Czarny ląd – Warszawa (cz. 2)
Młodzieniec żydowski wstępuje w świat

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

DO CHEDERU!

Oto mały chłopak żydowski przebrnął szczęśliwie przez niebezpieczeństwa obrzezania, wyzdrowiał, i doszedł do trzech czy czterech lat życia. Czy dane mu jest, jak innym dzieciom w jego wieku, w jakichkolwiek znajdowałyby się warunkach, wyzyskać tych parę pierwszych lat życia dla beztroskiej zabawy czy nauki w gronie rówieśników, która trwałaby umiarkowaną ilość czasu i dawała dziecku choć jakie takie podstawy do samodzielnego życia w przyszłości? Skądże! Rodzice-ortodoksi oddają go do chederu, sądząc, że szkoła religijna najlepszem będzie dla niego wykształceniem.

Mełamed wraz z uczniami w chederze

Mełamed wraz z uczniami w chederze (źródło: http://www.gfh.org.il/)

Nauka w chederach i talmud-torach obejmuje przedmioty judaistyczne i przedmioty ogólne, które są zresztą traktowane po macoszemu i którym poświęca się bardzo mało czasu. Z tem większym zato naciskiem kładzie się dzieciom w głowy mądrości talmudyczne, ucząc ich napamięć świętych wersetów i nieskończonych do nich komentarzy.

Czteroletnie dziecko, oddane do mełameda na naukę, umie tyle co umieją zwykle dzieci w tym wieku: niewielką ilość wyrazów, obracających się w zamkniętem kole pojęć, wyrazów, oczywiście, żydowskich, z małą domieszką słów polskich. Czy takie dziecko uczy się teraz po żydowsku czy po polsku, języków, z któremi się spotyka i będzie spotykało? Bynajmniej! Od dnia wejścia do szkoły zasadzą je do nauki hebrejskiego, i to wcale nie w tym sensie jak my rozumiemy nowoczesną naukę języka: dziecko będzie się uczyło alfabetu, żeby w ciągu dwuletnich mozołów posiąść trudną sztukę hebrejskiego czytania, nie rozumiejąc wcale słów, ani nie umiejąc ich napisać. Nieszczęśni malcy uczą się pokolei wszystkich liter alfabetu, które są dla nich niejako zawieszone w próżni i których wygląd nie przypomina im żadnego znanego słowa, poczem następuje nauka sylabizowania, tak że zanim przejdą do właściwego czytania, muszą już wykuć napamięć około pięciuset sylab, będących tylko pustemi dźwiękami. W tym okresie nauka religji ogranicza się do kilku modlitw, które się z nimi odmawia.

TALMUD SZEŚCIOLATKÓW

Zaledwie jednak, po dwóch mniejwięcej latach, więc w wieku lat sześciu, dzieci złożą chropawe i niezrozumiałe zgłoski w wyrazy, daje im się do nauki Biblję w całości, bez żadnych skrótów, Stary Testament czyli Humesz, a potem i komentarze do Biblji, które dzieci czytają i tłumaczą na żydowski. Jak wygląda to „tłumaczenie” Starego Testamentu z komentarzami – możemy sobie wyobrazić. Dziecko nie zna języka, z którego tłumaczy, ale to jeszcze nie wszystko. Dziecko nie zna nawet języka, na który tłumaczy, bo pojęcia, zawarte w Biblji, jej ciemny, wzniosły i patetyczny styl, jej archaizmy, jej dziwaczności i ogromny odskok w mrok ludów i wieków są mu całkowicie obce.

Rozumny i światły nauczyciel żydowski, który był moim przewodnikiem w tych zawiłych sprawach, dawał mi natychmiast ilustrujące przykłady. Otworzywszy ogromną, maczkiem zadrukowaną księgę, będącą podręcznikiem szkolnym sześcioletnich brzdąców, wybrał jedno z pierwszych zdań księgi Genezis, o stworzeniu ziemi i roślin. Cytując słowa „i rozsiewające nasienie podług rodzaju swego”, mówił z rozpaczą:

– I to mają rozumieć nasze dzieciaki, wychowane na podwórkach, w mroku olbrzymich kamienic? Czy rozumieją, co znaczy „rozsiewające”, co znaczy „nasienie”, co znaczy „podług rodzaju swego”? Cóż pomoże, czy powtórzą to za nauczycielem po żydowsku, czy po sanskrycku, jeżeli nikt im nie wytłumaczy, co to jest wogóle roślina?

Kiedy chłopak żydowski skończył lat osiem, uważa się, że wystarczającą ilość rozumów pojadł z Biblji i że czas mu przejść do Talmudu.

Nauczyciel, z którym rozmawiałam, otworzył swoją bibljotekę i wskazał na szereg potwornej objętości tomów, zajmujących trzy czwarte długiej półki.

– Oto Talmud, – powiedział, – a musi pani wiedzieć, że to co ja posiadam drukowane jest na najcieńszym papierze i małemi czcionkami. Gdyby ten Talmud wydrukowany był tak jak się drukuje książki do użytku szkół, zajmowałby tutaj dwie półki.

Uczniowie chederu czytający Torę; Polska, lata trzydzieste XX wieku

Uczniowie chederu czytający Torę; Polska, lata trzydzieste XX wieku (źródło: yadvashem.org)

Na moją prośbę, uczony wyjął jeden z tomów i otworzył go. Zobaczyłam najdziwniejsze w świecie wydawnictwo. Duże i małe litery, wszelkie rodzaje druku, tekst w kratkę, tekst napoprzek, tekst w ramkę, tekst prostokątny i kwadratowy, to wszystko przypominało raczej wiersze surrealistów, niż tradycyjną księgę narodu. Rozmówca mój wytłumaczył mi, że jest to wizualny sposób ułatwiający zrozumienie: drobne litery, tworzące skomplikowany ornament, a znajdujące się pośrodku, to zwykle sama „miszna” (święty tekst oryginalny) razem z króciutką „gemarą”, czyli objaśnieniem. Litery wokoło, tworzące szeroki margines, to późniejsze komentarze, a drobne znaczki i litery, wypełniające margines autentyczny, to znowu odnośniki do tych komentarzy!

Wyobraźmy sobie teraz tę księgę w ręku ośmioletniego dziecka. Już odszukanie wątku jednego z tekstów w tej gęstwinie rozmaitych liter jest poważną trudnością, jak mogłam zauważyć z owocnych zawsze, ale ciężkich prób mojego rozmówcy. Wybrawszy na chybił trafił jakiś tekst, uczony mówił dalej:

– Możnaby oczywiście wyosobnić z Talmudu teksty, odpowiednie dla małych dzieci, szczególnie jeżeli się zwrócić do „hagady”, czyli legend, pomijając „halachę” (przepisy), – nikt jednak tego nie robi. Mełamed nie ma ani dość inteligencji, ani wyrobienia pedagogicznego, żeby tu umieć cokolwiek zastosować. Uczy on dzieci w dalszym ciągu „czytać” i „tłumaczyć” – wszystko pokolei. Znajdują się tu takie przepisy: „Przedmiot, zgubiony przez nauczyciela, i przedmiot, zgubiony przez ojca: szukaj najpierw przedmiotu, który zgubił nauczyciel”.

Poczem zamknął książkę i podniósł na mnie rozumne oczy.

– Odpowiednia „gemara” wyjaśnia: „Ojciec bowiem dał ci życie doczesne, a nauczyciel życie wieczne”. I dalej w tym samym duchu: „Jeżeli nauczyciel i ojciec znajdą się w niewoli, wykupisz najpierw nauczyciela, jeżeli jednak ojciec cię również czegoś nauczał, on będzie miał pierwszeństwo”. Nadzwyczaj aktualna sprawa, to wykupywanie z niewoli, co? Założywszy nawet, że dzieci rozumieją, o co tu chodzi?

Teraz znowu otworzył książkę, i tak mówił dalej:

– Ale zaraz niedaleko mamy taki przepis: „Jeżeli kura zniosła w sobotę jajo, to nie wolno ci tego jaja w sobotę spożywać podług szkoły Szamaja, a podług Hillela wolno”. Gdyż komentarz głosi, że nie wolno w święto żadnego jedzenia przygotowywać, a zakłada się, że kura przygotowywała swoje jajko w sobotę, znosząc je. Co pani na to?

Milczę, zmiażdżona.

GOSPODARKA GMINNA

Kiedy jeszcze nie myślałam o tem, że wypadnie mi pisać o szkołach żydowskich, rozmawiałam z jednym z wysokich urzędników ministerstwa oświecenia o naszem szkolnictwie powojennem. W rozmowie padło słowo „cheder” – zapytałam o chedery. Usłyszawszy o stanie tych zakładów, które z trudnością można nazwać uczelniami, wyraziłam zdziwienie, że nauka nie jest zuniformizowana co do poziomu, jeżeli już jest powszechna i obowiązująca. Na to mój rozmówca, człowiek ostrożny i będący wówczas na posadzie, odpowiedział:

– A to jest właśnie taka dotąd nieuregulowana sprawa. Leży sobie naboku, i tak się jakoś składa, że nikt się nią nie zajmuje.

Bardzo mnie te słowa zastanowiły, i wyznaję, że do dzisiaj nie mogę ich zapomnieć. Już zresztą w owej chwili daleka byłam od myśli, że jakakolwiek sprawa w tej dziedzinie, i to sprawa, dotycząca miljonowej ludności, może tak sobie „leżeć naboku” i być zupełnie zapomniana. Komuś musiało na tem zależeć, żeby ją zawsze omijać, szczególnie jeżeli wypowiedzenia się na ten temat są tak zastanawiająco ostrożne.

Po dalsze informacje zwróciłam się do osobistości, która między honoratiorami żydowskimi zajmuje miejsce w pierwszym szeregu. Oczywiście, wnioski moje nie zawsze będą mogły iść po linji moich informatorów i często były, niestety, wręcz przeciwne, niż to co chciano mi powiedzieć, a raczej we mnie wmówić.

Rozmówca mój był rozgoryczony na panujące obecnie w Gminie stosunki, które scharakteryzował w sposób dosadny. W opowiadaniu jego, jak zresztą w opowiadaniach wszystkich, z którymi się później stykałam, powracały stale dwa czy trzy nazwiska ludzi, którzy prowadzą tę ciemną rzeszę, czerpiąc z tego wielkie znaczenie i duże osobiste korzyści materialne. Te dwie czy trzy osoby, to dostojnicy, biorący udział w przedsiębiorstwach dochodowych w wielu punktach kraju, nieraz mający sobie powierzone eksploatowanie przedsiębiorstw państwowych. Ponad głowami mas, ponad głowami małych, ciemnych, z zakręconemi włosami po obu stronach jarmułki, w długich kapotach Żydów, zawiera się wygodne umowy, składa daleko idące obietnice wzajemnego poparcia, tworzy dochodowe spółki, korzystając ze stanu, w jakim się znajdują i preliminując stan, w jakim jeszcze długo będą trwali, ku obustronnemu zadowoleniu.

Pan, z którym rozmawiałam, podał mi najpierw w kilku treściwych zdaniach historję szkół żydowskich wogóle, a w szczególności w Polsce. Słowo „cheder” oznacza właściwie pokój, tak jak dawna niemiecka nazwa szkoły „Stube”. Cheder jest niższą szkołą religijną, podczas kiedy wyższe wykształcenie w tym zakresie zdobywa młodzież żydowska w jeszybotach. Kiedy chedery były prowadzone przez osoby prywatne i za naukę w nich trzeba było płacić, gmina żydowska prowadziła t. zw. talmud-tory, bezpłatne szkoły religijne dla ubogiej ludności. Przed wojną protektorat nad talmud-torami objął jeden ze świetnych uczonych polskich pochodzenia żydowskiego; był to okres największego ich rozkwitu. Ograniczono wtedy liczbę dzieci w klasach, podniesiono poziom higjeny, zmniejszono liczbę godzin, a program szkoły, nie usuwając przedmiotów religijnych, starano się doprowadzić do programu ogólnokształcących szkół krajowych z obowiązkowym językiem polskim. Kiedy jednak znany profesor i uczony, znużony bezskuteczną walką, usunął się z zarządu szkół, poziom znowu się obniżył. Po wojnie szkoły powszechne i religijne zlały sie w jedno, co nie wyszło im wcale na dobre.

Ponieważ w Gminie przy ostatnich wyborach, które odbyły się przed trzema laty, wzięły górę najbardziej zacofane, wsteczne elementy, i nie zanosi się wcale, żeby coś się miało odmienić, we wszystkich poczynaniach Gminy panuje chaos, niszczy się systematycznie to co było dotychczas w szkołach pozytywnego, przeprowadza „reformy”, które cofają całą pracę wstecz, psując i tak wątłe możliwości porozumienia między ludnością żydowską a ludnością innych wyznań. Szkoły są brudne, lokale przeważnie zupełnie nieodpowiednie, dzieci przesiadują w nich do późnego wieczora od wczesnego ranka, tracąc zdrowie i odnosząc wątpliwe korzyści. Gorzej dzieje się na prowincji: w stolicy lokal szkoły musi być oddzielony od mieszkania nauczyciela, ale na prowincji często się zdarza, że dzieci siedzą przez cały dzień zamknięte w ciasnej i smrodliwej izbie, w której mełamed śpi w nocy z żoną, gdzie w łóżku leży kilkoro często chorych dzieci, a na kuchni smażą się śledzie i gotuje kapusta, wyziewając niesamowite odory.

– Jakto, – pytam się, – i na te szkoły są udzielane pozwolenia?

Mój rozmówca potakuje.

– Na wszystko się pozwala, nie patrząc. Każdemu dzisiaj wolno otworzyć szkołę i ogłupiać dzieci na swój sposób. Gmina żydowska na swój sposób, prywatni nauczyciele na swój, każdy znęca się nad żydowskiemi dziećmi jak można. Czy pani myśli, że przy otwieraniu szkoły żąda się jakichś kwalifikacyj? Bynajmniej! To wreszcie Gmina egzaminuje kandydatów, rząd nie wymaga żadnych kwalifikacyj.

– Niech pani się przejdzie po tych szkołach, – namawia mnie mój uprzejmy, wykształcony i miły rozmówca, – niech pani obejrzy. Potem powie mi pani swoje zdanie, jak to wszystko razem wygląda. Ale niech się pani przygotuje: pięknych lokali pani nie zobaczy. W zeszłym roku Gmina przyjęła wprawdzie na etat ośmiu nowych rabinów, ale na porządne budynki szkolne niema pieniędzy.

WĘDRÓWKA

Któregoś niedzielnego popołudnia, tak jak mi poradzono, rozpoczęłam moją wizytację żydowskich szkół. Podano mi kilka adresów. Na początek wybieram najgorszą z najgorszych, szkołę w najuboższej żydowskiej dzielnicy.

Jak we wszystkich domach tej dzielnicy, schody są potwornie brudne i potwornie ciemne; idąc, trzymam się śliskiej z brudu poręczy. Jakieś drzwi są szeroko otwarte: to tutaj. Kierując się wąską smużką światła z sąsiedniego pokoju, idę, wyciągnąwszy ręce i stawiając ostrożne kroki. Za tamtemi zamkniętemi drzwiami panuje nieopisany hałas; otwieram je, ale moje pojawienie się nie robi na nikim żadnego wrażenia. Kilkunastu małych chłopców, podobnych do niedźwiadków w swoich grubych ubraniach i włochatych czapkach, hałasuje, skacząc z ławki na ławkę.

Teraz, kiedy otworzyłam drzwi, widzę, że w ciemnym pokoju, przez który przechodziłam, stoi kilka ławek szkolnych, w przelotnym blasku ukazują mi się ich widma. A tam, te szklane drzwi z kratą wgórze, to zapewne kuchnia, gdzie mieszka nauczyciel, który teraz właśnie, smutny i obrośnięty rudym zarostem, idzie naprzeciwko mnie.

– Czy to są wszyscy uczniowie? -pytam.

Tak, to wszyscy, jest ich w tej chwili piętnastu. Kiedy mi to powiedział, odwraca się do dzieci i ,,sztyll” – nakazuje im wysokim, specjalnie na ten użytek postawionym głosem. Małe chłopaki niechętnie siadają w ławkach.

Mogę teraz obejrzeć lokal; te pokoje są bardzo duże, dzieci, skupione obecnie w kilku ławkach, wydają się zgubione w ich obszarze. Po suficie i brudnych, na kolor zsiadłej krwi malowanych ścianach wije się w fantastycznych arabeskach skomplikowany system sznurów elektrycznych i rur gazowych, które swoją potworną, podzwrotnikową plątaniną wyprodukowały drobne pąkowie jednej małej żarówki, zawieszonej nad katedrą wśród obwisłych sznurków, jak wśród ljan.

Uczniów było kiedyś o wiele, wiele więcej, ale czyż podobna mniej brać za naukę? Płacą przecież i tak tylko pięć czy sześć złotych miesięcznie, jak który może, to są dzieci biedaków. On sam musi też z czegoś żyć, a ta nauka zabiera mu cały dzień. Żona nie pracuje, bo chora, dzieci drobnych czworo.

Oglądam kajety, gdzie duże, dziecinne pismo kreśli raz polskie, raz żydowskie słowa. Pytam się, co umieją, ale oni po obiedzie uczą się tylko trochę pisać i modlitwy. Modlitwa wieczorna nazywa się „marow”. A możeby mi ten „marow” powiedzieli? Który jest najzdolniejszy?

ICH PIEŚŃ WIECZORNA

Rudobrody nauczyciel w szarym kapeluszu, z twarzą, która może się zaraz rozpłakać, ze źle ogolonym zarostem nad grubemi wargami, wskazuje mi miejsce na katedrze. Nie na tej dużej, gdzie leżą poskładane kapoty chłopaków, tylko na tej, koło pieca, która jest wąska, jak szkolna ławka. Milcząc, siadam na wskazanem miejscu, pod portretem Prezydenta. Zdejmuję rękawiczkę i dotykam ręką białych kafli pieca: jest zimny. Na katedrze stoi resztka obiadu nauczyciela: miska blaszana z blaszaną łyżką, w mętnej cieczy, która pozostała na dnie, pływa jeszcze jeden kartofel.

– Ależ w tym piecu dawno niepalono! – mówię.

Nauczyciel uśmiecha się z zażenowaniem. Chłopcy przegrupowali się już. Część ich odeszła na prawo, na inny komplet ławek, po lewej stronie pozostali więcej zaawansowani, którzy odmówią dla mnie „marow”. Przytulili się do siebie po dwóch, po trzech, z tylnej ławki przechodzi górą, wysoko podnosząc nogi w podartych buciorach, mała górka futra, kiedy tamci już śpiewają. Jedni kiwają się przed siebie i wtył, małemi, rytmicznemi, jakby już doskonale opanowanemi, naturalnemi ruchami, inni kołyszą się zboku nabok, jak wahadło wielkiego zegara. Ich recytacja, to posępna, ciemna melopea w takcie na trzy ćwierci, ich głosy podnoszą się i zniżają, gardłowo brzmią niespodziewane „ch” i łaskotliwe „ł”. Między małemi wargami z zaufaniem razporaz powraca imię boga.

Ale ta modlitwa ma aktorów, jak grecka tragedja, i jak tragedja najbardziej antyczna, aktora tylko jednego. Niespodzianie w monotonne głosy wpada wysoki dyszkant dziecinny, jak śpiew ptaka o nieznanej nazwie. Kołysząc się prędko wtył i wprzód, solista wywodzi odmienny rytm opowieści, kiedy tamte głosy milkną nagle, jakby ktoś klatkę zasłonił chustką. I znowu w pewnem miejscu, bez żadnego znaku ze strony nauczyciela, chór wpada aktorowi w słowo i zanosi się szerokim śpiewem, dźwięczną frazą muzyczną, rozkołysaną od głosów dziecinnych, jak dzwonki. Potem wszyscy razem milkną, tylko z ostatniego rzędu mały, czarnooki smarkacz wysuwa dwa palce znaczącym gestem, i krótko: „gaj” -mówi nauczyciel.

Patrzę się na twarze rozmaite małych dzikusów, i myślę, za jakie winy muszą tu siedzieć w mrozie, przy małej lampce, i wyśpiewywać dziwaczne melodie, poświęcając uczeniu się ich sześć godzin pięknego, dziecięcego dnia? Czapki na głowach, rojących się od wszy, zasmarkane nosy, skrzyżowane na plecach matczyne chustki, podarte buty i ta melodja, wyzywająca i smutna, która unosi się i trwa nad ich głowami jak dziwaczne jakieś, wieloczłonowe przekleństwo, z którego nie zdążyli jeszcze ani słowa zrozumieć?

BOGATA KONKURENCJA

W drugim domu jest konkurencja, bogata szkoła Gminy. Po całem podwórzu biegają małe chłopaki, chociaż jest bardzo ciemno i świetnie się można rozbić o wystające, ze wszystkich stron ściskające mury. Wchodzę po paru schodkach, kierując się głosami, na lewo napis „kancelarja”, gdzie wcale nie pukam, idę wprost do klas. Jasno tu, tłumnie, wesoło. W korytarzu jest długi, blaszany zlew, jak koryto, i nad nim krany z wodą. Nawprost drzwi do klas napisane „Oddział V” i drzwi otwarte naoścież. Kilkudziesięciu chłopaków tłoczy się w ciasnem przejściu, z właściwym dzieciom uporem, żeby wejść tam gdzie najciaśniej. Ledwie weszłam i stanęłam w progu, zaraz mnie otoczyli gromadą hałaśliwą, bujną i rozprawiającą tak głośno i w najwyższym stopniu jednocześnie, że naprawdę trudno zrozumieć i dosłyszeć własne słowa.

Jeden z chłopaków uchwycił się framugi okiennej i trzyma się jej z całej siły, ten chce być moim informatorem, zanic nie da się odepchnąć przez współzawodników. Ma lat trzynaście, sympatyczną i inteligentną twarz, jasne oczy. Pytam go się, co się tu dzieje, dlaczego tak krzyczą?

– Teraz jest przerwa, – mówi, – całe dwadzieścia minut.
– Jakto, – powiadam, – już przecież zaraz szósta. Jakim sposobem macie teraz przerwę, zamiast iść do domu?
– Bo lekcje trwają do pół do ósmej codziennie. Na obiad mamy dwie godziny, a od czwartej znowu lekcje. Wieczorem mamy religję i modlitwy.

W szkole jest pięć oddziałów. Zdaleka widzę kilka pokojów klasowych, na których wymalowane czarne rzymskie cyfry oznaczają stopień wiedzy, jak na termometrze.

Pokój mełameda - ekspozycja w Muzeum we Włodawie

Pokój mełameda – ekspozycja w Muzeum we Włodawie (http://commons.wikimedia.org)

Kancelarja, to duża izba, przedzielona napół balaskami i zastawiona najróżniejszemi meblami, między któremi stoją poważnie czcigodni mężowie z długiemi brodami, długiemi surdutami i dość długiemi na mój widok minami. Czy mamy sobie coś do powiedzenia? Myślę, że niewiele, toteż zadaję jakieś zdawkowe pytanie. Ale przemyślni mężowie nie chcą wdawać się ze mną w konszachty i odsyłaj mnie natychmiast po informacje do kancelarji Gminy, która mieści się przy ulicy Grzybowskiej. Dziękuję i wychodzę.

Dzielnica, gdzie pojechałam innego dnia, nie jest to bynajmniej dzielnica żydowska; fizjognomja jej nosi juz ten heterogeniczny charakter, jaki mają zwykle przedmieścia wielkich miast, swieżo zaludnione przez fantazję przemysłowców. Między ubogiemi, małemi domkami rybaków i piaskarzy stoją wysokie i smukłe spółdzielnie mieszkaniowe, uderzając w oczy, nawet o tej spóźnionej porze wieczoru, jakimś nowym szczegółem architektonicznym, albo wyrafinowaną, nowoczesną sylwetą. Jaśniej tu jakoś, czyściej, może dlatego, że powietrzem leci, pomimo zimy, surowy oddech świeżego wapna i nieotynkowanej jeszcze cegły. Ale ten dom, gdzie mieści się szkoła gminna, jest mały, ubogi, i odgrodzony od jezdni drewnianym płotem.

Wchodzę w wąskie i długie podwórze, gdzie przez niskie okna bije blask, jak od choinki. Przed oknami stoi kilkoro dzieci, płaszcząc nosy o szyby, przyłączam się do nich. Zaglądam w szybę: to siedzące w ławkach dziewczynki śpiewają chórem po polsku piosenkę o wiośnie. Duży, tęgi nauczyciel w kapeluszu chodzi przed ławkami i kiwa do taktu głową, a w miejscach wątpliwych przyłącza się do chóru swoim niskim basem.

Jak wszędzie w tych szkołach, tak i tutaj brudno jest niesamowicie, a ściany są tak wilgotne, że woda po nich ścieka. Wchodzę do kancelarji, oddzielonej od schodów tylko drewnianem przepierzeniem, i „zamówiwszy się”, jak mówią chłopi, paru słowami, siadam na krzesełku, dość skwapliwie mi podsuniętem. Podczas kiedy szukają między papierami potrzebnych mi informacyj, mam okazję spojrzenia na plan lekcyj, kaligraficznie dla chłopców i dziewcząt wszystkich oddziałów wypisany i wiszący na ścianie.

Lekcyj jest rano i popołudniu pięć, w niektóre dni cztery. Nauka trwa do pół do ósmej wieczorem, jak we wszystkich szkołach Gminy. W ciągu tych kilku godzin większa część czasu poświęcona jest przedmiotom judaistycznym. Plan zajęć brzmi mniejwięcej tak: „polski, arytmetyka, hebrejski, religja, Biblja”, albo też: „geografja, polski, religja, Biblja, żydowski”.

ALE UBIKACJI BRAK

W małej bocznicy znajduje się filja tej szkoły, tutaj uczą się mali chłopcy, kiedy dziewczynki wypchnęły ich ze swoich miejsc popołudniu. Inni przychodzą tutaj i rano, gnając do szkoły o jednej łyżwie po zmarzniętych rynsztokach przedmieścia. Wchodzę, pukam, nauczyciele w długich kapotach, w jarmułkach na głowie, ściany oblepione trądem rozdartych cegieł i osypującą się mularską zaprawą, dziury w podłodze zalepione gliną.

– Czyżby tu nie było ubikacji? – mówię, wskazując dwa kubły pod przykrywami, stojące przy ścianie.

Mełamed tłumaczy mi pośpiesznie:

– To czysta woda, niech pani spojrzy, czysta woda – i prędko podnosi pokrywy, pod któremi rzeczywiście znajduje się woda do picia. Tę wodę trzeba przynosić zdaleka, bo niema kanalizacji, a w podwórzu jest drewniana studnia z żórawiem i napisem: „Woda niezdatna do picia”. Więc i ubikacji swoją drogą niema, a uczniowie w mróz muszą biegać na podwórze do ogólnej i marznąć na wydmuchu szerokich śnieżnych pól.

I o parę domów dalej znowu szkoła. Cóż za dzielnica mądrości! Jest to prywatna szkoła religjna pana Patyka. Po ciemnych i z reguły brudnych schodach wchodzę na trzecie piętro i otwieram jakieś drzwi, za któremi słyszę głosy. Weszłam bezpośrednio do klasy, maleńkiego, jednookiennego pokoiku, gdzie wzdłuż stoją ławki, a w ławkach siedzą stłoczone dzieci, gdzie jest jasno a brudno, zimno a jednocześnie nieprawdopodobnie duszno, gdzie, co tu długo gadać, poprostu śmierdzi. Nauczyciel, patyk we własnej osobie: przechadza się przed frontem nieletnich skazańców, tym razem schludnie ubrany, w małej, czarnej czapeczce na głowie, jaką noszą pastorzy albo nauczyciele w Niemczech.

Usłużny właściciel otwiera drzwi do drugiego pokoju, też niesłychanie zapełnionego. Tam mieści się trzydziestu uczniów, tutaj, w tym korytarzyku raczej niż pokoju, dwudziestu pięciu. W dwóch ciasno zestawionych ławkach siedzą sobie nieledwie na głowach, nakrytych dla pewności futrzanemi, kopiastemi czapkami.

Temu nauczycielowi też się kiedyś lepiej, powodziło, miał mnóstwo uczniów, i szkołę prowadził nie tu wcale, ale na Bielańskiej, w eleganckiej dzielnicy, w śródmieściu. Potem musiał się przenieść i tu ma dużo uczniów, cóż, kiedy wiecznie zalegają z opłatą!

–  A ile płacą?

Uczniowie płacą ztoty tygodniowo, kto przyniesie złotówkę, ten ma prawo przez następny tydzień korzystać ze światła wiedzy, ale oni jednego tygodnia mają pieniądze od rodziców, a drugiego już nie, i tak co tydzień kontyngent się zmienia.

– A któż są ci rodzice?

Jak zwykle w tej dzielnicy, szewcy, krawcy, furmani, dużo furmanów. Ileż oni mogą zarobić? A prócz tego dzieci potrzebują przecież kajetów, elementarzy, piór, stalówek.

Rozglądam się po tym maleńkim pokoiku, chociaż na ciemnych ścianach oko nie ma się gdzie zatrzymać. Ach, tylko w tym kącie, zaraz blisko drzwi, wmurowana trójkątnie i nieszczelnie zamknięta drewnianemi drzwiami ubikacja, z której biją przerażające wonie, a zaraz obok kran ze stojącym na półeczce kubkiem do wody, który pracowicie ignorują uczniowie, czerpiąc wodę ustami wprost z metalowej rury.

– Czy pan zwraca uwagę, żeby dzieci były czyste?

– O, ja zwracam, bardzo zwracam!

ICH PIEŚŃ PORANNA

Zaaferowany i drobny w swojej czarnej czapeczce, chodzi wzdłuż i wszerz przed ławkami, uderzając razporaz drewnianą linijką o ławki. Opuszczam oczy i szukam śladów tej linijki na palcach małych delikwentów, ale te łapska są tak uniformowo zziębnięte i czerwone, że żadnych śladów dostrzec na nich nie można.

– Pomimo tych przeciwności już przecież umieją „marow”? – pytam się jeszcze.

– O tak, – odpowiada mi z dumą, – umieją już i „marow” i „minche”, zobaczy pani, jak ładnie!

Nie mówi się tego widocznie chórem, choć się może chórem uczy. Na znak nauczyciela wstaje w pierwszej ławce, zaraz zbrzega, mały chłopak, i patrząc w ziemię, pracowicie duka modlitwę. Nauczyciel przerywa mu od czasu do czasu, poprawia go swoim głośnym głosem, pobieżnie i surowo wpada mu w słowa. Malec jednak nawet wtedy nie podnosi oczu, tylko, jak rozpędzona maszyna, toczy dalej sypkie, miałkie słowa, kiwając się przytem miarowo wtył i naprzód.

Patrzę na tego chłopaczynę, zabiedzonego i tak chudego, że nawet kilka ciepłych kaftanów, których geologiczne warstwy, wyglądając jedna spod drugiej rozmaitym kolorem (czyż taksamo ubierano kiedyś ziemię, okrywając jej nagość rudem żelazem i białemi wapniami?), -jeszcze nie mogą zrobić z niego tłuściocha. Mój wzrok, nie zatrzymując się na spuszczonej głowie, okrytej tradycyjnie czapeczką, obsuwa się po kosmatych, nastroszonych łachmanach do dwóch wątłych i cienkich, dziecinnych nóg. Te nogi, widziane przeze mnie zgóry w dziwacznym skrócie, wydają się jeszcze szczuplejsze, wynikając z obficie opakowanego korpusu, a że stoją na zaplutej i brudnej podłodze trochę bokiem, niezdarnie ustawione, jakby nie miały wcale wspierać, wyglądają jak rybie płetwy.

Monotonna, wykuta na pamięć modlitwa „minche” skończona. Teraz się już nawet nie pytam, czy chłopiec ją zrozumiał. Żegnam nauczyciela, żegnam dzieci, którym nauczyciel komenderuje ,,wstać”, i nie czekając na skutki wykonania rozkazu, wychodzę.

ŚLADEM GOLEMA

Idę po stromych schodach, odgrodzonych od próżni wątłemi deseczkami ostrożnie stawiając nogi. Ale schodzę widocznie za nisko, choć byłabym przysięgła, że to mały domek i zgubić się w nim niepodobna. Nie mogę się doliczyć schodów, które prowadzą wgłąb, w jakieś nieoczekiwane czeluście.

Jestem nadole, przede mną wszystkie drzwi zamknięte i oznaczone wysokiemi numerami, mała, u niskiego sufitu zawieszona lampka oświetla je niepewnem światłem. Otwieram jedne z tych drzwi, może tu jest wyjście? W głębi, po podłodze, zarzuconej strużynami, porusza się trzech mężczyzn w futrzanych czapach i hebluje coś na dużym warsztacie. Na mój widok nie podnoszą głowy, jakbym była cieniem, tylko dalej oddają się swojej pracy.

Cofam się i zatrzaskuję drzwi za sobą. Otwieram następne. Siedzi tam przy małym, szewckim stołku dwóch ludzi, jeden mały i garbaty, drugi dziecko jeszcze. I ci, wcale nie zainteresowani mojem wejściem, nie podnoszą głowy od roboty, tylko monotonnie stukają młotkiem i mruczą coś półgłosem. Cofam się, nie znajduję wyjścia, plączę się pod tamtemi drzwiami w wiórach, które zdają się być tutaj jedynemi ożywionemi, choć nieżyczliwemi istotami, jest mi nieprzyjemnie, bo jeżeliby się zapytać kogokolwiek z nich, czy odpowiedzą? Czy nie są to manekiny, „roboty”, w których jakiś kabalista tchnął pozorne życie, jak rabbi Löw w swojego Golema, żeby mu pomagał przy spełnianiu cięższych prac w synagodze?

Chwilę tak stoję w niepewności, potem domyślam się, że zeszłam chyba nisko i jestem w piwnicy, ale tak mi nieprzyjemnie w tym półmroku, że boję się otworzyć trzecie drzwi, spoza których też słychać monotonne śpiewy. Przeskakując po dwa stopnie, wracam na górę – ach, i natrafiam na to wyjście, które w pośpiechu ominęłam. Czuję powiew świeżego powietrza. Jestem wolna!

Tak się przedstawiają pokrótce zdarzenia i przedmioty, które miałam możność oglądania w moich pierwszych wędrówkach.

Młody Żyd-ortodoksa, okaleczony fizycznie i moralnie, – wstępuje w świat.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close