Czarny ląd – Warszawa (cz. 6)
Religja i befsztyk

(Z cyklu: Reportaże „Wiadomości Literackich”)

Koło nas, w najbliższem naszem sąsiedztwie, dzieją się rzeczy tak zadziwiające, że prawie niedouwierzenia. Niewiadomo też, co bardziej w tym wypadku podziwiać: czy przerażające właściwości przedmiotów i zdarzeń, z któremi stykamy się codziennie, czy ogrom naszej obojętności i braku zainteresowania, prawdziwy mur nieświadomości, którego przebijać nikt sobie nie życzy. Zająwszy się dalszemi losami wyprodukowanego przez wieś bydła, a więc sprawami rzeźni i rytualnego uboju, rozmawiałam potem z naszymi społecznikami: nikt prawie o tem nie słyszał.

Ubój rytualny? W Warszawie niema innego uboju. Tak, trzeba to jeszcze raz powtórzyć: w Warszawie niema innego uboju. My wszyscy, jak jesteśmy, chrześcijanie i Żydzi, miłośnicy zwierząt i ci, których to nic nie obchodzi, pobożne paniusie, zakonnice w klasztorach, dzieci w przytułkach, słowem, wszyscy, jemy mięso zwierzęcia, które konało w męczarniach, mięso zwierzęcia, które zarżnął brodaty rzezak, szepcząc nad niem rytualne zaklęcia, mięso pełne magicznych właściwości.

Tyle strasznych rzeczy dzieje się wkoło nas, przeciwko którym nikt nie protestuje, ba, które są przez wszystkich popierane, że naprawdę trudno się dziwić ludziom którzy są na wszystko obojętni. Wiemy dobrze, że nasze towarzystwa ochrony zwierząt są zbyt słabe (choć obecnie przy Lidze Ochrony Zwierząt powstaje sekcja uboju humanitarnego) i że nie mają żadnego wysokiego poparcia, wiemy, że naogół wziąwszy, Polacy zwierząt nie lubią i źle się z niemi obchodzą, że więc obraz ich krzywdy nikogo nie poruszy. To wszystko wiemy. Ale gdzież są nasi religjanci, gdzie są ludzie pobożni, gdzie są ci, którzy wierzą w nadprzyrodzone właściwości pobłogosławionego chleba czy napoju? Myślę, że tutaj naprawdę wszyscy byliby po ich stronie, że nie byłoby tak zażartego wolnomyśliciela czy o zgrozo, masona, który nie poparłby ich zamierzeń. Jakże piękna, jakże prawdziwie chrześcijańska okazja do wystąpienia w obronie nieludzko dręczonego, niewinnego zwierzęcia! Gdybym była praktykującą chrześcijanką, niktby mnie nigdy nie zmusił do zjedzenia kawałka mięsa, nad którem duchowny innego wyznania mamrotał swoje modlitwy. Ale u nas – wszystko uchodzi. W takiej sprawie nabożnisie milczą a żaden biskup nie rozsyła okólnika do podwładnego sobie duchowieństwa.

Rzeźnia warszawska znajduje się na Pradze, jest przerobiona z dawnych zakładów przemysłowych „Wulkan” i ma urządzenia niesłychanie prymitywne. Zresztą zajmuje duże przestrzenie, kilkanaście wielkich budynków, i zatrudnia kilkuset robotników. Jeżeli wyjść przez drzwi, zamykające stację badania mięsa, – jest się odrazu na wale usypanym nad Wisłą, widzi się rzekę, trawę, oddycha się świeżem powietrzem. Jeżeli wyminąć rzeźnię cieląt – jest się na łące, za ogrodzeniem jest bocznica kolejowa, dowożąca mięso uboju zamiejscowego, a pod szopą widać bydło, krótko uwiązane za rogi do drewnianych przegród, które czeka właśnie także na swoją kolej, niestety, kolej do śmierci.

Rozmawiałam z bardzo miłymi i eleganckimi panami w biurach, którzy byli łaskawi udzielić mi wszystkich informacyj a potem wydzwonili kogoś z terenu, kto miał mnie oprowadzać. Muszę tu dodać że wszyscy bardzo się bali, czy nie zemdleję, czy obejrzenie w drgawkach śmiertelnych tego mięsa, które w południe miewam na talerzu, nazbyt mnie nie wzruszy. Ale ja widziałam już także umierających ludzi, byłam, chociaż krótko, w szpitalu, gdzie konali żołnierze. Nie zdaje mi się przytem, żeby człowiek miał prawo uchylać się od jakiegokolwiek widowiska, które charakteryzuje jego epokę, wzbraniać się od spektakli, z których pośrednio ciągnie korzyść, odrzekać się ludzi, którym powierza spełnianie za siebie jakiejś odrażającej pracy.

Już odrazu, kiedy wszedł do gabinetu ten pan, jak wszyscy tutaj miły, elegancki i jak mogłam zauważyć, doskonale mówiący po francusku, poczułam straszny i zadziwiający zapach, którym widocznie była przepojona jego robocza kurtka. Starałam się poznać, co to tak pachnie, bo natężenie tego zapachu było właściwie chemiczne, i pomyślałam, że to widocznie jakiś nieznany mi środek dezynfekcyjny. Potem zeszliśmy po zasłanych chodnikami schodach i wyszliśmy na wielkie hale, nakryte dachem i ze wszystkich stron otwarte, gdzie stały wózki, bądź pełne mięsa, bądź na to mięso oczekujące. Pomimo bardzo wczesnej godziny porannej ruch tu był ogromny, kręciło się mnóstwo robotników, niosąc narzędzia zwierzęcej śmierci, tocząc beczki z krwią, – a między nimi chodzili też kupcy-hurtownicy, często Żydzi, i rzezacy gminni.

Wyminąwszy te hale i jatki dla hurtowników, weszłam z moim towarzyszem do wielkiej hali gdzie zabijano woły. Po drodze tłumaczono mi wymagania uboju rytualnego, które już zresztą znałam skądinąd. Przedewszystkiem więc zwierzę, przeznaczone na taki ubój, nie może mieć żadnych zadrapań, uderzeń, ani innych obrażeń cielesnych. Następnie zasadą uboju jest, żeby zwierzę doszczętnie wykrwawić, żeby cała krew spłynęła. Wreszcie dokonywa się zarżnięcia zapomocą przecięcia tchawicy i arterji gardła, przyczem cięcie zrobione być musi jednym ciosem, i to tak precyzyjnie wykonanym, żeby rana miała określoną długość, ani centymetra mniej, ani centymetra więcej. Powiedzmy więc odrazu to co już wielokrotnie było zarzucane rytualnemu sposobowi zabijania, zawsze, niestety, bezskutecznie: odbywa się – w sprzeczności z własnemi zasadami. Zwierzę, pędzone do rzeźni, broni się, i chociaż stale zatrudnieni robotnicy mają wielką wprawę w krępowaniu go, rozbija się, często łamie sobie racice, krwawi. Zbite i po walce związane, leży, żywe i przytomne, kilka kwadransów, czasem i więcej, na kamiennej posadzce, rzuca się i rozbija przytem jeszcze bardziej, jest więc właściwie według zasad tej samej religji do jedzenia niezdatne. T. zw. ubój humanitarny polega na ogłuszeniu zwierzęcia w chwili kiedy wbiega do rzeźni, a potem dopiero, nieprzytomnemu, zadaje się śmiertelny cios. Odpada wtedy długa męka strachu, rozbijanie się, łamanie sobie kości i żeber. Tego wszystkiego jednak nie stosuje się na Czarnym Lądzie, o którym mówimy.

Kiedy zbliżałam się do hali, uderzył mnie znowu niepowstrzymaną falą ten straszny zapach. Stanęliśmy przy wrotach: zwierzęta były już wpędzone do hali i uwiązane każde pod swoją windą, która reguluje ich pozycję. Czarne woły leżały szeregiem na grzbietach pod stu hakami, do których, związane razem i mocno ściśnięte, umocowane były ich cztery nogi. W ten sposób zwierzę wisi jak tobół, trochę się jeszcze rzucając, ale właściwie całkowicie unieruchomione, głowa odgięta wtył, gardziel odpowiednia do przerżnięcia. Spojrzałam na nie: bardzo to wszystko porządnie wyglądało, te równe szeregi zwierząt w rozmaitych stadjach śmierci, między niemi trochę ludzi w białych fartuchach i rzeka spienionej krwi, czerwonej i gęstej jak lakier. Ludzie byli mali w skali wysokiego budynku, bezsilni w proporcji do masy czarnego żelaza nad ich głowami i czarnych sylwetek ogromnych zwierząt. Wszystko prymitywnie: robotnicy zmiatają krew szuflami do niecek, które potem wypróżniają do beczki.

Kilka zwierząt w zasięgu mojego wzroku już nie żyło, kilka gotowych było do zarżnięcia. Bardzo blisko, prawie pod mojemi nogami, rzucał się ogromny, graniasty wół z przerżniętą gardzielą. Między ciemną sierścią widać było otwartą tchawicę, jak gumową rurę, która czerwonym kikutem w obręcze sterczała z rany. Krew lała się z tego gardła właśnie jak z gumowego węża: spłynięcie krwi trwa około dwudziestu minut. Zwierzę żyło jeszcze, kiedy podeszli do niego dwaj robotnicy żeby sprawić łeb: wprawnemi ruchami noży przecięli skórę wzdłuż pyska i oderwali ją równo na dwie strony, odsłaniając pokłady białego tłuszczu. Potem przyskoczył trzeci z toporem na długiem drzewcu i paroma cięciami oddzielił łeb od tułowia: oczyszczony, gotowy, zawisł natychmiast na haku nad cielskiem, które jeszcze dawało pozory życia. Potężny czarny ogon poruszył się ciężko w jedną, w drugą stronę, aż przywarł bokiem do kadłuba w ostatecznej niemocy.

Widocznie też w najbliższym rzędzie przyszedł akurat czas na takie czynności, bo w jednem mgnieniu oka nad wszystkiemi temi cielskami zawisły oczyszczone łby, już oddzielone od kadłubów, a ich nagi wygląd, kontrastujący z kosmatem cielskiem, które porzuciły, przypominał trofea antropofagów nad chatami czarnych tubylców.

– Niech pani teraz tam spojrzy – powiedział mój towarzysz.

Spojrzałam w przeciwną stronę. (Jakiż to straszny i dziwny ten zapach!) Właśnie znowu osądzono, że czas nadszedł, bo do uwiązanego tam wołu, spokojnego i całkowicie widocznie wyczerpanego, podszedł tanecznym krokiem rzezak w białym fartuchu i czarnej jarmułce nad rozłożystą brodą i zrobił mały ruch nożem. Ze spotkania tych dwóch spokojnych istot wytrysnął daleko strumień krwi, a wielkie, ciemne cielsko zaczyna rzucać się w agonji.

To wszystko co tu tak długo opisuję trwało razem może pięć minut. I nagle, kiedy tak stałam, dręczona myślą o istocie owego zapachu, uderzyła w mój mózg świadomość, że to jest chyba zapach krwi. Nie mogłam już nad sobą zapanować, moje powonienie zaczęło, jak wrażliwe ucho w muzyce, wykrywać w jego całości poszczególne elementy organiczne, wyodrębniać, dawać im, jednym nad drugiemi, chwilową przewagę, rozpamiętywać ich natężenie i walor. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Ostatkiem sił powiedziałam parę słów i wyszłam.

Nie było to jednak wszystko, pozostawała rzeźnia cieląt.

Cielęta są słabe, i zabija się je zupełnie inaczej. Nie trzeba się tak długo z niemi bawić, nie trzeba z niemi walczyć. Czekają spokojnie na swoją śmierć. Tu widzi się nietylko rozmaite stadja śmierci, ale i końcowe stadja życia. Do unieruchomienia cieląt służą dziwne przyrządy, przypominające t. zw. w gimnastyce „kozły”, przez które skaczą dzieci. Noszą tutaj nazwę mar albo stalug, są drewniane i pomalowane na kolor ciemnoszary. Na te mary układa się poprostu cielę, czule je obejmując i podnosząc, potem krępuje się je pasami przez brzuch (ciągle chodzi o to wyciągnięte gardło), poczem podcina im tchawicę żydowski rzezak. Na marach leżały cielęta już pozabijane, jedne oczekiwały na śmierć a inne chodziły jeszcze wolno po hali. Jedno wyszło na środek między trupami swoich towarzyszy, podeszło do ścieku, miało wyschnięte gardło, szukało wody.

Część teoretyczna, która nastąpiła potem, była pełna niespodzianek. Jakże tu w takich wypadkach rozmawiać z damą? Wszyscy tutaj ubolewają bardzo nad śmiercią zwierząt, każdy przeżywał okropne chwile, zanim się przyzwyczaił. Cierpienia zwierząt są straszne, podobno woły, kiedy pędzi się je na śmierć, czują krew i płaczą. Opowiadano mi długo i szeroko o tych zapłakanych wołach. To było dla duszy – sprawy gospodarcze nie interesują przecież kobiet.

– Owszem, – powiedziałam, – bardzo mnie interesują.

Opowiadanie o załzawionych krowach niewiele mi wytłumaczyło. Więc dlaczego? Jakaż jest przyczyna tego strasznego okrucieństwa, którego niema w innych dzielnicach Polski? W Poznaniu np. na ubój rytualny przeznaczone jest tylko tyle zwierząt ile procentowo jest żydowskiej ludności. A w Warszawie cała ilość, a więc 4 500 sztuk miesięcznie, zabija się przy akompaniamencie żydowskiej modlitwy. Dlaczego?

Odpowiedziano mi cyframi. „W tem cała tajemnica”, jak w sentymentalnym romansie. Żydom nie wolno jeść tylnych części zwierzęcia, które są pożywniejsze i smaczniejsze, wolno im tylko spożywać przody, głowy, płuca, i t. d., właśnie te części które mniej są cenione przez ludność innych wyznań. Opiera się to na zakazie spożywania krwi, tak że gdyby już koniecznie zachodziła potrzeba jedzenia tylnych części zwierzęcia, gdzie koncentrują się główne naczynia krwionośne, naczynia te i żyły musiałyby być przez Żydów specjalnie z mięsa usuwane. Ponieważ duża zawartość krwi w mięsie wpływa na jego szybsze psucie się, pochodzenie „szechity” wskazuje na temperaturę Palestyny, jak wiele higienicznych norm żydowskich, które związane były ściśle z warunkami miejscowemi.

Ponieważ za te właśnie przednie części, skoszerowane przez rytualny ubój, Żydzi płacą więcej niż chrześcijanie za pożywniejsze części tylne, koszt mięsa dla miasta kalkuluje się o wiele niżej niż przy procentowym uboju rytualnym. I oto zagadnienie rozwiązane – rzekomo. Interes interesem.

Wróciwszy do domu, zapoznałam się z literaturą przedmiotu (oczywiście, w pewnych skrótach); na ten temat napsuto już tonny papieru we wszystkich krajach i językach świata. Nieoczekiwanie znalazłam tam sporo materjału humorystycznego. W sprawozdaniu komisji rady miejskiej w Warszawie z r. 1929 jeden z bardzo poważnych i znanych lekarzy porównywa śmierć wołu pod nożem rzezaka do – zgadnijcie? – „Je vous le donne en mille!” – jak pisała pani de Sévigné w listach do córki o najnowszych skandalach paryskich. Ni mniej ni więcej tylko do śmierci Petronjusza! Żeby się już wdać w polemikę z uczonym, przypominam mu, że Petronjusz umierał bądźcobądź na kanapie i z panienką, czego się wcale nie da powiedzieć o nieszczęsnych wołach. Zresztą, trzeba przyznać, że ten lekarz jest w porównaniach swoich konsekwentny: proponuje mianowicie układanie wołów do zarżnięcia… na gumowych materacach, żeby im było wygodniej leżeć.

Dajmy pokój żartom, nie rozświetlą one bynajmniej ponurej rzeczywistości, nie mam zresztą wcale zamiaru powiększać liczby sentymentalnych przeciwników rytualnego uboju. Wydaje mi się jednak, że można w sprawie tej stwierdzić zupełnie objektywnie kilka faktów, które może przyczynią się do jej prawidłowego rozwiązania.

Przedewszystkiem więc zwolennicy rytualnego uboju stwierdzają tylko, że samo przecięcie gardła zwierzęcia sprowadza natychmiastową anemję mózgu, nie twierdzą jednak bynajmniej, że uprzednie męczenie zwierzęcia, związywanie, trzymanie w tej pozycji nieraz przeszło godzinę (szczególnie na prowincji) jest sposobem humanitarnym, który nie zadaje zwierzęciu niepotrzebnych cierpień.

Po wtóre, przeciwstawianie zręcznym rzezakom niezdarnej służby rzeźniczej, która ugania się za zwierzęciem i często kilkakrotnie je uderza, zanim ogłuszy, jest wykrętem. I tutaj bowiem można i należy sobie wyobrazić personel wyszkolony, albo odpowiednie przyrządy, które załatwiają to sprawnie i od jednego razu.

Po trzecie, jak mówią podręczniki, przecięcie arteryj szyi nie wystarcza dla zanemizowania mózgu, bo arterje te zasilają jedynie krwiobieg, w przeważnej części uwarunkowany przez naczynia krwionośne rdzenia (arteriae vertebrales), które doprowadzają krew w wystarczającej ilości, żeby zwierzę czuło i przez pewien czas żyło, tak że ruchy kończyn i ogona, zakwalifikowane przez zwolenników rytualnego uboju jako odruchy, byłyby jednak w tem oświetleniu spowodowane cierpieniem. Klasycznym przykładem będzie tu, że przy krwotoku, spowodowanym czasem przez wycięcie migdałów, arterja szyi bywa podwiązana i nie sprowadza to bynajmniej śmierci pacjenta, przeciwnie. Porównywanie z niższemi kręgowcami, żabami, rybami i t. d., nie może być miarodajne dla typu zwierząt wyższych, do jakich należą wielkie ssaki. Jeżeli zaś w poglądzie na temat tak ważny nie mogą się pogodzić powagi naukowe, to mamy w każdym razie prawo wymagać, żeby został on rozpatrzony jedynie pod kątem cierpienia zwierzęcia i najszybszej dla niego śmierci, bez mieszania do tych spraw takich czy innych poglądów metafizycznych.

Wreszcie, jeżeli idzie o ceny mięsa, to oczywiście, kalkulacja ich przedstawia się w pewien specjalny sposób w dzisiejszym stanie rzeczy, kiedy producenci liczą się z tem, że mięso idzie na koszer, i wpływają na sposób uboju dla podniesienia ceny. Z chwilą kiedy, jak w Hiszpanji czy w Szwajcarji, ubój rytualny byłby całkowicie zniesiony, trzebaby było poprostu przeprowadzić inną kalkulację, to wszystko. Co do tego zaś, ile ceny podskoczyłyby wgórę, nie bójmy się o to! Podlegałyby one poprostu zwykłym prawom jakim dziś podlegają inne artykuły spożywcze, i to regulowałoby je stosownie do popytu i podaży. Co do tego zaś, jak dalece jest to mięso smaczne i jak ono się przechowuje, to jednak w naszym kraju o umiarkowanym klimacie mięso przechowuje się wcale nie najgorzej, jak to widać choćby po bynajmniej nie koszernych świniach, a jeżeli idzie o smak, nie sądzę, żebyśmy tak byli na to wrażliwi. Bo, jeżeli się okaże, że najsmaczniejszy jest właśnie cielak gotowany na żywo, to czyż i tak będziemy go pożerali? Zresztą nie łudźmy się, to wszystko są preteksty. Jeżeli bowiem na skutek najbezstronniejszych badań okaże się naraz, że istotnie ubój rytualny jest najhumanitarniejszy, to i tak możemy być pewni, że Żydzi zaprotestują przeciwko niemu, jeżeli będzie dokonywany -na gumowym materacu, przez wykształconego odpowiednio rzeźnianego pracownika bez różnicy wyznania, i nożem, który będzie wyprodukowany przez specjalną fabrykę narzędzi bydłobójczych. A cała literatura rytualnego uboju jest typowym przykładem, w jaki sposób i o czem pisać wogóle nie należy, jeżeli założenie, z którego się wychodzi, jest fałszywe. Pozwalam sobie prorokować, że całe następne tonny papieru, użyte na polemikę w tej sprawie, nie posuną się naprzód, dopóki wszyscy się nie zgodzą, że religja nie ma nic wspólnego z befsztykiem.

Wanda Melcer.

Tygodnik społeczno-kulturalny wydawany w Warszawie w latach 1924 – 1939. Założycielem i redaktorem naczelnym był Mieczysław Grydzewski. Pomimo swojej nazwy zawierał także , zwłaszcza od lat trzydziestych, materiały o tematyce politycznej. W okresie międzywojennym był najbardziej inteligenckim polskim pismem. „Wiadomości” były czytane i jednocześnie krytykowane przez wszystkie strony ówczesnej sceny politycznej. Na łamach tygodnika publikowali min. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński, Tadeusz Boy-Żeleński, Ksawery Pruszyński, Antoni Sobański, Jan Lechoń, Karol Irzykowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Stefania Zahorska, Irena Krzywicka a debiutował Bruno Schultz. Najlepszą charakterystyką pisma niech będzie cytat z gazety „Prager Presse”: „Jeżeli kiedyś ukaże się indeks prac wydrukowanych na łamach tego tygodnika, przekonamy się, że nie brak tu ani jednego nazwiska, które w polskiej literaturze współczesnej coś znaczy, od najskrajniejszej prawicy aż do radykalnej lewicy. Redaktor ma jedną tylko zasadę programową: żeby pismo było aktualne, żeby przynosiło rzeczy warte czytania i żeby każdy kto ma naprawdę coś do powiedzenia mógł się w niem wypowiedzieć, bez względu na swe poglądy. Rezultat takiego programu jest ten, że każdy czytelnik w każdym numerze pisma znajdzie coś dla siebie; może to go cieszyć lub złościć, ale obchodzi go zawsze.”

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close