Z cyklu „Podróż po Polsce”
ŻÓŁCI LUDZIE Z ŁODZI

Łódź, w maju 1936.

Człowiek, który miał mnie tu spotkać, zatrzymał mnie w drodze gdy szedłem, zapytał czy ja to właśnie jestem ja, poczem poinformował krótko, że znowuż on to jest właśnie on. Powiedział mi także że wiedząc którędy będę musiał przejść, wolał spotkać mnie tu niż na „podpunkcie”. Niebardzo wiem, co to jest „podpunkt” – spotyka się to słowo w sprawozdaniach z procesów komunistycznych, ale pierwszy raz widziałem endeka mówiącego o podpunktach. Nie wiedziałem i nie wiem dziś jeszcze o nim nic więcej jak to, że mnie z nim skontaktowano, że zajmuje poważne stanowisko w łódzkim bojowym aktywie, że prowadzi na tym terenie robotę. W chwili gdy to piszę, przypominam sobie że „aktyw” i „robota”, to także słowa z nieendeckiego zaczerpnięte słownictwa, ale że słyszałem je teraz wielokrotnie właśnie z ust endeckich, i że do tych ludzi, których spotkałem w Łodzi, słowa te pasowały.

Tego dnia poszliśmy razem wolnym spacerowym krokiem niedzielnych przechodni. Potem siedliśmy do tramwaju, i miałem go dłuższą chwilę, milczącego, naprzeciw. Był niewysoki i nieniski, nieszczupły i niegruby. Wyciągnął przed siebie na kolana ręce krótkie, niezdarne, ciężkie. Był zupełnie nijaki. Widziałem różnych agitatorów, działaczy, zgoła hien roboty partyjnej i burdziarzy. Nigdy nie spotkałem wśród nich człowieka, z którego emanował tak wielki, tak zupełny spokój, tak w sobie zwarte najmocniej, opanowanie, tak różne od tego co mówił. Czy to on rzucał bomby do sklepów łódzkich, zakładał petardy których eksplozja gasiła życia ludzkie? Może on, może nie on, ale to pewna że o tych rzeczach ten człowiek musiał chyba wiedzieć bardzo dobrze. Dużo potem, popołudniu, gdy byliśmy w polu, mówił o tych zamachach, przed któremi drżała Łódź, swoim spokojnym, niemal flegmatycznym głosem, z obiektywizmem poprawiania wadliwie przytoczonych szczegółów, nieścisłych okoliczności. Nie było w nim znać wtedy żadnej radości, ani też, rozumie się, żadnego wstydu. Ten człowiek szedł i działał czy kazał innym działać na chłodno, pracował na zimno, jego czynności miały nieuchronny i równy bieg wagonów pchniętych lokomotywą na tor.

*

Człowiek chciał mi najpierw pokazać wzorowe „osiedle Mireckiego”, to co, jak mówił, dał „zwycięski polski socjalizm największemu robotniczemu miastu”. Jest to na zadrzewionych krańcach zespół kilkudziesięciu dużych piaskowych bloków mieszkalnych, wybudowanych na wzór wiedeńskiego Marxhofu czy Wiener-Neustadt, przenoszących robotnika polskiego z nor i suteren do kulturalnych mieszkań z łazienkami i tuszami. Człowiek pytał ludzi z administracji, kto w nich mieszka. Dowiadywaliśmy się że pod szóstym mieszka aż trzech lekarzy, pod drugim czterej urzędnicy z magistratu, pod ósmym ci z izby skarbowej. Potem człowiek poszedł sam, zaprowadził mnie do jednego z mieszkań. Była to typowo kawalerska garsonjerka. Człowiek zwrócił mi uwagę na nazwiska brzmiące żydowsko, których zresztą było bardzo niewiele, i na istotną mnogość urzędników. Szliśmy ulicami spełnionej przez socjalizm obietnicy, ulicami Perlą i Praussa, ulicami Mireckiego i Barona. W nazwach ulic odbijał się pobrzęk żandarmskich butów na nocnej kiedyś rewizji i skrzyp szubienic. Nazwy ulic były jedynym tonem bohaterstwa i jedynym tonem proletarjackim w osiedlu imienia Montwiłła-Mireckiego.

Człowiek z tego wszystkiego nie powiedział mi od siebie właściwie nic, a tylko mnie na to wszystko celowo, systematycznie, naprowadzał. Świat robotniczy nie doszedł do swej ziemi obiecanej, albo zastał ją przez innych zajętą. Naprawdę świat robotniczy się wycofał. Oto hałdami przeszliśmy kilkaset kroków do położonej wdole Starej Mani. Tu są domy niesymetryczne, źle sklecone, tandetne. Człowiek pokazywał mi przed chwilą surowy dostatek mirecczyzny, niebieskie „pergole” na dziedzińcach, ale też obdrapane ich belki, podeptane klomby ogródków bezpańskich, niczyich bo wspólnych. Stara Mania jest dzielnicą robotniczą biedną, ale nie nędzarską jeszcze. Liche domki otaczają wypielęgnowane ogródki, bielone wapnem płoty ulic brzmiących wiejsko i sielsko: Jarzynowa, Grochowa, Solec. Za naszemi plecami wznoszą się nad tem wszystkiem bloki minionego już osiedla „robotniczego”, które robotnicy oglądają od Starej Mani. Bloki wyglądają imponująco, jak wysoki mur zamczyska. Stąd widać jak nad płaskiemi dachami osiedla sterczy cała gęstwa antenowych prętów. Drutami idącemi od tych prętów powiązane jest osiedle z wielkiemi falami płynącemi przez eter. Temi prętami osiedle Mireckiego łowi codziennie Berlin, Moskwę, Warszawę, Londyn, Paryż i świat. Może zresztą łowi najczęściej „wesołą falę” i muzykę z płyt. Nad domkami Starej Mani niema żadnych anten i drutów. Jej ludzie chwytają tylko te prądy podziemne, dla których nie trzeba selektorów czy anten.

Kiedyś oglądałem prawzór łódzkiego osiedla, wiedeńskie domy robotnicze, wystawione innemu proletarjatowi, który chciał socjalizmu bez sowietów. Mury tych domów głosiły dumnie że zbudowała je, za podatek od kamienic, Gemeinde Wien. Socjaliści jeszcze rządzili w Wiedniu, ale w wielkim pierścieniu osiedli robotniczych odwiedzałem już wtedy inteligentów, urzędników, pracowników prywatnych. Potem oglądałem w Warszawie wielki postępowy blok mieszkań robotniczych. Odwiedzałem w nim jednak nie zecera, ale urzędnika, dla ścisłości urzędnika ministerstwa spraw zagranicznych. Osiedle Mireckiego dzieli los swoich braci rodzonych i cudzoziemskich. Eldorada kalkulowano na inne płace robotnicze, płace które nie przyszły lub odeszły. Do pustych domów wlała się szeroka fala spauperyzowanych inteligentów, którzy te stawki komornego mogli przecież płacić.

– Tu pan miał socjalizm.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem:

– Tu mam dziecięcą chorobę socjalizmu, pierwszy, na czworakach jeszcze, stawiany krok. Mam niepowodzenie, ale nie klęskę. Pan sam wie że nie klęskę. Pan widział w Łodzi pierwszy maja i pan widział wasz trzeci maja.

Pierwszego maja w Łodzi demonstrowały olbrzymie masy ludzi. Trzeciego maja przejście pochodu nie trwało dłużej niż trzy kwadranse. Trzeba pamiętać że w Łodzi mierzy się dorocznie w tych dniach siła natężenia dwóch ruchów: socjalizmu i nacjonalizmu.

Człowiek patrzył się na mnie spokojnie i powiedział, że wie. Widział. Ale to nic nie znaczy.

– Jakto to nic nie znaczy?

– To nic nie znaczy, proszę pana, i nic nie znaczy z bardzo wielu przyczyn. To nie był pochód polski. Nie chodzi mi o to, że to był pochód żydowski, i tego też panu, jako najważniejsze, nie powiem. To był pochód sowiecki. Ot co.

– Dlaczego sowiecki?

– To był pochód sowiecki, bo wszystkie hasła, jakie w tym pochodzie niesiono, były hasłami sowieckiemi. „Front Ludowy”. Pan pamięta, jak oni się kiedyś żarli? Plakaty na cześć Z. S. R. R. Na cześć Hiszpanji. Przeciw Niemcom. Na cześć czerwonej Francji. Przeciw Włochom. Portrety Lenina. Róży Luksemburg, Largo Caballera.

– Były hasła robotnicze i oświatowe.

– Właśnie. Jakby pan się temi rzeczami zajmował, toby pan wiedział że każdy ruch polityczny ma dwie serje haseł. Ma hasła klasowe, społeczne, odpowiadające najprostszym interesom życiowym tych których chce odzyskać, ma hasła polityczne, które ma dla siebie. „Wspaniały, imponujący” pochód pierwszomajowy w Lodzi miał za hasła polityczne wszystkie polityczne hasła sowieckie. I to jest najważniejsze. A to czy ludzie, którzy nieśli te transparenty, należą do „fraków” czy „pepeesów”, to w rezultacie jest wszystko jedno. To są ludzie którzy już dziś, jak te radja, grają melodję stamtąd.

– Tem gorzej.

Człowiek powiedział że nie, że tem lepiej. Potem długo mówił. Nakreślił krótki szkic politycznych dziejów Łodzi. Ognisko socjaldemokracji sprzed wojny, czysto klasowego, przeciwniepodległościowego ruchu robotniczego. Ciężka sytuacja P. P. S. Człowiek twierdzi że znajdzie mi ludzi co mi opowiedzą że gdy Piłsudski kiedyś tu przed wojną przemawiał wyśmiewano go. Po wojnie odrodzenie P. P. S. Leaderzy socjaldemokracji (S. D. K. P. i L.) odeszli do Rosji. Komunizm podziemny, nielegalny. Socjaliści budują swoje mirecczyzny. Potem nowe nadzieje związane z przewrotem majowym. Socjaliści w pierwszym szeregu. Potem zawód i wstrząs, ale jeszcze „słabizny nadziei” we „frakach”. Potem kryzys, obrona podstawowych warunków bytu. P. P. S. bardzo silnie rozwalana zzewnątrz… P. P. S. podminowana przez komunistów, albo raczej nie, przez własnych młodych. „Oni lepiej znają Marxa niż dawni” – powiedział mi. Aż wreszcie wielkie zmiany 1935 r., zmiany które przyszły wtedy i wtedy otwarły pespektywy dużo większych jeszcze zmian, gdy jednocześnie do wszystkich form dawnego socjalistycznego polskiego ruchu zapanowało kompletne rozczarowanie…

Wtedy dodał uwagę: „Polskiego politycznie. O tyle że wiązał się naprawdę z państwem polskiem. Żydów w nim było dużo, to druga rzecz”… Pierwszy maja był bardzo wielki i bardzo imponujący. Był to pierwszy maja tak sowiecki jak nie był w parę lat po wojnie samej, gdy szczątki dawnej S. D. K. P. i L. posiadały tu siły. A to że był sowiecki, decyduje w Polsce o jego przyszłości.

– Wasz trzeci maja był słaby. Urządziliście go pod hasłem antysemityzmu. Wasza większość w wyborach do samorządu rozchwiała się ostatecznie. Dziś jej nie macie.

– Tak, – powiedział człowiek, – nasz trzeci maja był słabszy. Nasze zwycięstwo samorządowe zostało niewyzyskane i załamało się. To była nasza wina.

– Dlaczego?

– To była nasza wina. Ludzie, wysunięci przez nas, byli wybrani do rady miejskiej przez ludzi młodych, którzy na nich agitowali, przez ludzi biednych, którzy na nich głosowali. Ludzie wybrani nie byli młodzi, ani proletarjusze. Ludzie ci nie potrafili wykonać ani jednej rzeczy któraby mogła im zaskarbić właśnie młodych i właśnie biednych. Naprzykład nagroda literacka. Co z tego że jej nie dadzą Żydowi? Co z tego że ją weźmie Rostworowski albo Weyssenhoff? Co to powie masom? Bardzo mało. Masomby powiedziało gdyby przyznać nagrodę młodemu autorowi, który opisze życie i walkę proletarjatu polskiego w Łodzi, jego zmagania z zalewem żydowskim. Masomby powiedziało, żeby żadnych nagród, żadnego wyrzucania pieniędzy nie robić, a dać całą nagrodę polskim bezrobotnym, a najlepiej przeznaczyć ją na rzecz ofiar Żydów. Oto coby przemówiło do mas!

– Demagogję można stosować w czasie wyborów, ale chyba przyznacie że nie stale.

– Nic nie przyznam! Przedewszystkiem, co to jest „demagogja?” To tak jak demokracja, z greckiego ustroju pochodzi i z nim się wiąże. To lud i to lud. Demagogja, to sposób przemawiania do ludzi tak żeby zrozumieli, najprostszy sposób wyłożenia zawiłych zagadnień, zainteresowania ich sprawami któremiby się inaczej nie interesowali. Bez „demagogji” robotnik pozostałby ciemny. Demagogji nie można stosować na stałe? To właśnie mówił nam jeden z naszych „mecenasów” po wyborach. On myślał że się wszystko skończyło na świecie kiedy ruch narodowy zdobył mu w Łodzi mandat do rady miejskiej! Ładnie on się dziś ma, ten co mówił że demagogji nie można stosować na stałe. I z tą konstytucją…

Człowiek nie mówił o konstytucji Sławka. Mówił o konstytucji trzeciego maja. Był to jedyny raz w rozmowie kiedy ręce latały mu w gestykulacji:

– Proszę pana, – mówił, – trzeba zrozumieć. Trzeba zrozumieć to co w Niemczech, to co wszędzie zrozumiano. W Polsce trzeba polskiego święta pracy. Trzeciego maja na święto pracy można było zamienić, póki element robotniczy, uświadomiony narodowo, to był element drobnomieszczańsko-robotniczy z różnych związków chadeckich. Gdy to był element małpujący inteligencję jak inteligencja małpowała szlachtę. Ale w całym trzecim maju, z jego królem w peruce, magnatach i francuskich damach w loży, pan nie ma nic dla naszego człowieka. Nic!

Widocznie się z nim oto sprzeczano, widocznie te słowa uważano za wielką herezję, że mówił to tak zapalenie. I jeszcze raz powtórzył:

– Nasz ruch nie wyzyskał ani swej niedawnej przewagi liczebnej, ani swego wyborczego zwycięstwa, i w pochodach trzeciomajowych zaznacza swój upust sił. Ale to dlatego że między naszymi wodzami a naszemi masami, naszemi hasłami a naszemi aspiracjami, między starym elementem, który ruch narodowy miał w Łodzi, a nowym elementem, który jego kadry przepełnił, nastąpiła olbrzymia wyrwa. Tamci nie rozumieją tych.

– Na czem polega ta wyrwa? – zapytałem.

– Wyrwa, – powiedział, – to to że narodowcem jest najpierw w Łodzi pan doktór, pan kupiec, pan mecenas. Potem idzie długa, długa przerwa. Potem idzie nowy narodowiec. Ten narodowiec to jest bezrobotny.

– Bezrobotni nie są komunistami?

– Każdy w Łodzi panu powie tak: i wśród bezrobotnych są komuniści, ale olbrzymia większość bezrobotnych, polskich oczywiście, to narodowcy. Nowi narodowcy.

– Dlaczego? Kilka lat temu bezrobotni byli silnie skomunizowani.

– To prawda. Ale wtedy komuna walczyła z socjałami a nie szukała zgody. Dzisiaj jest odwrotnie.

– Jakiż to może mieć wpływ na poglądy bezrobotnego? Powinien chyba czuć się bliższy drugiej części proletarjatu, która już i politycznie staje mu się bliższa obecnie.

Człowiek pomyślał chwilę.

– Czy pan wie, jakie sobie zadanie stawia socjalistyczna partja wobec robotnika? – zapytał.

– Broni jego praw – powiedziałem.

– Aha, praw jego klasy. Otóż to. Ale proletarjat, to dziś nie jedna, ale dwie klasy. To klasa bezrobotnych i klasa robotników. To klasa która ma pracę i stara się ją ochronić i lepiej opłacić. I druga, mnożąca się klasa, która pracy nie ma i pracy tej szuka. Dawniej jeszcze te dwie klasy były silniej złączone: bezrobotni składali się z ludzi którzy niegdyś byli robotnikami. To była zdeklasowana część robotników. Ale po siedmiu latach kryzysu przyszli ludzie którzy nigdy nie mieli pracy. Niedługo, a przyjdzie zastęp dziedzicznych, z ojca na syna bezrobotnych. Bezrobotni staną przed fabrykami, gdzie pracują inni, gdzie inni biją się o krótszą dla siebie pracę i lepszy zarobek. Bezrobotni stają przed fabrykami które strajkują, aby uzyskać lepsze warunki pracy, podczas gdy oni nie mają żadnych. Na Bałutach pracujemy po osiemnaście godzin na dobę. Czy pan sądzi że może być mowa o wspólności interesów między takim nędzarzem a tym co chce pracować na dobę tylko sześć godzin? Ten proletarjat, który urządza „strajki polskie”, ma za sobą zjednoczone dziś wysiłki dwóch starych partyj politycznych. Ten proletarjat, który pracuje po osiemnaście godzin, jeśli wogóle pracuje, nikogo jeszcze nie ma. Prócz nas…

*

„Mob z tymi był trudny”.

Słowa te zostały powiedziane przez innych jeszcze ludzi, innych a tych samych, z którymi popołudniu byliśmy na przedmieściach. Było to to samo niedzielne popołudnie, wyszliśmy byli wbok od Bałut, staliśmy na wzgórku, mając przed sobą pola porżnięte wyrwami glinianek, popstrzone dachami domów. Przed nami jak pole bitwy była Łódź płaska i niska, za nami nowy kościołek Marysina. Słowa odnosiły się właśnie do ludzi z tych domów, w prawo od Bałut, między nami a zielonym zakosem toru kolejowego. Mówiąc o nich, moi rozmówcy mówili o mobilizacji. Tych ludzi zmobilizować, rzucić trzeciego maja na Piotrkowską było trudno. Ci ludzie byli bezrobotni.

Ci ludzie byli bezrobotni, i oto wielka rzecz w obrazie Łodzi, która wzbierającym ruchem nacjonalistycznym dziwi nietylko Hemara. Obecna walka rzesz robotniczych w Łodzi, walka najzupełniej zrozumiała, dążąca przez umowy zbiorowe o zagwarantowanie jednolitego poziomu płac, zapewnienia wszystkim dziś pracującym pośredniej gwarancji że i nadal pracę zachowają, ta walka jest obca a zaczyna być wroga całym masom ludzi, które my wciąż określamy terminem wspólnym dla całego „proletarjatu”, a które gospodarczo, a częściowo już i politycznie, wypadły z jego ram. Istnieje wielka klasa pracujących, która dopomina się o dalsze rozszerzenie swych praw, która ponownie będzie szturmowała do osiedla Mireckiego skąd ją wyparto, która będzie żądała więcej szkół, wyższych płac, mniej pracy, która będzie wołała o swój rząd robotniczo-włościański, jak kiedyś burżuazja chciała rządzić przez swoich ludzi. Rośnie druga klasa bez pracy i bez praw, klasa która jeśli ma pracę, to ta praca wyjęta jest spod wszelkich ustaw socjalnych i musi być wyjęta, bo to się dzieje za zgodą samych ludzi chcących pracować, aby wogóle nie umrzeć z głodu. Wszystko toleruje tę klasę. W Łodzi istnieje przemysł anonimowy. To taki przemysł, który za gotówkę kupuje surowiec, daje go przetkać po domowemu albo w wielkiej fabryce, potem niemniej anonimowo go sprzedaje, nie płacąc żadnych podatków, żadnych świadczeń. Uskarżają się na to fabryki, bo stwarza to nierzetelną konkurencję, ale fabryki biorą od niego zamówienia, byle w czasie kryzysu utrzymać ruch. W Łodzi, podobnie, istnieje cała anonimowa klasa ludzi, bezrobotnych całkowicie, niezauważona przez socjologów, niebroniona przez polityków, nieobjęta żadną ludzką normą i żadną formą organizacji. Być może że jest to dziwaczny nowotwór społeczny, który rozpłynie się w reszcie organizmu. Tak jak dziś jest jednak, jest to klasa społeczna osobna, klasa społeczna w momencie swego stawania się klasą. Jak robotnicy przed laty pięćdziesięciu, jak mieszczaństwo rewolucji francuskiej.

„Mob z tymi ludźmi jest trudny”.

Na przedmieściach Łodzi widzi się krzyże i obrazy na drzewach. To miasto wchłonęło w siebie pola i drogi polne, kładąc domy, gdzie były łąki, pozostawiając tylko drzewa i krzyże przydrożne. Czasem na przedmieściach Warszawy widzi się to samo. W niedzielę za miastem widzieliśmy ludzi z miasta, którzy wyszli nie poto aby się na trawie położyć bez ruchu, ale poto aby wyjść i patrzeć długo na pole. Tego mieszczuchy póki niema bławatków nie robią. To tylko dawny wiejski człowiek, wygnany do miasta za pracą, tak wychodzi sobie za przedmieścia popatrzeć czy dobrze wschodzi tej wiosny. Taśma ruchoma dziecinnych kolebek, jedyna w Polsce taśma której bieg nie uległ większemu zwolnieniu, wyrzuca rotacyjnie roczniki nowych ludzi na przeludnioną wieś. W Łęczyckiem, Częstochowskiem, Kaliskiem i Łowickiem przeludnienie agrarne, brak ziemi do parcelacji wogóle dosięga szczytu. Na płaskiej ziemi widne zdaleka kominy Łodzi – ciągną. Ludzie łódzcy i wiejscy błąkają się obco po ulicach wielkiego miasta, wokół fabryk gdzie inni walczą o lepsze warunki pracy, o szkoły, o rzeczy które dla nich będą dopiero dalekim etapem walki. „Tych ludzi zmobilizować trudno”.

Tych ludzi jeszcze teraz zmobilizować trudno. Robotnik, przyzwyczajony do wstawania na określoną godzinę, bo go woła fabryka, stanie regularnie w pochodzie majowym, wśród kolegów z tej samej fabryki. Robotnik wdrożony jest do organizacji partyjnej, lata związków zawodowych, prasa klasowa urobiły go solidarnie i karnie. Tu „mob” nie jest tak trudny do przeprowadzenia jak „mob” ludzi ze wsi, nawykłych do pracy nie liczonej godzinami, jak „mob” rozwłóczonych bezrobotnych, ludzkiego żelaziwa rdzewiejącego z braku pracy, niezdatnego na nic. Patos „owej chwili radosnej gdy senat i posły… zgodzonego z narodem króla fetowali”, to patos bardzo obcy tej nowej klasie społecznej. Nie zdołała jeszcze przemówić, nie ma swego hymnu, swego wodza, swego ideału, swego święta, swego godła. Zapożycza to wszystko od partji mieszczańskiej i inteligenckiej, odniedawna dopiero nasycającej się tak silnie elementem ludowym. Ale wzrasta z każdym rokiem i dniem kryzysu.

Wydawaćby się mogło paradoksem, a jednak jest faktem że dziś ustanie bezrobocia, ustanie kryzysu pracy w Polsce, likwidując bezrobotnych z urodzenia, wlałoby tę klasę spowrotem do szeregów klasy robotniczej, zasymilowało do tych ludzi, którzy w świątecznych odzieniach nieśli po Piotrkowskiej oblicza Caballera i Lenina. Wzrost zatrudnienia i dobrobytu wzmógłby, nie osłabił wpływy marxizmu, wpływy komunizmu. Ruch narodowy, t. j. nacjonalistyczny, przywykliśmy widzieć po prawej stronie barykady. W Łodzi, wszędzie gdzie bezrobocie nabrzmiewa najsilniej, wszędzie gdzie jedni wołają o lepsze warunki pracy, inni nie mają jej wcale, nacjonalizm przelewa się na drugą stronę barykady. Klasa zorganizowanego proletarjatu starzeje się społecznie, jak między 1789 a 1870 zestarzała się burżuazja. Nacjonalizm dzisiejszy, nacjonalizm starszych panów i młodych inteligentów, nie umie sytuacji tej należycie wyzyskać.

„My jesteśmy żółci ludzie z Łodzi”.

Musiano mi wytłumaczyć, co znaczą te słowa łódzkiego bezrobotnego. „Żółci ludzie” w nomenklaturze łódzkiego człowieka, to byli kulisi, marnie opłacany proletarjat chińsko-japoński, który niegdyś pracował w San Francisco, konkurując z proletarjatem stałym. Jak wiadomo, że ci „żółci ludzie” zostali usunięci na żądanie przedstawicieli partyj robotniczych. Ten co mi to mówił nie miał żadnych zainteresowań politycznych. Był kiedyś we Francji i wiedział że tam robotnik polski czy włoski jest także „żółtym ludem” i że zgoła go nie bronią, a raczej dążą do jego usunięcia francuskie partje robotnicze. Spotykał się z westfalakami i saksami, spotykał z wracającymi z Danji i wiedział że wszędzie robotnik polski jest „żółtym ludem” i wszędzie go wydalają. „Żółty człowiek” teraz jest w Łodzi. Tu dalej jest „żółtym człowiekiem”. Chodzi wokoło fabryk nie dla niego, pracy nie dla niego, praw nie dla niego, organizacyj nie dla niego. Zwolna zaczynają się w nim budzić przebłyski że jest osobną, inną klasą. I ze swego nędzarskiego niżu może, on jeden w Polsce, patrzeć z drwiącym uśmiechem na tych co o sobie śpiewają w pochodzie: „Wyklęty powstań ludu ziemi”… On może zapytać: „Kto tu bardziej ode mnie wyklęty?”.

Polityka partyj robotniczych, najzupełniej klasowo słuszna, umacniając pozycje pracującego proletarjatu, pogłębia, betonuje nowemi prawami, rów między dwiema częściami ludu. Każda nowa zdobycz ten rów pogłębia. Ku proletarjatowi zorganizowanemu i mającemu pracę wyciągają dziś ręce inteligenci, pracownicy umysłowi, pragnący aby i dla nich scementował ich prawa, umocnił pozycje, zachował posady. Otóż to. Jest to dziś działalność przedewszystkiem obrończa i zachowawcza, konserwatywna. Tym którzy niczego nie mają, którzy znajdują się w sytuacji proletarjatu z 1848 r., może odpowiadać tylko polityka zdobywcza, burząca, rewolucyjna. To nie oni będą kroczyli w pochodach. Ale tylko oni będą rzucali bomby.

*

Człowiek, który mi Łódź pokazał, poprowadził mnie na sam dworzec, wszedł na peron. Myślę, że kiedyś jechałem z komunistą rosyjskim przez Rosję, który mówił mi że jest w Polsce miejsce święte świętych rewolucji komunistycznej, ojczyzna męczennicy Róży Luksemburg, kraj bohaterów 1905 r. – Łódź. Nigdy mi w Polsce nikt nie mówił z takiem ciepłem o Łodzi co człowiek w pociągu Kursk – Moskwa. W Z. S. R. R. pisze się o tej Łodzi wiersze. A oto teraz nie wiem, kto bliższy jest dzisiejszej prawdzie Łodzi, oni czy ten człowiek który stoi przed oknem wagonu i mówi mi coś jeszcze, jeszcze i jeszcze. Że jego ruch się dźwiga, że jego ruch te masy wyzutych ze wszystkiego ujmie w cembrowinę organizacji, że z nich czerpie dziś swe kadry, że niemi walczy, że nic go nie złamie, że od Łodzi zacznie, że ma wieś. Myślę że Łódź jest jak te świątynie którym ręka zdobywcy może zamienić Ewangelję na Koran, krzyże – na półksiężyce, a w miejsce strącanych sierpów i młotów, nowe, nieznane nam jeszcze, postawić godła.

Ksawery Pruszyński

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close