce dzisiejszej, i oto dlatego przed Tobą stoją masy polskiej młodzieży inteligenckiej, przyszłej najoświeceńszej, w dzisiejszym ustroju największy wpływ na rządy krajem wywierającej, warstwy społecznej. Ty wiesz, i my to wiemy, i wszyscy to wiedzą, że takie masy młodzieży nie przybyły jeszcze i nie przybędą skłonić głowy przed żadnym innym autorytetem w tym kraju, nawet kiedyś przed Belwederem, nawet dziś przed Wawelem, bo wszystkie inne autorytety znajdą je rozdzielone, różniące się, skłócone. Takie masy młodzieży inteligenckiej w Polsce 1936 roku odnajdzie się tylko u stóp Jasnej Góry, u stóp tego obrazu i przed Tobą, biskupem katolickim. Tych co tu przybyło jest dwadzieścia tysięcy, i tych dwadzieścia tysięcy, to przeszło po łowa młodzieży inteligenckiej w całej Polsce. Policz, ilu nie mogło przybyć z tak daleka. Potem spojrzyj na nas. Zobaczysz na naszych piersiach znak ruchu politycznego, mały mieczyk, z którym szli ci młodzi. Ta młodzież poszła za nami, i to myśmy ci ją przyprowadzili.

W oczach prymasa było milczenie. Oczy przywódców mówiły dalej:

– Wiemy, że stanąłeś od nas zdała, że chcesz od naszego ruchu odciągnąć kościół i uczynić go innym ruchom w tej samej mierze dostępnym, czy raczej żadnemu z nich w pacht nieoddanym. Wiemy, że temu cesarzowi, którego my zwalczamy, oddajesz wszystko co cesarskie. Wiemy, wiemy wszystko. Ale Ty także wiesz że wszystkie ruchy młodych, skierowane przeciw nam, są kierowane i przeciw Temu co Ty tu reprezentujesz. Ty wiesz taksamo dobrze, jak my to wiemy i jak wszyscy w tym kraju to wiedzą, że wszystkie Legjony Młodych i Straże Przednie i wszystko, wszystko inne, było organizowane i prowadzone przeciw Tobie. Ty znasz najlepiej drogi na które odprowadza się wszystko – prócz nas. I dziś możemy Ci powiedzieć, że te masy które tutaj, pomimo tamtych prac syzyfowych, przed Toba stoją – myśmy Ci tylko je powiedli, wbrew tamtym, tylko my, choć z nami nie jesteś.

W oczach prymasa było dalej milczenie. Oczy przywódców mówiły dalej:

– Wiemy, że w myślach Twoich ścigasz widok innego katolicyzmu na Zachodzie, wiemy że chciałbyś go mieć w Polsce, wiemy że tamten katolicyzm jest katolicyzmem młodych i intelektualistów. Tu masz przed sobą taki katolicyzm, ale ten polski katolicyzm jest jeszcze katolicyzmem mas. Tego na Zachodzie dziś niema. Jesteś jedynym autorytetem kościelnym, przed którym to co młode i to co się kształci korzy się tak jak teraz. I to także rozważ i oceń.

W oczach prymasa było ciągle milczenie. Oczy wodzów mówiły dalej:

– Ty wiesz, jakie są nasze hasła, jaki nasz program, jakie zamierzania przyszłości. Ty wiesz, że jest w nich miejsce na nienawiść, niemniejszą od tej jaka huczy za zachodniemi brzegami Twej diecezji. Musiały Cię dobiec nasze okrzyki zrana, hasła wypisane na niejednym pociągu. Znasz walki i zaburzenia, z których wyrośliśmy na przywódców tłumu. My nie wiemy co Ty o tem sądzisz. Kościół katolicki ma w swych szeregach kardynałów Faulhaberów, którzy płaszczem swej duchownej godności i puklerzem przykazań Bożych okryli przed innym nacjonalizmem skopane „Judentum” Izraela. Kościół katolicki ma prałata Prądzyńskiego, którego zdaniem antyżydowskie zarządzenia nowych Niemiec stoją w przedziwnej zgodności z postanowieniami konstytucyj apostolskich i synodów. My nie wiemy komu jesteś bliższy, Prądzyńskiemu czy Faulhaberowi. Ale ta młodzież, która stoi masą tysięcy przed Tobą, jest bliższa Prądzyńskiemu. I Ty, prosimy Cię, bądź bliższy Prądzyńskiemu…

I jeszcze milczenie. W jakichś oczach czai się śmielszy błysk:

– …bo inaczej ci młodzi mogliby odejść…

Ale w większości oczu panuje wahanie:

– …lub, jeśli Ci trudno, milcz. Twoje milczenie będzie nam wystarczało…

Co może w takiej chwili myśleć następca św. Wojciecha? Przed sobą, jak Chrystus z wysokiej góry, widzi ukazywane mu królestwa dusz. Te królestwa są najbardziej pożądane przez każdą religję. Być może, prymas widzi w tej chwili i innych biskupów, którzy przed nim wznosili dłoń błogosławieństwa nad pochodem Franków, Cherusków, Longobardów i Gotów, i nim tym ludziom ponieśli naukę, kreślili nad nimi znak krzyża. I teraz szerokim, pewnym ruchem ręki kreśli ten sam znak nad tłumami tam wdole. Ludzie klęczący przyjmują błogosławieństwo papieskie. Msza jest skończona, i zaraz wychodzi nowy ksiądz z mszą. Prymas, obaj biskupi odeszli do klasztoru. Dochodzi jedenasta, jest skwar, upał i słońce. Przez głośnik zapowiedziano że odbywać się tu będą jeszcze msze, że plac jest w ten sposób świątynią i że należy zachowywać się na nim jak w świątyni. Aż z rogów placu bucha okrzyk podchwycony przez setki głosów, jeden, drugi. Znowu z innej strony. Znowu z innej. Jakaś orkiestra gra „Hymn Młodych”. Okrzyki nie ogarniają nigdy całego tłumu. Rozszarpują go, wyrywają zeń, jak szmaty, części krzyczące. Plac pod klasztorem jest już jak sejmik z czasów saskich. Ugóry, pod baldachimem i przed Obrazem, ksiądz odmawia tymczasem ciche modlitwy mszy:

– Introibo ad altare Dei

– ad Deum qui laetificat juventutem meam.

Ale gdy się zejdzie nadół, widzi się że wśród zgiełku i krzyków są ludzie milczący, którzy na zdeptanej trawie podawnemu klęczą. Nie, tych ludzi w olbrzymiej większości nie przyprowadziła żadna partja, żaden mieczyk. Ci ludzie dziś nie oprą się żadnym okrzykom, choć nie podchwycą żadnych. Teraz jeszcze tylko się modlą.

*

Katolicyzm polski zajmuje w katolicyzmie świata zupełnie odrębne stanowisko.

Są kraje, Francja przedewszystkiem, gdzie katolicyzm stał się wąską strugą wijącą się wśród współczesnego życia, gdzie masy nie są katolickie, bywają antykatolickie. Katolicyzm jest tam doktryną nielicznej, młodej, intelektualnej elity, oddzielił się od prądów nacjonalistycznych i prawicowych, choć bez wątpienia nacjonalizm tych prądów był dużo mniej skrajny niż nacjonalizm innych krajów. Katolicyzm przerzucił się tam na doły społeczne, zaczyna się wdzierać w ruch robotniczy, godząc tu swoje dogmaty z ich socjalnemi postulatami. Są dalej kraje zeszłowieczne jak Hiszpanja przedewszystkiem, gdzie katolicyzm jest religją mas szerokich ale najciemniejszych, religją starszych roczników, religją ludzi i warstw społecznych, nie dynamicznych już lecz statycznych.

Otóż Polska jest między temi dwiema – i narazie bliżej Hiszpanji.

Polska nie utraciła jeszcze charakte kraju o katolicyzmie statycznym, nie zyskała charakteru kraju o katolicyzmie dynamicznym. Polska stara się przemieniać pierwszy w drugi. Przynajmniej to można uważać za zadanie katolicyzmu w Polsce. Są ludzie którzy sądzą że tą przemianę można przeprowadzić drogą „wypracowania” jakiegoś katolickiego ustroju gospodarczego czy wywieszenia „katolickich czerwonych sztandarów”, wszystko jedno jakich, byle nęcących świeżością haseł tłumy. Mam wrażenie – że nie.

Nie wydaje mi się możliwe wiązanie katolicyzmu, wielkiej religji, z pewnym, jednym typem ustroju gospodarczego, korporacyjnego czy jakiegokolwiekbądź innego. Ustroje gospodarcze są zbyt płynne, zbyt poddane koniecznościom życia, aby można było ustalić że taki właśnie a nie żaden inny jest sparagrafowaną Ewangelją. Nie wydaje mi się celowe „ożywianie się” przy pomocy „haseł czerwonych”. Natomiast wydaje mi się celowe dbanie aby wszystkie formy życia społecznego, gospodarczego narodów starać się uczynić bliższemi pojęciom chrześcijańskim. Tylko to i nic więcej, ale to już do końca. I na tej drodze trzeba będzie pójść śladami „Kazań adwentowych” monachijskiego kardynała. I rzeba będzie wybrać między Faulhaberem a Prądzyńskim. Trzeba będzie powiedzieć czego nie wolno, przypomnieć naruszone i naruszane Boże przykazanie.

Od Częstochowy ślubowań akademickich są tylko dwie drogi. Do Faulhabera, do katolicyzmu młodej Francji, to jedna. Do czasów saskich, to druga. „Od powietrza, głodu, ognia i wojny” – śpiewa chór modlących się przed Cudownym Obrazem. „Od nagłej a niespodziewanej śmierci”. „Od sideł szatańskich”. „Od ducha nieczystego”. Nic się w tych słowach z czasów Kochanowskiego nie zmieniło, i starsze są one na tej ziemi od wszystkich hymnów narodowych. Dziś do litanij przybyła nowa zwrotka o Patronce Młodzieży Akademickiej. W tym kościele chciałoby się do modłów o ochronę przed niebezpieczeństwami grożącemi dodać także, choćby nie wierząc, jedno: „Od powrotu do najgorszych czasów polskiego katolicyzmu, od powrotu czasów saskich, od powrotu saskiej religijności i saskiej wiary zachowaj nas, Panie”.

Ksawery Pruszyński

 

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close