Czarny ląd – Warszawa (cz. 5)
Business is business

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Od dłuższego czasu kilka naszych pism codziennych zamieszcza w każdym prawie numerze bądź króciutkie sprawozdania z sądów rabinicznych, bądź opisy jakichś nadzwyczajnych wypadków z dziedziny żydowskiego życia. Nie potrzeba chyba dodawać, że te wypadki i sprawy, dobrane na chybił trafił, podane bez wyboru i bez żadnego rozsądnego oświetlenia, są albo na najgrubszy efekt obliczoną sensacją, albo poprostu zastępują „kącik humorystyczny”. Wyrwane z całości żydowskiego życia, zadziwiają swoją egzotyką, ale jak wiele gazeciarskich konceptów, przyzwyczajają też do swojej nadzwyczajności, tępiąc niejako jej ostrze, i albo dają broń w rękę antysemitom, albo narzucają pogląd, że wszystko jest w porządku.

Do takich spraw, nietyle, jak się przekonamy, najcięższych, ile do najbardziej efektownych, należą sprawy o rozwiązanie małżeństwa, albo nadużycie przepisów kanonicznych z dziedziny małżeństwa. Pod tym względem prawo żydowskie ma swoje niezmiernie ciekawe furteczki i przejścia, starannie i nieraz bardzo pomysłowo przez wiernych wyzyskiwane. Przeważnie sprawy te oparte są na słynnem amerykańskiem ,,breach of promise”, tylko od obyczajów amerykańskich różnią się conajmniej tak jak Ameryka od naszego Czarnego Lądu. Pozatem tam poszkodowany jest zawsze mężczyzna.

Prawo Mojżesza przewiduje kilka sposobów zaręczyn. Jak pisze uczony Józef Goldszmit w swoim „Wykładzie prawa rozwodowego podług praw Mojżeszowo-talmudycznych”, małżeństwo zawarte jest i prawomocne, z chwilą gdy za zezwoleniem kobiety mężczyzna wręczy jej 1) pierścień albo pieniądz, 2) akt odpowiednio spisany, 3) jeżeli z nią żyje. Przy tem powinien wymówić uświęconą formułę: „tym pierścieniem i t. d. i t. d. odosabniasz się dla mnie sposobem przez Mojżesza i Izraela przepisanym”. Autor zaznacza też, że te sposoby zaręczyn, a właściwie już i małżeństwa, są i wydają mu się być tak proste, że prawdopodobnie pochodzenie ich, jako rytuału, jest dawniejsze niż prawodawstwo Mojżeszowe. Goldszmit przypuszcza, że Mojżesz zastał te obyczaje już zakorzenione i wobec tego że usunięcie ich zdawało mu się niepotrzebne i może nawet niemożliwe, włączył je do swojego ustawodawstwa. Dodaje przytem, że wszystko to miało jedynie na celu obronę interesów kobiety, która uważana była zawsze za żonę swojego uwodziciela. A jak to wygląda dzisiaj?

Noc. Dancing. Świetnie wymustrowany i wesoły jazzband gra sugestywne tańce. Przy stoliku bezrobotny pan Szymon Milchwasser, komiwojażer pan Mordka Flajsz i młodociany Waldemar Feldjeger piją z panną Różą Wajsblum, córką bogatego hurtownika skór. Pieniądze na dobry interes zawsze można znaleźć, więc wytwornisie nie żałują panience cocktaili, a tańczą wszyscy trzej też doskonale. W pewnej chwili, kiedy panna Róża ma już dobrze zamroczoną wytwornie ondulowaną główkę, pan Szymon wyjmuje z kieszeni przygotowany, w najwyższym stopniu gustowny, pierścionek i opowiadając pannie jakiś świetny kawał, np.: „Czy pani wie, jak brzmi formuła zaślubin?” i t. d, i t. d., wkłada jej pierścionek na paluszek. Panna Róża bardzo się śmieje, że to się wszystko tak ładnie odbywa, kręci główką i pierścionkiem, chce go zdjąć, potem jakoś o nim zapomina, idzie tańczyć, jeszcze pije – i sprawa załatwiona.

Jak załatwiona? Ano, na drugi dzień bezrobotny pan Szymon Milchwasser melduje się u bogatego hurtownika skór jako narzeczony, ewentualnie już i mąż, który chwilowo przez grzeczność uszanował wstydliwą cnotę. Kiedy go chcą wyrzucić za drzwi, zjawiają się, jak spod ziemi wyrośli, dwaj jego przyjaciele i składają uroczyste zeznanie, że małżeństwo zostało zawarte w ich obecności i że zbolałemu ojcu nie pozostaje nic innego jak pogodzić się z losem.

Po długich pertraktacjach przychodzi do najważniejszej sprawy: ile? No, i pan Szymon wygrał, bo suma, oczywiście, nie może być zbyt mała za udzielenie rozwodu tak przystojnej, miłej i posażnej panience jak panna Róża Wajsblum. Pan Szymon bardzo się martwi, bardzo ją kocha, bardzo mu trudno porzucić słodką nadzieję pożycia. No, ostatecznie, może pięć tysięcy? A może tylko dwa? To wszystko zależy od obustronnego wyrobienia w interesach.

Przy wszelkich tego rodzaju sporach najbardziej może zastanawiającą rzeczą jest sprawa sankcyj. Jakież tu są sankcje? Więc przedewszystkiem zabobonny strach przed złem okiem, przekleństwem, rzuceniem uroku, strach przed zaświatową mocą cadyków i podwładnych kabalistom demonów. Znana jest historyjka, że dwóch rabinów przechodziło drogą wiejską a zza niskiego muru ktoś im straszliwie wymyślał. Jeden z rabinów krzyknął: „Cicho, łotrze, bo mur zwali się na twoją grzeszną głowę!”. Ale drugi zaprotestował: „Daj spokój, ten mur się wcale nie zawali”. I zaraz rozniosła się po świecie jego sława jako cudotwórcy i proroka. Istotnie, mur się wcale nie zawalił. Groźby sił nieznanych, których interpretatorami na ziemi są cadykowie-cudotwórcy a których gniew objawia się na ziemi jako klęski żywiołowe, jak zaraźliwe choroby, posucha czy naodwrót, długotrwałe deszcze, są tak straszliwe, że aby je przebłagać, trzeba się uciekać do najdziwaczniejszych, najokropniejszych środków. Jednym z takich środków zapewnienia sobie szczęśliwości ziemskiej, podlizania się niejako mocom niebieskim, jest małżeństwo na cmentarzu, zawarte między prostytutką a warjatem, dobraną parą, wyszukaną między ubogimi gminy. Małżeństwa takie, przypominające sceny z demonicznej „Alraune”, zdarzają się istotnie jeszcze w naszych czasach. Takie zaślubiny opisuje Singer w swoim „Josie Kalb”, a dziecko spłodzone z takiego małżeństwa oglądała i dyskretnie ukazała Boguszewska w reportażu ze szkoły dla niedorozwiniętych („Wiadomości Literackie”, nr. 507).

Więc to jest jedna strona, pewna grupa sankcyj, ale druga grupa kryje w sobie jeszcze poważniejsze niebezpieczeństwa. Kryje w sobie zakaz handlu. Człowiek, który jest nie w porządku ze swoją władzą duchowną, może sobie poprostu odrazu umierać: nietylko że nikomu nie wolno mu będzie podać szklanki wody ani kawałka chleba, co w mieście mniej jest przerażające niż w małych skupiskach wiejskich, ale także dlatego że nikt nic od niego nie kupi i nikt mu nic nie sprzeda – a to równa się wyrokowi śmierci. Przesąd podaje tutaj zresztą pomocną rękę względom natury praktycznej: opłaty na rabinów, dowolne opodatkowanie się dla cadyków idzie w parze z przyjmowaniem rabinów i cadyków jako wspólników w interesach. Cudotwórca jest niejako ojcem chrzestnym interesów, patronem wyrębu lasów, skomplikowanych przedsiębiorstw rzeźnickich albo poważnych tranzakcyj bankowych. Jego ascetyczna osoba jest gwarantem, że interes musi się udać, jego kabalistyczna wiedza prorokuje haussy i baissy, jego oczy, spoglądając w zaświat, widzą pieniądze, jak krążą i przelatują niby ptaki, zbliżają się, zniżają, już chcą przysiąść, oddalają się znowu. Jego węch tropi je tam, jego zakrzywione palce ściągają ku sobie i ku temu, kogo otaczają opieką.

Jedną z podstaw ortodoksyjnej opinji żydowskiej jest niezwracanie się do obcych sądów, niemieszanie w swoje sprawy gojów. Co do tego, kto może być uważany za goja, znajdujemy w Talmudzie bardzo ciekawe wyjaśnienia. Gojem jest nietylko innowierca, ale także Żyd wychrzczony czy poprostu niedość gorliwie przestrzegający przepisów. Dla takiego Żyda niema mąk dość surowych i dość srogiego odnoszenia się bliźnich. Najlepiej jest poprostu wepchnąć go w dół, wykopany jako pułapka na zwierzęta, albo poprostu do studni, jeżeli zaś w studnię wpadnie przypadkiem, nie należy go ratować, przeciwnie, trzeba go nawet zwodzić, żeby go tam zatrzymać, póki nie umrze, czekając pomocy. Jeżeli zaś znajdzie się w studni, do której własnowolnie zeszedł w jakimś celu po drabinie i drabina stoi jeszcze koło niego, należy podejść do cembrowiny i powiedzieć tak: „Pożycz mi twojej drabiny, bo muszę iść na dach po moje dziecko, które się tam wdrapało i nie potrafi samo zejść”. Poczem trzeba drabinę zabrać i schować. Oczywiście, te barbarzyńskie sposoby nie są już teraz stosowane: na opornych są inne represje, przeważnie finansowe. Niektórzy rabini utrzymują nawet, że słowo „goj” nie dotyczy wcale chrześcijan, którzy też się modlą do jedynego Boga.

Słowo „goj” utarło się jednak w potocznej mowie i służy jako określenie człowieka wyznania innego niż izraelickie. O ile jednak dla gojów należy mieć wzgardę i można nawet w pewnych warunkach pozbawić ich życia (słynna była przed pewnym czasem historja starca-Żyda, który zabił swojego syna na nieposłuszeństwo przepisom religijnym), o tyle też można się nimi posługiwać w innych znowu wypadkach, żeby sobie ułatwić życie, a co za tem idzie, handlowanie. Jeżeli bowiem w religji żydowskiej istnieją całe tysiące zakazów – istnieją też odpowiednie tysiące wskazań, jak je należy omijać.

Jedną z najdraźliwszych spraw jest święcenie soboty. Wszystkie kraje, w których znajdują się rozproszeni, święcą niedzielę, a mało który kraj jest tak liberalny jak Turcja, świętująca w zacnej bezczynności trzy dni w tygodniu, żeby nikogo nie urazić: piątek, sobotę i niedzielę. Te dnie świąt są straszną pokusą dla Żydów, którzy tracą wtedy zarobek, święcąc dwa dni w tygodniu zamiast jednego. Przepisy, dotyczące święcenia soboty, są niezwykle ostre i bardzo drobiazgowe. Przytem, obserwując te przepisy niejako w ruchu, patrząc się na ich kinetykę, musimy zauważyć, jak one, drobne z pozoru, puchną potem gwałtownie, i rozrastają się do olbrzymich, potwornych rozmiarów, żeby znowu, przekłute, opaść i zmaleć. Z każdej bowiem zasady wynika zakaz, który znów ze swej strony zostaje zniwelowany komentarzem. Tak więc, prawo Mojżesza zakazywało przenoszenia w sobotę ciężarów, z czego wydedukowano, że nie wolno też mieć przy sobie chustki do nosa. I już trzebaby było chodzić zasmarkanym do końca dni swoich, gdyby znowu dobrotliwy komentator nie uspokoił, że można mieć w ten dzień przy sobie chustkę, ale uwiązaną u ręki albo przepasaną w pasie. Bóg bowiem może się na tem nie poznać i będzie ją uważał za pas albo rękawiczkę, a obie te części garderoby są w sobotę dozwolone.

Nie wolno też w sobotę oddalać się dalej od domu niż o dwa tysiące łokci, ale wolno co dwa tysiące łokci zakopać do ziemi trochę chleba, a wtedy już tam, gdzie jest chleb, jest właśnie dom, od którego można odejść o nowe dwa tysiące łokci. W sobotę nie wolno budować domu, a więc nie wolno też nosić parasola, bo parasol, to ruchomy dach nad głową. Były czasy kiedy się zastanawiano, czy w sobotę wolno nosić kapelusz z szeroką kryzą, bo przecież taka kryza, to także dach.

Znałam sama ubogą Żydówkę, która przynosiła moim znajomym papierosy. Kiedyś musiała przyjść w piątek: pani zastała ją, wychodząc późnym wieczorem z domu, stojącą głodną i zziębniętą, koło bramy. Był sabat, dziewczynie przepisy religijne zabraniały zadzwonić. Jeżeli jednak tak wielu rzeczy nie wolno robić w sobotę, że niema już do nich dość liberalnych komentarzy, – znajduje się na wszystko jeden uniwersalny środek: tym środkiem jest zatrudnienie goja, właśnie takiego osławionego „szabesgoja”, który jest wymarzonem wyjściem z każdej trudnej sytuacji. Wszystko co ten różnowierca robi dla Żyda w sobotę robi nibyto dla siebie – i sprawa załatwiona.

Jest i inny uniwersalny środek na sobotę, a środek ten, o ile sobie przypominam, był mocno dyskutowany w Warszawie lat temu kilkanaście. Ten środek, to magiczny „ejruw”. Jak wiele innych, jest to znowu uzupełniony zakaz. Mianowicie, do wielu sobotnich udręczeń dochodzi i to także, że w sobotę wogóle nie wolno pracować. Sformułowane to jednak jest w ten sposób, że nie wolno przenosić ciężarów z miejsca na miejsca. „Miejsce” jednak, to dom, znaczy więc, mówi uczony komentator-talmudysta, że w domu wolno przenosić ciężary. Cóż to jednak jest dom? Rzecz, otoczona murami, mur jednak murowi nierówny. Stąd już prosty wniosek, że wystarczy pewne skupisko domów otoczyć np. drutem, żeby to całe, wielkie często, skupisko tworzyło jeden wielki dom, w którym już wszyscy Żydzi mogą się swobodnie poruszać i robić, święto nie święto, co im jest tylko wygodne i potrzebne.

Któregoś dnia – jest to na szczęście piątek rano – wybieram się do dzielnicy żydowskiej, ot tak, żeby przejść po ulicach, pochwycić na gorącym uczynku codzienne, żydowskie życie. We dwie z moją przyjaciółką idziemy, wybierając słoneczną stronę ulicy, bo chociaż to wiosna i słońce grzeje, w cieniu jest jeszcze chłodno. Roztargnionemi oczami patrzymy na pstrokate szyldy, których tu tak dużo jak na żadnych innych ulicach: nietylko sklepy, ale i bramy są niemi ozdobione. Najmniejsze sklepiki są często podzielone na mniejsze jeszcze cząstki, żeby jaknajwiększa ilość handlujących różnorodnemi towarami mogło się tu pomieścić. Bramy domów są poprostu z obydwóch stron wytapetowane temi napisami aż dogóry, czerwoność i zieloność uwydatnia tem bardziej olbrzymie napisy ułożone z łacińskich i żydowskich liter, z których jeden stara się wynosić nad drugi, z których każdy na własną rękę niejako już prowadzi konkurencyjną robotę. Jest coś żywego w tych szyldach; obrazują w naiwny sposób ostrość walki o byt, starają się same sobą zabawić, zaciekawić, zatrzymać, przyciągnąć. Do liter przykładają się żwawo obrazy: tutaj ogromna biała gęś, syntetycznie wymalowana, wysiaduje troskliwie napis „puch i pierze”; tam reklama kawiarni czy lodów: olbrzymi murzyn, wycięty z dykty, połyka żarłocznie różnokolorowe kule lodowe; tu znowu koszerna jadłodajnia, wymalowany za szybą niebiesko ubrany łakomczuch z potwornie zezowatemi oczami, który dłońmi, niewiadomo dlaczego skrzyżowanemi na brzuchu, i wyciągniętemi wskazującemi palcami ukazuje dwóm przeciwległym stronom świata dwa w dwóch językach wydrukowane jadłospisy.

Prawie kroku niepodobna zrobić, żeby zaraz nie przyplątał się jakiś mały pośrednik: tu właśnie, o trzy domy dalej, jest wielki skład handlowy, który zajmuje cztery pokoje i w którym jest wszystko. Ledwośmy go odgoniły, zjawia się drugi, a jego propozycje przekraczają najśmielsze marzenia: jego mocodawca posiada czego dusza zapragnie, i to po najniższych w Warszawie cenach. Jeżeli, znęcone jego propozycjami, wejdziemy do sklepu, przystanie chwilkę za drzwiami, żeby odebrać swój groszowy procent, poczem dopędzi nas i skieruje do drugiego znowu składu, z którym też ma umowę.

Proponują nam rozmaite rzeczy, ale tylko nie to o co nam cbodzi; poszukujemy mianowicie tutejszych dewocjonalij. Jeszcze kilkanaście domów, i oto napis: pracownia tałesów. Wchodzimy do tej pracowni.

Brudne schody, zasypane gruzem. Na półpiętrze żelazny piecyk, oblepiony wapnem, drzwi do mieszkania otwarte. Czyż to pracownia? Małe pomieszczenie, przedzielone napół drewnianem przepierzeniem, za ladą, która znów dzieli jedną z tych połów, cała rodzina je obiad. Na nasz widok odkładają miski i wszyscy – ojciec, matka, dwoje dzieci – nawyprzodki pokazują swój towar, ulokowany w jednej niedużej szafie.

Przykro nam, że przerywamy im jedzenie i zwodzimy nadzieją sprzedaży, ale niema na to rady. Oto już rozkładają przed nami wszelkiego rodzaju tałesy, od najtańszych do najwytworniejszych, tałesy w czarne pasy i tałesy w granatowe pasy, tałesy ze sztucznego jedwabiu i tałesy z najczystszej wełny.

Taki tałes, to szeroki pas, jakby ręcznik olbrzymiej wielkości, zakończony szerokiemi ciemnemi pasami i frendzlą. Cena jego waha się od kilku złotych do złotych trzydziestu, jeżeli wełna jest wyjątkowo cienka. Jedne mają po sobie napisy hebrajskie w otokach, inne są gładkie. Do wykończenia tałesu służy szeroka biała wstążka z wyhaftowanemi maszynowo pięciopromiennemi gwiazdami: przyszywa ją się u szyi żeby się nie brudziła. Do co dziennego noszenia dla pobożnych służy tałes-kuten, jakgdyby śliniak opadający na piersi i plecy, z otworem na głowę. Tkany taksamo w czarne pasy. Sprzodu i styłu po obydwóch bokach ma cztery dziurki obrobione starannie jedwabiem, przez które przewleka się bawełniane lub jedwabne „cyces”, długie frendzle z misternie zawiązanym węzłem.

Ta uboga rodzina ma wszystko co jest potrzebne do modlitwy. Prosimy jeszcze o „tefilim”, lub jak tu piszą, „tfilon”, i dają nam pięknie wykonane, znowu od najwytworniejszych do najtańszych. Ponieważ nikt nie protestuje biorę je w rękę: to dwa przedmioty z pozoru drewniane, z kształtu podobne trochę do hiszpańskich kastanjetów dwie płaskie, u jednego końca zwężone deszczułki, mające po sobie dwa jakgdyby rogi w kształcie sześcianów. Całość jest tak pięknie wykonana, tak wypolerowana i gładka, że myślę, iż mam do czynienia z hebanem: dwa rogi mają specjalnie zrobione dwa kolorowe futerały z napisami, który ma być po prawej, a który po lewej stronie. Udołu dwa otwory do przewlekania rzemieni. Pytam się naiwnie:

– Jakie to drzewo?

I okazuje się, że to wcale nie drzewo, tylko tak zmyślnie dopasowane do siebie

i wypolerowane kawałki skóry, to właśnie jest przepisowy materjał na tefilim. Odwracam je spodem dogóry: jest tam, przytwierdzona szerokiemi ściegami, przezroczysta błona czy znowu specjalnie wyprawiona skóra, pod którą widać napisany na papierku i w tutkę skręcony święty tekst.

Zboku, na jednej wystającej części tefilim, wyrobiony wypukło znak, jakgdyby trzyramienny świecznik.

– Co to jest? – zapytuję się.

Niebardzo mi to umieją wytłumaczyć.

– To „szyin”, Bóg – mówi wreszcie stara kobieta.

Proszę jeszcze, żeby mi dano „mezuzę”. Wszystkie te przedmioty, oglądane zbliska, wyglądają zupełnie niespodziewanie i często inaczej, niżby się je sobie wyobrażało. Tak, to chyba bajka, że „mezuza”, dziesięcioro przykazań, musi być wypisana ręcznie na pergaminie, może taką mają bogacze, których stać na oddanie tej pracy jakiemuś wprawnemu i pobożnemu „sojferowi”, żeby im to wymalował. Przykazania, jakie mi pokazują, złożone są całemi pęczkami i opasane gumką, po sto: wypisane są poprostu na małych kawałkach kratkowanego papieru maszynowem pismem, przez kalkę. To co się wiesza na drzwiach wygląda znowu inaczej i bardzo drogocennie. Widziałam kiedyś mianowicie (czy nie w instytucie radowym w Rio de Janeiro, podczas pobytu tam Curie-Skłodowskiej?) odrobinę radu, zamkniętą w metalowej rureczce. Te dziesięcioro przykazań wyglądają teraz taksamo: pisaną ma maszynie karteczkę zwija się w trąbkę i wkłada w maleńki, podłużny futeralik, zrobiony częściowo z przezroczystego celuloidu, a częściowo (górna część) z aluminjum. Obie te części zasuwa się w jedną stronę, jak piórnik. (Czuję, że skojarzenie z radem nasunie tutaj ludziom prawdziwie pobożnym piękne porównanie, ale za to już nie mogę wziąć odpowiedzialności).

Dewocjonalja żydowskie w porównaniu do innych wyznań są ubogie – w religji Mojżeszowej nie wolno wyobrażać Boga w postaci człowieka, taksamo jak prawowiernym nie wolno się wogóle fotografować. Dzisiejsi rzeźbiarze i malarze pochodzenia żydowskiego na skutek tylko wykonywania swojego zawodu są już dla ortodoksów wstrętni, chociaż w małych księgarenkach w dzielnicach żydowskich widać czasami w oknach podobizny zasłużonych ludzi, które widocznie ktoś kupuje.

Mieszkając na wsi zetknęłam się osobiście z pewnym zwyczajem, ułatwiającym Żydom handlowanie. Całe warstwy inteligencji miejskiej stykają się tylko z Żydami miejskimi i znają ich praktyki, albo też mogą ich nie znać – nie tak jest na wsi. Tam między zrujnowanymi w obecnych warunkach dziedzicami a osiadłymi małorolnymi Żyd z miasteczka jest najzupełniej obcą i tajemniczą osobistością. W mieście robimy wszyscy to samo, różnice między nami zacierają się, kanty ścierają wskutek ustawicznego chodzenia koło siebie. Wieś dopiero produkuje te niezliczone dziwolągi, te pojedyńcze egzemplarze człowieka, w których odbija się i egzaltuje samotność. Trudna komunikacja, niski poziom życia, brak elementarnych wygód, brak towarzystwa, rozmów, wymiany intelektualnej – wszystko to składa się na produkcję tych dziwadeł, które rosną przy wiejskich drogach. W tych specjalnych warunkach Żydzi małomiasteczkowi, tworzący znowu, w przeciwieństwie do gospodarzy wiejskich, zwartą i solidarną masę, różniący się przytem całkowicie mową, zwyczajami, strojem, zawodem – są odrębnem dziwadłem, prowokującem wrogi stosunek i wrogo usposobionem nawzajem.

Zgrubsza przedstawia się to tak: gospodarz produkuje, Żyd sprzedaje. Czy chodzi o owoce, czy o zboże, czy o kartofle, czy o cielę, czy o wysłużoną krowę – gospodarz wyprodukował, ale sprzedać bez Żyda nie potrafi. Winą jest brak środków komunikacji, naściślejsze związanie gospodarza z ziemią przy prymitywnych, ciągle ludzkiej ręki wymagających sposobach uprawy roli, fatalna organizacja naszych gospodarstw rolnych i pracy na roli, niedołęstwo samorządów i spółek obywatelskich. Ten osiadły, związany, potrzebuje tamtego – komiwojażera jego towarów. I komiwojażer się znajduje, chętny, ruchliwy, obrotny.

Spędziłam kilka pięknych lat życia na zapadłej wsi, oddalona oceanem światów od każdego centrum kultury, zgubiona w trudnych warunkach prawie chłopskiego życia, o trzydzieści sześć kilometrów od Warszawy. Poznałam wtedy dokładnie i na własnej skórze, co to jest zorganizowany handel i zorganizowani pośrednicy. Poznałam ich, czy to wtedy, kiedy jechałam z końmi jesienią na jarmark do oddalonego o czternaście kilometrów miasteczka, czy to wtedy, kiedy wiosną próbowałam wydzierżawić sad. Na wozie bez resorów, skulona w słomie i przemoczona, marzłam godzinami, wyczekując na kupców, którzy radośnie bywali od rana zapowiadani przez mojego pośrednika, i nieraz zdarzało mi się, szarym zmierzchu, wracać z temi samemi szkapami do domu, bo nie decydowałam się ich sprzedać po cenie, jaką mi dawano.

Kiedyś właśnie przy okazji sprzedaży kilku rasowych krów, których wtedy jeszcze byłam szczęśliwą posiadaczką, kiedy się już ostatecznie okazało, że nie poradzę sobie bez mojego codziennego Mordki, wezwałam przez parobka Mordkę, ale innego, z drugiego miasteczka. Nie przyjechał. Pracownik, który mi był bardzo oddany, powiedział po powrocie:

– Dowiedziałem się w miasteczku, że żaden inny do pani dziedziczki nie przyjedzie, tylko tamten Kugelkopf. On ma na panią dziedziczkę „chazukę”.

Usłyszałam wtedy to słowo, które coprawda przypomniało mi coś przeczytanego czy posłyszanego dawniej. Zachciało mi się zgłębić jego znaczenie, zdaje się zresztą, że mówiłam o tem ze śmiechem sąsiadom. To, że ktoś ma na mnie „chazukę” wydało mi się niesłychanie, jak mówią Amerykanie, „exciting”. Dopiero potem okazało się, że to rzecz bardzo poważna, że nikt inny nie będzie mógł ze mną handlować, że muszę poddać się cenom, jakie mi zostaną podyktowane. Na najbliższym jarmarku Mordka Kugelkopf odpędzał własnoręcznie ode mnie innych kupców, którzy mogliby mu popsuć ceny, mnie mówił, że tamten kupiec nie ma wcale pieniędzy i tylko tak mile sobie żartuje, a zgromadzeni przy nim współwyznawcy wcale niedwuznacznie grozili intruzowi pobiciem.

„Chazuka”, to jakgdyby wykupiony na prawo handlu z daną osobą czy majątkiem monopol. Ażeby taką „chazukę” otrzymać, trzeba podobno wpłacić w miasteczku pewną określoną sumę pieniędzy, a sam rabin wtedy staje się gwarantem, że nikt płacącemu w drogę nie wejdzie. Pieniądze określa się procentowo jako wartość stałą, stanowiącą część przewidywanego zarobku. Wpłacający oczywiście zarabia na tem, bo żaden inny kupiec nie wchodzi mu w drogę, usunięcie konkurentów pozwala utrzymać ceny na niskim poziomie, ewentualnie nawet wziąć klienta głodem, dyktować nietylko ceny, ale i czas zawarcia umowy. Żydzi przestrzegają takich umów bardzo ściśle, wiedząc, że co dziś mnie, jutro tobie. Rabin wzywa zresztą na opornych współpracę wszystkich sił zaświatowych, któremi rozporządza, a w zanadrzu chowa inne represje, co równa się nędzy.

Każdy rozumie, że wszystkie te praktyki są możliwe tylko w kraju ciemnym i niekulturalnym, że zwalczanie ich jako takich nie ma wogóle sensu, że są produktem a nie przyczyną. Demagogiczne uogólnianie ich w ten sposób, że Żydzi sprzedają sobie całe miasta („ejruw”), albo że handlują chrześcijanami („chazuka”), stoi właśnie na poziomie tych praktyk. „Chazuka” zresztą jest szeroko praktykowana między sprzedawcami gazet, którzy też sprzedają sobie rogi ulic, a w stanie wysokiej sublimacji produkuje monopole i trusty.

Wanda Melcer.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

1 komentarz

  • Meglila 21 maja 2016 at 13:35

    Zdumiewajace, ze dotarla do ksiazki Singera wydanej w USA w 1932 (a przetlumaczonej na polski i wydanej dopiero w 1961) .

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close